Szkodliwe składniki kosmetyków masowych – czy kosmetyki naturalne to jedyna opcja?

Szkodliwe składniki kosmetyków masowych – czy kosmetyki naturalne to jedyna opcja?

Już od dawna przymierzałam się do przeglądu mojej łazienkowej półki pod kątem składników zawartych w kosmetykach, których używam na co dzień. Przyznam, że – chociaż staram się czytać składy produktów i wybierać te jak najprostsze - tak naprawdę nigdy nie miałam pewności, czy kupuję zdrowe kosmetyki, czy raczej połowę z nich powinnam wyrzucić do kosza.

Niedawno w końcu się tym zajęłam: poczytałam, przeanalizowałam poszczególne składy chemiczne i wyeliminowałam kosmetyki, które zawierają składniki najbardziej niekorzystne dla zdrowia albo po prostu niepotrzebne. Tutaj znajdziecie post podsumowujący moje wnioski: z jakich kosmetyków zrezygnowałam, z jakimi poszłam na kompromis. W dzisiejszym wpisie chcę przedstawić „moją” czarną listę składników i podyskutować z Wami o trendzie kupowania tylko i wyłącznie kosmetyków bio czy naturalnych.

Przyjemność kontrolowana

Przyznam, że w kontekście kosmetyków przez wiele lat byłam dosyć podatna na nowinki i kupowałam raczej za dużo. Na składy zaczęłam zwracać uwagę stosunkowo niedawno - wcześniej podstawowym kryterium było to, jak produkt pachnie i jak wygląda opakowanie. Nadal uważam, że kosmetyk oprócz funkcji pielęgnacyjnych powinien również poprawiać nastrój, a więc ładnie wyglądać, być łatwy w użyciu i przyjemnie pachnieć (lub – jak w przypadku kremów – nie pachnieć wcale). Nie dla mnie są więc eko-błotka, mocno ziołowe składy czy indyjskie składniki, które pachną tak intensywnie i nieprzyjemnie, że kojarzą mi się raczej z lekarstwem niż miłym rytuałem w zaciszu własnej łazienki.

Jest jednak druga kwestia. Lubię myśleć o sobie, że jestem świadomą konsumentką i nie kupuję pod wpływem impulsu, reklamy czy mody. Uważam, że w dużej mierze tak właśnie jest, bo przez lata pracy w branży marketingowej uodporniłam się na chwytliwe hasła reklamowe i rynkowe nowości. W ostatnich latach zdecydowanie nauczyłam się kupować mniej, to, co jest mi faktycznie potrzebne, a nie tylko „fajne” i nowe.

To jednak nie zmienia faktu, że przy półce sklepowej często nie wiem, czy wybieram właściwie. Gdy zaczęłam szukać informacji na temat szkodliwych składników kosmetyków, okazało się, że jest ich tak dużo, że najlepiej przestać używać czegokolwiek albo wręcz przeciwnie – w ogóle się tym nie przejmować. Kilka źródeł: (1), (2), (3), (4), (5), (6) ale też (7), (8).

Zdrowe kosmetyki - moje podejście

Ta część z Was, która czytała inne posty na Health and the City wie, że w odniesieniu do diety jestem zwolenniczką „złotego środka”. W podejściu do kosmetyków również. Stworzyłam na własne potrzeby listę składników, których zamierzam unikać – na podstawie kilkunastu polskich i zagranicznych publikacji, wyciągając wnioski, które wydają się rozsądne, ale bez demonizowania wszystkich masowych kosmetyków i bez niepotrzebnej paniki.

Bo owa panika też może mieć swoje uzasadnienie. Wszyscy słyszeliśmy o np. o rakotwórczym działaniu parabenów, ale gdy wgryźć się w temat głębiej, sprawa nie jest tak oczywista i wyglądać może na kolejny typowy mechanizm marketingowy: najpierw wzbudzić w konsumencie strach, a potem zaoferować mu produkt „0% parabenów”, wyprzedzając w ten sposób konkurencję. Nie mam pojęcia, czy parabeny są złe – jak to często bywa, można znaleźć badania i opinie zarówno potwierdzające, jak i zaprzeczające tej teorii. Podobnie jest zresztą z całą masą innych składników.

Myślę jednak, że tam, gdzie jest to możliwe warto te ryzykowne substancje ograniczać, unikając kosmetyków z ich zawartością. Naturalna pielęgnacja jest świetna, przyjemna, wystarczy trochę uwagi i chęci. Oraz… rozsądku, bo i na tym polu łatwo popaść w niepotrzebną skrajność.

Kosmetyki naturalne to nie zawsze najlepszy wybór

W tym miejscu chcę rozprawić się z coraz bardziej popularną teorią, że tzw. kosmetyki naturalne to jedyny słuszny wybór i nie należy kupować niczego, co nie jest „naturalne”, „organiczne”, „eko”, „bio”, ewentualnie „roślinne”.

Po pierwsze, podstawą przy dokonywaniu racjonalnych wyborów powinno być zawsze czytanie etykiet i kupowanie produktów z wiarygodnych źródeł (aby mieć pewność, że to co przeczytamy na etykiecie jest zgodne z prawdą), a nie kierowanie się hasłami reklamowymi!  Wiem co mówię, bo w branży marketingowej pracuję od ponad 7 lat  i czasem z niedowierzaniem przyglądam się bardziej lub mniej etycznym zabiegom stosowanym przez niektórych producentów i sprzedawców. Gdy gra toczy się o pozycję na rynku i duże pieniądze, jak się domyślacie, nie wszyscy reklamodawcy ograniczą się do przedstawienia pozytywnych cech swojego produktu, przeciwnie – wielu wykorzysta naiwność konsumentów sugerując, że produkt jest czymś lepszym niż w rzeczywistości.

Kosmetyki naturalne to świetny przykład – w tej branży jest wiele miejsca na manipulacje informacjami, bo prawo nie określa jednoznacznie definicji, czym jest kosmetyk naturalny. Wystarczy więc dodatek organicznego składnika i piękne hasło „produkt naturalny na bazie wyciągów roślinnych” gotowe. Nawet w sklepach ze zdrowymi produktami jest sporo kosmetyków, których składy wcale nie są tak czyste. Są też marki, których cała strategia i identyfikacja wizualna ma budować skojarzenia z charakterem natural & bio, choć ich składy niekoniecznie to potwierdzają.

Druga sprawa – nawet, jeżeli mowa o faktycznie naturalnych składach – to skuteczność i bezpieczeństwo działania naturalnych kosmetyków. Nie każdy certyfikowany ekokosmetyk, nawet o najprostszym składzie, będzie odpowiedni dla każdego typu cery. Co więcej, to właśnie naturalne składniki mogą silnie uczulać – znam przypadek osoby, która po użyciu 100% organicznego olejku do twarzy wylądowała na ostrym dyżurze. Sama do twarzy (mam cerę naczynkową) nie mogę używać innego kremu niż apteczny (chemiczny) dermokosmetyk, bo przy stosowaniu innych przez dłużej niż kilka dni moja skóra reaguje alergią. Mówi się też o ryzyku związanym z rozwojem bakterii w kosmetykach nie zawierających konserwantów.

Te argumenty pozwalają mi się oprzeć ślepej modzie na ekokosmetyki czy – jak ktoś to dosadniej określił – ekoterrorowi. To oczywiście nie znaczy, że jestem przeciwna kosmetykom naturalnym - przeciwnie, wiele z nich bardzo mi służy, uwielbiam własnoręcznie przygotowane peelingi z kawy czy cukru trzcinowego, naturalne oleje. Buntuję się tylko przeciwko nierzetelnej reklamie i bezmyślnemu kupowaniu kosmetyków eko (często dużo drożej) oraz krytykowaniu i straszeniu wszystkich, którzy dokonują innych wyborów.

Jeżeli macie ochotę poczytać więcej w tym temacie, ciekawy artykuł znajdziecie na stronie Fundacji Pro-Test. Ja póki co mam zamiar trzymać się mojej listy:

Szkodliwe składniki kosmetyków, których unikam

(ale jeżeli są w sprawdzonym przeze mnie, służącym mi kosmetyku, np. kremie do twarzy lub fluidzie, w drodze wyjątku toleruję)


1,4-dioxan (dioksan, C4H8O2, pochodna glikolu etylenowego)
4,4’-Dihydroxybiphenyl (Dihydroxybiphenyl)*
Triethanolamine (TEA) i Diethanolamine (DEA)
Cyclotetrasiloxane
PCA lub Hydrocinnamic Acid
Polyethylene Glycol (PEG)
Propylene Glycol
Boric Acid
Paraffinum liquidum (inaczej: Olej mineralny, Mineral oil, Petrolatum, Paraffin Oil, parafina, olej parafinowy)
Sodium, tj.: Sodium Cyanide, Sodium Lauryl Sulfate (SLS), Sodium Myreth Sulfate, Sodium Laureth Sulfate (SLES), Laurylosiarczany sodu)
Oxybenzone
Resorcinol
BHA lub tert. Butylhydroksyanisol
Diethyl phthalate (DEP)
Ethylhexyl methoxycinnamate lub Octyl methoxycinnamate
4,4’-Dihydroxybenzophenone
4-Methylbenzylidene camphor
Benzophenone-2
Benzophenone-1
3-Benzylidene camphor
Oxybenzone
Triclosan
Methyl, Propyl, Butyl i Ethyl Paraben
Fragrances

* edit: boldem zaznaczam te składniki, które wg raportu Komisji Europejskiej mogą zaburzać gospodarkę hormonalną – tu artykuł na ten temat, a tutaj lista kosmetyków, które nie zawierają tych 17 składników

A jakie są Wasze opinie i doświadczenia w tej kwestii? Stawiacie na 100% naturalną pielęgnację, szukacie złotego środka czy w ogóle się nad tym nie zastanawiacie?

 

 

  • http://swieczek.wordpress.com/ Świeczek

    Jeśli faktycznie „bezpieczne” są tylko te kosmetyki z listy Pro-Testu, to bladu to widzę. Niemniej w wolnej chwili prześledzę moich ulubieńców z Twoją ściągą. Najgorzej, że to takie skomplikowane nazwy, nie wyobrażam sobie nauczyć się tego na pamięć ;)

  • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

    Chciałam pobawić się w detektywa i sprawdzić karty charakterystyk składników, które pojawiły się w poście, ale wyszukiwarka na tej stronie nie jest zbyt funkcjonalna. Udało mi się wyszukać tylko kilka (np. 1,4-dioxan – potwierdzają szkodliwość, olej mineralny – brak oznaczeń, że może być szkodliwy). Niestety tych najbardziej kontrowersyjnych albo często występujących w kosmetykach, których używałam (np. parabeny, TEA i DEA, PEGi) nie ma, chociaż szukałam pod różnymi nazwami.
    O których składnikach piszesz jako o „pozytywnych zaskoczeniach”?

  • Ateora

    Kiedyś przeczytałam, ze nie należy myć sie w czymkolwiek czego nie możemy zjeść. Z czasem zrozumiałam, ze to mądre. Myje sie w glince, włosy w wodzie albo w occie jabłkowym, w soku z cytryny. Wszystko przechodzi przez skore do naszego organizmu, czyli kolejna dawka toksyn które trzeba usuwać. Jest wiele związków w produktach kosmetycznych, które wchodzą w reakcje z naszymi hormonami. I nie ma czym tego leczyć. Przy problemach hormonalnych to ma znaczenie.
    Kiedyś nawet czytałam ile kilogramów rocznie pestycydów zjada kobieta w smince. Nie pamietam już dokładnie ile ale sam fakt co tam jest mnie zniechęca.

    • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

      Ja z kolei słyszałam o przekroczonych dawkach ołowiu w szminkach i to faktycznie skutecznie zniechęca. I zgadzam się, że w takich przypadkach jak nierównowaga hormonalna warto zweryfikować
      zawartość swojej kosmetyczki.
      Dla mnie jednak stuprocentowe przerzucenie się na własnej produkcji, „jadalne” kosmetyki jest na dłuższą metę po prostu nierealne i może też nie do końca uzasadnione. U nadmiarze prawie wszystko jest szkodliwe, wychodzę więc z założenia, że najważniejsze (i to nie tylko w pielęgnacji) są a) umiar, b) obserwacja własnego ciała.
      Chociaż przyznam, że bardzo imponują mi osoby, które potrafią ograniczyć się tylko i wyłącznie do naturalnych, własnoręcznie wykonanych kosmetyków. Czy Tobie się to w 100% udaje? Jaką masz cerę i jak reaguje na naturalną pielęgnację?

      • Ateora

        Moja cera jest wrażliwa w sumie na gluten. Normalnie korzystam z glinki i/oleju kokosowego/masło shea, no i woda. Zrobiłam też sobie swój krem na bazie masła, glinki i olejku arganowego. Mojej cerze jest dużo lepiej z tym niż przy nie naturalnych rzeczach. Sztuczne rzeczy mi cerę podrażniały tylko trochę trwało zanim dostrzegłam że to błędne koło.
        Próbowałam znaleźć badania nad tymi kosmetykami, jak one wpływają na człowieka a że mi się nie udało tego znaleźć więc stwierdziłam że ich używanie jest dla mnie niepewne, bo do końca nie mogłam wykluczyć to co wiedzą już endokrynolodzy, że niektóre składniki kosmetyków mogą wybudzać nasze hormony. Oczywiście można pomyśleć, że to przesada ale bez kosmetyków moja cera ma się lepiej więc tylko zyskałam:-)

  • JJ

    Ja próbowałam przerzucić się na kosmetyki naturalne, ale wiem, że w 100% nigdy się to nie uda – chyba, że przestałabym się malować, a kosmetyki przygotowywałabym sama z żywności….. Staram się unikać toksycznych substancji, choć ich lista jest taka długa, że studiowanie za każdym razem jest po prostu niemożliwe.

    • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

      To prawda i myślę, że nie warto popadać w paranoję: ograniczać te szkodliwe składniki tam, gdzie jest to możliwe, ale nie rezygnować z kosmetyków, które sprawiają, że lepiej się czujemy we własnej skórze. Cały czas czekam na jakąś markę kosmetyczną, która uwzględni te dwie potrzeby w jednym produkcie i nie będzie przy tym kosztować majątku:)

  • maz

    Uwazaj bo cie koncerny zlinczuja;-)

    • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

      Za co?:)