PnZ#1 Dlaczego nie jestem (już) na diecie bezglutenowej?

PnZ#1 Dlaczego nie jestem (już) na diecie bezglutenowej?

Jeżeli śledziliście mojego bloga wcześniej wiecie, że kilka miesięcy temu eksperymentowałam z dietą bezglutenową. W ramach cyklu „Post na zamówienie” jedna z czytelniczek zapytała mnie, co sądzę o odżywianiu gluten-free - przyszedł więc czas na podsumowanie mojego 30-dniowego eksperymentu.

Lubię myśleć o sobie jako o człowieku rozsądnym i nie poddającym się łatwo różnego rodzaju sezonowym trendom. Ale cóż, prawda jest taka, że moda na dietę bezglutenową trafiła w moim przypadku na podatny grunt. W sieci można spotkać wiele opinii, często zaskakująco agresywnych zresztą, o tym, że dieta bezglutenowa u osób, które nie chorują na celiakię, to wymysł i kompletna bzdura. Nie zgadzam się z tym z kilku względów, o których napiszę poniżej.

Ja – chociaż ostatecznie nie wyłączyłam z mojego menu glutenu na stałe – absolutnie tego doświadczenia nie żałuję. Wyciągnęłam z niego cenne wnioski o tym, co służy mojemu organizmowi i sprawdziłam na własnej skórze, jak to jest wyeliminować z menu jeden z podstawowych składników diety. Oto moje subiektywne podsumowanie tego, co przemawia za dietą bezglutenową i dlaczego – mimo wielu korzyści – nie zdecydowałam się stosować jej na stałe.

Korzyści diety bezglutenowej u nie-celiaków


1. Poprawa zdrowia w przypadku nietolerancji na gluten

O ukrytych nietolerancjach pokarmowych i ich wpływie na nasz stan zdrowia mówi się w ostatnim czasie bardzo dużo. Gluten jest jednym z tych potencjalnie szkodliwych składników. Nietolerancję na gluten można powiązać z nieszczelnością jelit, która jest podłożem wielu chorób, w tym autoimmunologicznych, a nawet schizofrenią czy depresją. Niestety jak to często bywa, wnioski naukowców i lekarzy nie są jednoznaczne, a badanie nietolerancji jest trudne.

Dieta bezglutenowa na pewno nie jest rozwiązaniem uniwersalnym i nie każdemu przyniesie poprawę zdrowia. Ale jeżeli cierpimy na przewlekłą chorobę, szczególnie na tle autoimmunologicznym, z którą konwencjonalna medycyna sobie nie radzi, każda szansa na poprawę zdrowia i jakości życia to już coś. Dlatego nie rozumiem tak zajadłej krytyki osób, które z przyczyn zdrowotnych innych niż celiakia zdecydowały się na dietę bezglutenową. To ich życie, ich decyzja, ich udana lub nieudana próba ratowania zdrowia.

2. Bardziej urozmaicony, zdrowszy jadłospis

Moda na dietę bezglutenową ma według mnie jeden ważny plus dla nas wszystkich: zwraca  uwagę na to, że w diecie przeciętnego człowieka za dużo jest produktów, które szkodzą zdrowiu: żywności wysoko przetworzonej, rafinowanej mąki, etc. Nie musimy całkowicie eliminować glutenu z diety, aby trochę się nad tym zastanowić i poeksperymentować z nowymi, zdrowszymi wersjami znanych dań: kaszą jaglaną, gryczaną, komosą, różnymi rodzajami bezglutenowych mąk, cudownymi pomysłami na dania warzywne gluten-free. Zanim skrytykujecie zwolenników żywienia bez glutenu, spróbujcie ciasta czekoladowego z buraków albo pizzy z cieciorki. Gdyby nie moda na gluten-free nigdy nie wpadłabym na przygotowanie tych dań.

Ale tu ważna uwaga: mówię o diecie bezglutenowej, która bazuje na produktach jak najbardziej naturalnych, a nie przetworzonej żywności i pseudo-zdrowych słodyczach opatrzonych etykietą gluten-free.

3. Możliwa utrata kilogramów

Mimo że sama nie zdecydowałabym się na dietę bezglutenową tylko po to, by stracić na wadze, jestem w stanie zrozumieć taką motywację u innych osób. I znowu – jeżeli wiąże się to ze zmianą nawyków żywieniowych na zdrowsze, a produktów z białej mąki na kasze czy własnoręcznie wypiekane pieczywo – czy może w tym być coś szkodliwego? Ja sama też podczas 30-dniowego eksperymentu straciłam ok. 2-3 kilogramów – nie powiem, miły skutek uboczny:) Znam też przypadek osoby, która „od zawsze” odżywiała się zdrowo i racjonalnie, ale dopiero po znacznym ograniczeniu produktów glutenowych (i to tych zdrowych, jak pełne ziarna) pozbyła się kilku nadprogramowych kilogramów i czuje się świetnie.

Zdrowa dieta bezglutenowa (czyli taka bez żywności gluten-free mocno przetworzonej) to dieta wymagająca i dosyć czasochłonna, ale jeżeli ktoś ma wystarczająco dużo determinacji, aby stosować ją w celu schudnięcia – dajmy mu do tego prawo. To i tak duuużo zdrowsza opcja niż chociażby popularna dieta Dukana.

Dlaczego mimo to nie jestem na diecie bezglutenowej?


1. Większa trudność przygotowywania posiłków

Na pewno teraz jest łatwiej niż kilka-kilkanaście lat temu: mamy sporą dostępność mąk i innych produktów bezglutenowych, możliwość zakupów przez internet, masę inspiracji i wskazówek w sieci. Ja piszę z perspektywy mojego 30-dniowego bezglutenowego eksperymentu: owszem, da się, ale wcale nie bez wysiłku. Jeżeli komuś gluten ewidentnie szkodzi, pewnie nawet się nad tym nie zastanawia i taki sposób odżywiania stopniowo staje się dla niego normą.

Dieta 100% gluten-free jest jednak wymagająca, szczególnie jeżeli tak jak ja większość posiłków chcecie przygotowywać sami, a nie kupować gotowe produkty. Planowanie zakupów i posiłków, pieczenie bezglutenowego chleba, szukanie i przygotowywanie przepisów na nowe ciekawe dania, przygotowywanie własnych mąk, przygotowywanie bezglutenowych śniadań – to wszystko zajmuje sporo czasu. Gdybym była pewna, że to mi pomaga, nie miałabym z tym problemu. Rzecz w tym, że ja tej pewności nadal nie mam.

2. Brak jednoznacznych korzyści zdrowotnych

To tak naprawdę główna przyczyna, dla której zrezygnowałam z diety bezglutenowej. Po 30-dniowym eksperymencie gluten-free teoretycznie powinnam mieć jakieś niepokojące sygnały po włączeniu glutenu z powrotem. Nie miałam. Jedynie po produktach z białej mąki czuję się gorzej: boli mnie brzuch, jest mi ciężko, szybko przybieram na wadze – dlatego bez żalu z nich rezygnuję. Pszenicę wyeliminowałam zresztą już dawno – pisałam o tym tutaj.

30-dniowa eliminacja glutenu nie przyniosła u mnie zauważalnej poprawy w kontekście niedoczynności tarczycy – ale zdaję sobie sprawę, że to może być za krótki okres na jakieś konkrety. W międzyczasie zmieniłam z moją endokrynolog strategię leczenia i w ten sposób gluten został w mojej głowie trochę usprawiedliwiony;)

Ostatnio od dietetyczki usłyszałam też opinię, że dłuższe pozostawanie na diecie bezglutenowej może prowadzić do powstania nietolerancji, do której normalnie może nigdy by nie doszło. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale trochę jest to zgodne z moim podejściem do diety: radykalizm żywieniowy rzadko wychodzi na zdrowie.

Dla mnie istotna w tym bezglutenowym eksperymencie była też obserwacja organizmu. Będąc na diecie gluten-free odżywałam się zdrowo, z dużą dbałością o jakość i urozmaicenie posiłków, jadłam dużo warzyw – a więc czułam się generalnie dobrze. Ale bywało też, że brakowało mi energii, czułam „głód węglowodanów” i tęskniłam za kanapką z dobrym żytnim chlebem, owsianką. Gdy wprowadziłam je z powrotem do codziennej diety, czułam się dobrze. Uwierzyłam na nowo, że te lubiane przeze mnie produkty chyba jednak mi nie szkodzą tak bardzo jak niektórzy mi to sugerowali;)

3. Aspekt psychiczny wyłączenia lubianych składników diety

No właśnie. Zostawiłam to na koniec, ale to dla mnie ważny argument: im dłużej interesuję się zdrowym stylem życia, tym większą widzę w tym wszystkim rolę naszej psychiki. Na mnie radykalne cięcia w diecie (a tym jest dla mnie 100% eliminacja glutenu) nie działają zbyt pozytywnie. Po prostu nie lubię zakazów, nawet – a może przede wszystkim – tych narzucanych samej sobie;)

I chociaż po 30-dniowym eksperymencie moje nawyki żywieniowe siłą rzeczy się zmieniły, polubiłam wiele bezglutenowych dań i do tej pory odżywiam się dużo bliżej gluten-free niż kiedykolwiek – to jednak jestem szczęśliwa, że znowu mogę się cieszyć owsianką czy żytnim chlebem, który bardzo lubię. A od czasu do czasu nawet produktami „zakazanymi”: pierogami babci, ciastem mamy, prawdziwą pizzą czy posiłkami w podróży. Ciągle poszukuję jeszcze dla siebie prawdziwego, zdrowego punktu równowagi, ale staram się koncentrować raczej na moich sprzymierzeńcach, a nie wrogach typu gluten;)

Chociaż – podkreślam – w pełni rozumiem też bezglutenowców z wyboru i serdecznie ich w tym miejscu pozdrawiam:)

A Wy co sądzicie o diecie bezglutenowej? Ciekawa jestem Waszych opinii w tym temacie.

 

 

  • klient nfz

    Mam celiaklie i mimo wszystko staram się codziennie zjeść trochę rzeczy z glutenikiem. Taką jestem. Świadomie sobie szkodze. W końcu place na NFZ to mi się leczenie należy.

    • aaaaa

      hej, jestem celiakiem od urodzenia – też przez wiele lat, może przez „bunt” jadłam i piłam (piwo! :) ) glutenowe rzeczy i nie odczuwałam żadnych nieprzyjemnych skutków. Aż zaczął się etap corocznych wizyt w szpitalach – na przemian odwodnienia albo kilkutygodniowe zaparcia, 1000-krotnie zwiększony poziom przeciwciał, podejrzenie różnych chorób autoimmunologicznych, cukrzycy, wizja pt. „zostało pani ok. 10 lat życia”… to było 4 lata temu. Obecnie nawet jak pilnuję mocno diety to i tak mam pewne problemy, które uprzykrzają codzienność – być może Twój organizm zareaguje inaczej (oczywiście życzę Ci, żeby nic takiego u Ciebie nie wystąpiło :) ). Gdybym mogła cofnąć czas, to darowałabym sobie te przepyszne świeże chleby, pizze i piwa.. chociaż tego brakuje bardzo, nawet jak się „od zawsze” nie może jeść glutenu. Pozdrawiam!

  • http://swieczek.wordpress.com/ Świeczek

    Mogłabym się podpisać pod każdym słowem tego posta, serio. Jakbyś siedziała w mojej głowie.

    Moja przygoda z bezglutenowością zaczęła się od testów na nietolerancję (był to kolejny trop w leczeniu pewnego złożonego problemu, z którym się borykam). Nietolerancji wyszło mi sporo, więc przez ponad pół roku byłam nie tylko gluten-free, ale i bez mleka krowiego i jaj (oraz paru pomniejszych rzeczy). Jeszcze większe wyzwanie. I miało miejsce wszystko, o czym piszesz: większa kreatywność w gotowaniu, poznawanie nowych smaków, eksperymenty i nowe produkty. Czułam się lepiej i lżej. Ale z drugiej strony – tęsknota za prawdziwym chlebem. Zrezygnowałam, bo trop nie przyniósł spodziewanych rezulatów, ale zostało mi po tym wiele wiedzy i inspiracji kulinarnych, rozszerzyłam swoje żywienie, a białej mąki jest w niej dużo mniej. Owe produkty traktuję jako grupę podwyższonego ryzyka i staram pilnować, ile jem – czasami nie ma ich przez długie tygodnie (ale wtedy nie tęsknię, bo wiem, że zawsze mogę wrócić).

    Reasumując, wszystko z umiarem, spróbować można, ale często dobre samopoczucie ma raczej związek z całokształtem dobrego odżywiania, które dieta gf wymusza.

    • http://naturalniezdrowy.com.pl/ Naturalnie Zdrowy

      Tak samo ja mogę podpisać się po tym wpisem. Umiar to podstawa. Jak ktoś na co dzień je tylko kanapki i nagle przejdzie na dietę bezglutenową to siłą rzeczy do jadłospisu wprowadzi wiele zdrowych produktów. Zdrowie jest ważne, ale nie kosztem komfortu psychicznego.

    • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

      Bardzo rozsądne podejście z tą „grupą podwyższonego ryzyka” – myślę, że właśnie o to chodzi w szukaniu równowagi w sposobie odżywiania. Przeglądałam ostatnio książkę „Spectrum” D.Ornisha (kupiłam ją mojej mamie, która ma pewne problemy zdrowotne i szuka inspiracji do zmian) i – chociaż daleko mi do promowania niskotłuszczowego wegetarianizmu, kilka rzeczy w jego zaleceniach bardzo mi się podoba. Między innymi właśnie takie wyważone podejście do jedzenia – mamy ‚spektrum’ możliwości i nie zawsze jest potrzeba, żeby z czegoś całkowicie rezygnować, często wystarczy po prostu ograniczać. Tylko najpierw trzeba zadać sobie trochę wysiłku i sprawdzić, co służy naszemu organizmowi, a co niekoniecznie, bo wg mnie to nigdy nie jest takie oczywiste.

      Btw, czy możesz powiedzieć, co w związku z wykrytymi nietolerancjami pokarmowymi zalecają Ci lekarze?

      • http://swieczek.wordpress.com/ Świeczek

        Oboje moim lekarze, endykrynolog i ginekolog też mogliby się podpisać pod postulatami zdrowego rozsądku ;) Endokrynolog zaleciła te testy, ale od razu mówiąc, by nie wariować. Ginekolog zna, bierze pod uwagę, ale podkreśla, że to nadal niedoskonałe narzędzie, wyniki moga wychodzić rózne w zależności od wielu czynników, i nie należy brać ich na 100% na serio. To raczej wskazówki i sugestie, aniżeli bezwzględne zalecenia.

        • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

          No właśnie ja do testów na nietolerancje też nie mam 100% zaufania, czytałam kiedyś, że diagnostyka jest bardzo trudna, a wyniki mogą być przekłamane zarówno w jedną, jak i drugą stronę.

  • http://zdrowa-kuchnia-sowy.blogspot.com/ Małgorzata/kuchniasowy

    Mam taka samo, to wiesz:)
    Tylko ja nigdy nie byłam na narzuconej sobie diecie bez glutenu, bo jeśli tak się zdarza, że odżywiam się przez jakiś czas w ten sposób, to samo z siebie wynika, nie mam ochoty na takie produkty i już. A jak mam ochotę, to zjem:)
    Ale faktem jest, że produktów glutenowych w domu mam niewiele (chleb żytni i płatki owsiane), więc jeśli sięgam po glutenowe jedzenie, to zwykle poza domem. I tak mi, póki co, jest dobrze:)

    • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

      U mnie wygląda to podobnie: chleb żytni, płatki owsiane, czasem coś orkiszowego. Ale u mnie zmiany w diecie są chyba mimo wszystko bardziej wynikiem zdobywanej wiedzy niż naturalnej potrzeby organizmu, jak u Ciebie. Tzn. produkty z białej mąki czy inne mało odżywcze, przetworzone produkty łatwo mi było pożegnać bez najmniejszego żalu, ale już proporcje między węglowodanami a białkiem trudno mi zmienić. Mówiąc w dużym skrócie: ciągle wolę kaszę niż mięso czy jaja (chociaż je też jem i lubię – chodzi mi o proporcje) – chociaż z mojej wiedzy wynika, że mogłoby mi to służyć zarówno w kontekście zdrowia, jak i sylwetki.
      Ale cóż, stwierdziłam, że mogę sobie pozwolić na metodę totalnie małych kroczków, w różnych momentach życia mamy przecież rożne potrzeby, nic na siłę:)

      • http://zdrowa-kuchnia-sowy.blogspot.com/ Małgorzata/kuchniasowy

        Jakbyś miała jeść na siłę, bo taką masz wiedzę, to moim zdaniem, to Ci służyć nie będzie. Trafiła w moje ręce teraz książka „Ile waży twoje ja” – polecam:) Nie dotyczy tylko wagi, raczej każdej naszej motywacji do podjęcia działań i tłumaczy dlaczego nie warto posługiwać się tylko rozumem i wiedzą:)

        • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

          Zgadzam się w pełni z tym co napisałaś:) A co do książki – ja generalnie ze swoją wagą nie mam problemu, ale zastanawiam się, czy ta lektura nadawałaby się dla osoby, która próbuje właśnie rzucić palenie – poszukuję takowej na prezent dla kogoś bliskiego. Z opisu książki wynika, że tak, ale przeczytałam fragment dostępny w sieci i autorka koncentruje się chyba na diecie. Jak sądzisz?

          • http://zdrowa-kuchnia-sowy.blogspot.com/ Małgorzata/kuchniasowy

            Nadaje się dla każdej osoby, to jest wg mnie książka nie o diecie, a o
            tym czym się można kierować przy wyborze strategii działania i co to
            daje. I że niekoniecznie strategia poprzez pot i łzy jest bardziej lub jedynie
            skuteczna, jak się to nam powszechnie dość wmawia:)

            Ale nie wiem
            czy dla palacza nie lepsza będzie, bo konkretnie w tym celu pisana,
            książka Allena Carra; mnie co prawda akurat ta metoda nie pomogła, ale
            znam kilka osób, które rzuciły po lekturze palenie i nie wróciły już do
            nałogu.

          • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

            Tak, książkę Carra znam, nawet kiedyś przeglądałam i wydaje mi się sensowna – ale szukam czegoś bardziej ogólnego, niekoniecznie wprost namawiającego do rzucania palenia, tylko generalnie – o skutecznej realizacji celów:)
            Ps. Czy dobrze rozumiem, że masz jakieś doświadczenia w rzucaniu palenia? Może możesz polecić jakąś skuteczną metodę, którą warto wziąć pod uwagę?

          • http://zdrowa-kuchnia-sowy.blogspot.com/ Małgorzata/kuchniasowy

            Mam dużo doświadczeń, bo paliłam wiele lat i wiele razy rzucałam, to mi dobrze wychodziło, tylko nie na długo;)
            Teraz nie palę 6 lat i mam nadzieję, że już nie wrócę. Najważniejsze to silna motywacja, taka wewnętrzna i, tak jak u AA, uznanie, że się jest uzależnionym do końca życia, czyli pokora wobec nałogu. Dopóki nie miałam pokory i wydawało mi się że ja tu rządzę, dopóty wracałam do nałogu.
            Pomagałam sobie różnymi metodami, ale najłatwiej poszło mi po kursie Silvy, prawie bezboleśnie. Kurs zresztą polecam nie tylko z tego powodu.

          • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

            W takim razie gratuluję sukcesu, 6 lat to wspaniały wynik i oczywiście trzymam kciuki za kolejne lata bez papierosów! Rozejrzę się za takimi kursami i może podsunę zainteresowanemu – dzięki wielkie!
            Ps. Przy okazji myślę, że – chociaż to trochę odbiega od tematyki Twojego bloga – post o tym kursie i rzucaniu palenia mógłby być strzałem w 10:) Taka niewinna sugestia od czytelniczki;)

          • http://zdrowa-kuchnia-sowy.blogspot.com/ Małgorzata/kuchniasowy

            Pierwszy blog, który prowadziłam był taki bardziej rozwojowy i tam był wpis na ten temat. Czasem coś publikuje z tamtego bloga w zakładce „teoretycznie i rozwojowo”. Może wpis o rzucaniu palenia też w takim razie odgrzebię:)
            We Wrocławiu macie super wykładowcę kursu Silvy – Zbigniewa Królickiego:)

          • http://healthandthecity.pl/ ika (Health and the City)

            Super, dzięki!