Gdzie zdrowo zjeść we Wrocławiu? – część 1: restauracje wegetariańskie i wegańskie

Gdzie zdrowo zjeść we Wrocławiu? – część 1: restauracje wegetariańskie i wegańskie

Nie sądzicie, że blog o nazwie Health & the City aż się prosi o taką listę?:) Niby najzdrowiej gotować w domu, bo wtedy mamy pewność, jakiej jakości i świeżości jest nasze jedzenie, ale… cóż, wiadomo jak jest. Tempo życia, szczególnie w dużym mieście, bywa zawrotne i ja przynajmniej nie zawsze mam czas na przygotowywanie zapasu posiłków na cały dzień, szczególnie w dni, w które mam dużo spotkań.

Na szczęście w dużych i mniejszych miastach coraz więcej jest miejsc, w których można zjeść zdrowy, świeży i pyszny lunch czy lekką kolację. Ja najczęściej korzytam z oferty lokali wegetariańskich, bo jedząc takie jedzenie w ciągu dnia czuję się po prostu najlepiej, ale nie stronię także od restauracji z dobrym, ciekawie przyrządzonym kawałkiem ryby czy mięsa.

Czas na konkrety – gdzie można zdrowo zjeść we Wrocławiu? Oto moja lista sprawdzonych i wartych polecenia miejsc, najpierw z menu wegetariańskim lub wegańskim.

Zdrowe jedzenie we Wrocławiu
restauracje wegetariańskie/ wegańskie


1. Bar Vega

Lokalizacja: centrum, Rynek 27a
strona internetowa

vega wrocław

Pierwszy, niemal kultowy w mieście bar wegański, który od lat trzyma dobry poziom: zjemy tu smacznie, szybko i niedrogo. Na parterze restauracja działa w formule barowej, a na 1 piętrze – w stylu slow food, z innym, ciekawszym menu
Polecam sezonowe zupy, wegetariańskie kotlety (buraczany i szpinakowy), surówki oraz naleśniki gryczane z farszem buraczanym na 1 piętrze.

 

2. Machina Organika

Lokalizacja: centrum, ul. Ruska 19
strona internetowa

machina organika wegańskie ciastoMała, klimatycznie urządzona knajpka z krótkim, ale za to ciekawie skomponowanym menu kuchni roślinnej.

Polecam przede wszystkim, gdy potrzebujemy szybkiej, lekkiej, wartościowej przekąski – tu  idealnie sprawdzi się life bowl. No i czasem na lunch dnia trafi się jakaś perełka.

3. Żyzna

Lokalizacja: centrum, ul. Nożownicza 37
strona internetowa

żyzna jedzenie wegetariańskie wrocław

Bardzo przyjemna, kameralna knajpka z krótkim, ale ciekawym roślinnym menu. Dania bazują głównie na warzywach sezonowych, zmieniają się więc dosyć często. Mi bardzo smakowała tarta z pieczonymi warzywami,na bezglutenowym spodzie z mixem sałat i wegańską śmietanką słonecznikową.

4. Nalanda

Lokalizacja: Plac Kościuszki 12
strona internetowa

wegetariańskie jedzenie wrocław nalanda

Klimatyczna kawiarnio-księgarnia z krótkim, wegetariańskim menu lunchowym. Na półkach kawał dobrej lektury dla miłośników zdrowego stylu życia (zdrowe odżywianie, joga, medytacja, mindfulness, psychologia, fizyka kwantowa i wiele, wiele więcej). Co mogę polecić do wypróbowania? Na pewno zupę dnia i naturalne napary, np. z lawendy.

5. The Root

Lokalizacja: niedaleko Narodowego Forum Muzyki, ul. Krupnicza 3
strona internetowa
dania na wynos

the root wegańskie na wynos

The Root to dobry wybór szczególnie, gdy chcemy zjeść coś zdrowego „w biegu”, na szybko.  Knajpka serwuje ciekawe, świeżo przyrządzane dania na wynos. Moje typy to: wegańskie sushi Zielona Moc i bezglutenowy rap „ala Tuńczyk”. Można też wybrać „Pudełko Różności” z codziennie inną zawartością typu hummus, falafel, kuskus z warzywami i innymi wegańskimi klasykami. Zdrowszego fastfooda we Wrocławiu nie znam;)

6. Najadacze

Lokalizacja: centrum, ul. Nożownicza 40
strona internetowa
dostawa na telefon

najadacze wegetariańskie jedzenie na wynos wrocław

Knajpka jest dosyć ciasna, dlatego z oferty Najadaczy korzystam głównie wtedy, gdy chcę zamówić jedzenie do biura lub mieszkania. W menu klasyczne dania kuchni wegetariańskiej, dużo indyjskich smaków. Mój faworyt to zestaw Wolna Palestyna z hummusem, falafelami, chlebkiem arabskim, oliwkami,pomidorem i ogórkiem.

7. Zdrowa Krowa

Lokalizacja: okolice Placu Grunwaldzkiego, ul. Szczytnicka 41
strona internetowa
dostawa na telefon

wegańskie sushi wrocław

I kolejna knajpka z opcją dostawy na telefon (przyznam, że na miejsce jeszcze nigdy nie dotarłam). Codziennie do wyboru kilka zup, danie główne i wegesłodkości. Na zdjęciu sushi w wersji wegańskiej.

 

Zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z fanpage’ów na Facebooku lokali (linki w tekście). 

 

Moje jesienne poprawiacze humoru

Moje jesienne poprawiacze humoru

Generalnie bardzo lubię jesień – taką kolorową i słoneczną, pełną różnobarwnych liści i kwiatów, warzyw i owoców, dni, które cieszą ciepłem i promieniami słońca. W tym roku jednak póki co zamiast „złotej polskiej” bardziej daje mi się we znaki „szara zimna” jesień, taka która nie nastraja zbyt optymistycznie. Postanowiłam więc nad tym popracować, czyli wdrożyć moją małą kurację na optymizm:)

Was też do tego namawiam - zamiast czekać, aż dopadnie nas jesienna chandra, już wcześniej zadbajmy o to, czym karmimy się i otaczamy, bo w ogromnym stopniu wpływa to na nasze samopoczucie i odbiór zewnętrznego świata.

Oto moje sprawdzone poprawiacze humoru:)

1. Wieczorna pozytywna lektura

Zamiast myśleć o tym, jakie obowiązki czekają mnie następnego dnia albo przeglądać niewiele wnoszące treści z internetu, świadomie wybieram wieczorną lekturę: książki, które inspirują, chwytają za serce, podnoszą na duchu. Z klasyków, do których mogę wracać wielokrotnie, polecam na przykład „Pożegnanie z Afryką” Karen Blixen albo „Smażone zielone pomidory” Fannie Flagg. Jeżeli jeszcze nie czytaliście – jesienią będą jak znalazł! Ja w tym roku mam zamiar odświeżyć sobie moją ulubioną serię z nastoletnich lat, czyli Jeżycjadę Małgorzaty Musierowicz, tym bardziej, że w ostatnich latach ukazało się kilka tytułów, których jeszcze nie czytałam. Czekam też na premierę książki, która na pewno będzie ciepła i motywująca – „Pełnia życia” Agnieszki Maciąg.

Jeżeli macie jakieś ciekawe, pozytywne lektury do polecenia, dzielcie się nimi w komentarzach.

2. Oglądanie ciepłych, optymistycznych filmów

Ostatnio wkręciliśmy się z moim mężem w „Pitbulla” – polski serial kryminalny sprzed kilkunastu lat. I widzę, że to nie jest dobry pomysł na wieczorny film – zamiast relaksować się i wyciszać przed snem, dostarczamy sobie niepotrzebnie dreszczyku emocji. Zdarza się, że śni mi się później coś w tym klimacie;) Postanowiłam więc zmienić repertuar na coś lekkiego, pozytywnego. Kiedyś publikowałam taką listę ciepłych, pozytywnych filmów na chłodne wieczory – niedługo pewnie wrócę do części z nich i uzupełnię o kolejne, np. polecane często „Love, Rosie” albo tegoroczną „Bridget Jones 3″.

3. Zdrowe „comfort food”

Gotowanie (i przede wszystkim jedzenie!:)) zawsze poprawia mi humor. Najlepiej, gdy uda się połączyć dwie najważniejsze dla mnie rzeczy: smak i zdrowe, wartościowe składniki. A jesienią o takie połączenia nietrudno: wszelkie kombinacje z dynią – wytrawne i słodkie, sycące zupy z fasoli czy soczewicy, czosnek w różnych odsłonach, pieczone warzywa korzeniowe, własnej produkcji czekolada, zapiekane z cynamonem jabłka i gruszki, które kojarzą mi się z domem rodzinnym… Jestem pewna, że też macie swoje własne typy jedzenia „kojącego duszę”:)

poprawiacze humoru

4. Spacery na świeżym powietrzu

Szarówka za oknem, wiatr i mżący deszcz nie zachęcają co prawda do wyjścia z domu, ale kiedy już pokonamy wewnętrznego lenia, okazuje się, że było warto. Nic tak dobrze nie działa na psychikę niż ruch i rześkie powietrze. A że na drzewach jeszcze pełno liści, okazuje się, że nawet taka szara jesień potrafi być piękna.

5. Zbieranie jesiennych darów natury

Nieodłączny element jesiennych spacerów. Zbieranie kasztanów czy pożółkłych liści ma dla mnie w sobie coś z magii dzieciństwa, kiedy gromadziło się te wszystkie skarby i przerabiało na ludziki, obrazki i inne artystyczne instalacje;) Dlaczego by nie kontynuować tego w dorosłym życiu?
Ale dla osób z bardziej praktycznym nastawieniem też coś się znajdzie:) Grzyby, orzechy włoskie, jarzębina, dzika róża, głóg, tarnina, dzikie jabłka i gruszki, „buczki”, czyli owoce buku - to wszystko czeka na nas jesienią i wspiera nasze zdrowie.

kasztany jesienne poprawiacze humoru

6. Spotkania z przyjaciółmi

Jesień to w naszym przypadku idealny czas, żeby nadrobić towarzyskie zaległości, bo w weekendy mniej wyjeżdżamy. No a spotkania w gronie bliskich osób to jeden z lepszych antydepresantów, jakie znam:) Wystarczy dobre towarzystwo, trochę przygotowanego własnoręcznie jedzenia, grzaniec albo rozgrzewająca herbatka, jakaś wciągająca planszówka (nasz ostatni hit to gra CV) – i superpozytywny wieczór gwarantowany!

7. Jesienne porządki

Może nie wszyscy to lubią, ale dla mnie ogarnianie życiowej przestrzeni to taki mały oczyszczający rytuał. Jesienią chowam głęboko do szafy letnie ubrania i z przyjemnością wracam do zapomnianych ciepłych swetrów, wełnianych skarpet, chust, czapek, rękawiczek i całej reszty ocieplającej garderoby. Zmieniam też na cieplejsze kołdry i pościel, a w dekoracjach odtwarzam kolory jesieni, które akurat mi się w danym sezonie podobają. W ruch włączam tez kominek zapachowy i częściej zapalam świece. W takim ocieplonym wnętrzu szarości za oknem nie są mi straszne.

Jesień potrafi być naprawdę piękna niezależnie od pogody – wiele zależy od tego, czy potrafimy ją sobie odpowiednio zaaranżować. Zdjęcia wykorzystane w tekście są autorstwa mojej siostry – taką jesień to ja lubię:)

 

 

9 rzeczy, które warto zrobić latem – garść inspiracji dla dbających o zdrowie

9 rzeczy, które warto zrobić latem – garść inspiracji dla dbających o zdrowie

Tego lata mam lekki wstręt do komputera – pracuję na nim tyle, ile wymagają ode mnie obowiązki służbowe, a potem wyłączam w cholerę i idę cieszyć się życiem z daleka od monitora.

To nie znaczy, że nie ma nowych wątków, inspiracji i porad dotyczących zdrowego stylu życia, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Ale wszystko ma swój czas, a ja czuję, że teraz potrzebuję solidnego ładowania akumulatorów na nadchodzące miesiące i wyzwania z nimi związane – dlatego teksty na blogu pojawiają się teraz dużo rzadziej.

Mam nadzieję, że Wy także korzystacie z lata i wszystkich dobroci, jakie oferuje. Poniżej mała i oczywiście bardzo subiektywna ściąga, jak wykorzystać letni czas z korzyścią dla zdrowia (fizycznego i psychicznego:)). Dla mnie to właśnie takie drobne, pozornie mało znaczące i mało spektakularne rzeczy składają się na pełnię: lata, wypoczynku, szczęścia.

Co warto zrobić latem?


1. Przetwory owocowe i warzywne

ogórki kiszone

Soki, powidła, weki warzywne, kiszonki, mrożenie warzyw – odkąd pamiętam, lato w moim rodzinnym domu upływało pod znakiem przygotowywania przetworów. Jeżeli macie własny ogródek (albo – tak jak ja – rodziców z ogrodem), na pewno dobrze to znacie. Kiedyś buntowałam się, że porzeczki, maliny czy ogórki dojrzewają akurat wtedy, kiedy mam coś w planie;) Teraz ten rytm i prace w to wpisane najzwyczajniej mnie cieszą i staram się przyjeżdżać gdy tylko mogę, aby załapać się na rodzinne przetwarzanie.

Nasze „must have” jeżeli chodzi o przetwory to:

  • soki z porzeczek, malin i czarnego bzu (leczymy się nimi w razie przeziębień)
  • powidła śliwkowe, truskawkowe i malinowo-jeżynowe (najnowsze odkrycie: można je robić z odrobiną soli zamiast cukru)
  • kiszone ogórki i kapusta (bez porównania do tych sklepowych!)
  • passata pomidorowa
  • suszone śliwki i jabłka
  • warzywne leczo (mój ulubiony sposób na pyszny i szybki obiad zimą)

Oprócz tego dużo warzyw i owoców mrożę (np. fasolkę szparagowa, bób, dynię, marchew, buraki, szpinak, jarmuż, jagody, maliny i wiele innych) – to najszybszy sposób na przechowywanie. Lubię też eksperymenty – w tym roku przygotowałam np. pikantne ogórki w miodzie i musztardzie, na pewno zrobię też dynię z imbirem i jabłkami do słoików. Pole do popisu jest ogromne:)

Zobacz także moje ubiegłoroczne teksty o przetworach:

Przygotowanie spiżarni na zimę – część I: mrożonki z warzyw i owoców
Przygotowanie spiżarni na zimę – część II: dwa najprostsze sosy warzywne
Przygotowanie spiżarni na zimę – część III: przetwory kreatywne:)

 

2. Zbieranie i suszenie ziół

suszenie ziół

W tym sezonie moja siostra założyła profesjonalny ogródek ziołowy – rozmaryn, macierzanka, tymianek, bazylia, oregano, szałwia, lubczyk i inne zioła rosną w nim jak oszalałe:) W związku z tym strych w domu rodziców zamienił się w suszarnię – zioła rozkładamy na płasko w suchym pomieszczeniu (nie w bezpośrednim słońcu) i suszymy. Można też krótko dosuszyć je w piekarniku, np. po pieczeniu ciasta.

Oprócz ziół z domowego ogródka oczywiście mamy do dyspozycji niezliczoną ilość dzikich roślin – wystarczy poszukać ich w czystych lasach i na łąkach. Część z nich najlepiej spożywać na świeżo, w sezonie, ale część spokojnie można zasuszyć.

U nas póki co suszy się: pokrzywa (herbatka działa wzmacniająco), dziurawiec (będzie w sam raz na jesienny spadek nastroju), kwiaty i liście lipy (rozgrzewająca herbatka na przeziębienie), rumianek (świetna płukanka do włosów). Ciąg dalszy nastąpi, już niedługo np. czas na czarny bez:)

Jeżeli planujesz własne zbiory, sprawdź: Kalendarz zbiorów dzikich roślin

3. Domowe nalewki

Tu produkcją zajmują się moja mama i mój mąż. U nas w tym roku w toku nalewka z pędów sosny, porzeczkowa i lipowa, ale myślę, że to jeszcze nie koniec;) Ja eksperymentalnie zrobiłam też butelkę szampana z kwiatów czarnego bzu według przepisu z Zielonego Zagonka – jest przepyszny, więc w przyszłym roku na pewno przygotuję więcej.

Sprawdzone przepisy na domowe nalewki:

z dzikiej róży
z kwiatów czarnego bzu
z pędów sosny

 

4. Zbiory leśne

jagody leśne

Grzybobrania to u nas rodzinna tradycja. Suszone lub obgotowane i zamrożone grzyby są później pysznym, sycącym dodatkiem do obiadów, nie może ich zabraknąć także w daniach wigilijnych – czerwonym barszczu, pierogach czy kapuście z grzybami.

Ja przyznam, że owszem, do lasu jeżdżę bardzo chętnie, ale grzyby znajduję raczej rzadko. Nadrabiam za to zbieraniem jagód :)

 

5. Kulinarne eksperymenty

zupa krem z cukinii

Nie wiem jak u Was, ale u mnie lato to czas wymyślania nowych przepisów. Kreatywność uruchamia mi się szczególnie wtedy, gdy mam nadmiar jakiegoś składnika do wykorzystania, a o to dzięki ogrodowi rodziców latem nie trudno:) W taki sposób powstały przepisy na sos pomidorowo-szałwiowy i zieloną zupę-krem z cukinii, szpinaku i świeżych ziół. Myślę, że niedługo się tymi przepisami podzielę.

 

6. Spędzanie mnóstwa czasu na świeżym powietrzu

Za to uwielbiam porę letnią: można spacerować do woli, siedzieć na trawie/ ławce/ leżaku i czytać godzinami, na świeżym powietrzu uprawiać sport, spotykać się ze znajomymi, grillować w parku. Nawet mieszkając w mieście jesteśmy wtedy trochę bliżej natury, odpoczywamy i… suplementujemy witaminę D :)

 

7. Czytanie grubych książek, na które nigdy nie ma czasu

książki na lato

Bardzo lubię czytać na świeżym powietrzu, a lato i wczesna jesień stwarzają ku temu mnóstwo okazji. W końcu jest czas na nadrobienie zaległości – u mnie „wjeżdżają” wtedy lektury, które w warunkach domowych wydają mi się zbyt „grube” i zajmujące dużo czasu, jak doskonała Nic nie zdarza się przypadkiem Tiziano Terzani’ego, którą właśnie czytam.

 

8. Korzystanie z bogatej oferty kulturalnej miast

To jeden z nielicznych (przynajmniej dla mnie) plusów mieszkania w dużym mieście: latem można korzystać z wielu atrakcji kulturalnych – od różnego typu imprez plenerowych, animacji i instalacji artystycznych po znane w całym kraju festiwale muzyczne i filmowe, na których można usłyszeć kawał dobrzej muzyki czy obejrzeć kawał dobrego kina.

Ciekawych wydarzeń można szukać w praktycznie każdym większym mieście, ale Wrocław – Europejska Stolica Kultury 2016 – szczególnie nas w tym roku pod tym względem rozpieszcza. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie (nie tylko latem).

 

9. Małe i duże podróżowanie

karkonosze latem

I na koniec nieodłączny element lata – wyjazdy. Niekoniecznie mam tu na myśli wielkie, zagraniczne podróże (my za granicę wolimy jeździć po sezonie – jest chłodniej, mniej tłoczno i taniej). Czasem wystarczy wyjechać za miasto, do rodziny na wieś albo jeszcze lepiej w polskie góry, aby poczuć tę niesamowitą więź z przyrodą, odetchnąć świeżym powietrzem i naprawdę wypocząć. Polska latem jest taka piękna, kolorowa, różnorodna, aż szkoda z tego nie korzystać! Dla mnie już same zmieniające się za oknem samochodu czy pociągu krajobrazy to wspaniały odpoczynek i sposób na odstresowanie się:)

 

Życzę Wam wspaniałej końcówki lata!

 

 

Moje aktualne założenia dotyczące odżywiania

Moje aktualne założenia dotyczące odżywiania

O odżywianiu napisano już stosy tekstów i książek, ale nie zapowiada się, żeby temat został kiedykolwiek wyczerpany;) Jako społeczeństwo coraz bardziej świadome interesujemy się naszym zdrowiem, dlatego media serwują nam artykuły poświęcone „najzdrowszym dietom świata”, odchudzającym, odmładniającym, zapobiegającym chorobom cywilizacyjnym, tym wszystkim dietom anty [tu wpisz chorobę, której się boisz] i pro [tu wpisz efekt, na jakim Ci zależy].

Przyznam, że ja po kilku latach „grzebania” w temacie, dobrych kilkudziesięciu przeczytanych książkach i paru własnych eksperymentach… trochę tracę już tymi nowinkami zainteresowanie ;)

Nie, nie zjadłam wszystkich rozumów, nadal doceniam postęp i wiedzę, jakie niosą za sobą badania naukowe. Ale od naukowców nie oczekuję już gotowych rozwiązań i jednoznacznych wniosków. Znajomość różnych teorii i systemów jest potrzebna, aby zrozumieć mechanizmy, pożegnać się ze złymi nawykami i wypracować nowe, lepsze, skrojone na miarę własnych potrzeb. Najpiękniejsze jest jednak to, że na przestrzeni tych paru lat zyskałam pewność, że sama wiem najlepiej, co jest dla mnie dobre :)

Z całą pewnością będę dokształcać się dalej, poznawać nowe produkty, eksperymentować kulinarnie, bo najzwyczajniej w świecie to lubię, poza tym potrzeby każdego organizmu zmieniają się w czasie.

Ale nie czuję się już tak zdezorientowana nadmiarem informacji, kolejnych odkryć naukowych i opinii innych ludzi. O dziwo założenia różnych, często sprzecznych teorii dietetycznych, które mnie przekonują, wreszcie jestem w stanie połączyć w jedną spójną strategię do zastosowania. Nawet w przypadku tak różnych podejść jak wegetarianizm i dieta paleo wspólnym mianownikiem są podobne wartości i to je „biorę” dla siebie: duża ilość warzyw, eliminacja żywności przetworzonej, zwracanie uwagi na pochodzenie i jakość produktów (kiedyś już o tym pisałam w tekście Bezglutenowa, wegetariańska, a może paleo?)

Jak znalazłam odpowiednią dla siebie dietę?

Według mnie – tak jak w przypadku każdego dobrze zaplanowanego zadania - warto najpierw postawić cele, jakie z pomocą diety chcemy osiągnąć. W moim przypadku zależy mi na połączeniu takich oto funkcji diety:

  • wspieranie pracy tarczycy – pisałam o tym tutaj
  • delikatna redukcja wagi – głównie zwracanie większej uwagi na większą ilość dobrej jakości białka w diecie, więcej na ten temat możecie przeczytać m.in. tutaj
  • przeciwdziałanie stanom zapalnym i profilaktyka chorób przewlekłych – o tym pisałam tutaj

To właśnie na tej podstawie dobierałam i odrzucałam różne zalecenia dietetyczne, kierując się przy tym zarówno dostępnymi badaniami naukowymi i opiniami dietetyków czy naturopatów, jak również własnym samopoczuciem, smakiem, intuicją.

Dzisiaj mogę powiedzieć, że wiem, które produkty mi służą, a których powinnam unikać (nawet, jeżeli uważane są za zdrowe) - i biorąc pod uwagę niełatwy proces poszukiwań, uważam to za prawdziwy sukces. Po paru latach prób i błędów (do których zaliczam np. eksperyment bezglutenowy czy przejście na dietę wegetariańską), w końcu udało mi się znaleźć sposób odżywiania, który zapewnia mi dobre samopoczucie i energię, lepsze wyniki badań, a nawet powolną, ale regularną utratę kilogramów.

Moja dieta w praktyce

Jak to się przekłada na konkrety? Moje tygodniowe menu wygląda mniej więcej tak:

> jem jak najwięcej warzyw w każdym posiłku i w każdej postaci: świeże, gotowane, duszone, smażone, pieczone, kiszonki

> owoce – zazwyczaj w 1 posiłku dziennie

> nie eliminuję żadnego wartościowego składnika z diety – jem węglowodany, zdrowe tłuszcze, białko pochodzenia zarówno zwierzęcego, jak i roślinnego

> gluten – tak, ale tylko w postaci nieoczyszczonych ziaren (głównie żyto, rzadziej orkisz)

> tłuszcze – głównie z orzechów i pestek, dodatkowo oliwa z oliwek, olej lniany, masło klarowane, olej kokosowy i masło

> mięso 2-3 porcje w tygodniu, tylko z dobrych źródeł

> ryby lub owoce morza – 2 porcje w tygodniu

> strączki 1-2 razy w tygodniu

> nabiał, jajka – tylko z dobrych źródeł, 3-5 porcji w tygodniu

> unikam łączenia białek zwierzęcych (mięso, ryby, jajo) w jednym posiłku z węglowodanami typu zboża czy warzywa skrobiowe - zauważyłam, że dużo lepiej się po takim posiłku czuję

> unikam cukru i staram się wybierać jego jak najmniej przetworzone formy – miód pszczeli, suszone owoce, ew. stewia

Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że ewoluowała nie tylko moja dieta, ale także moje podejście:) Coraz bardziej ufam sama sobie. Co nie znaczy, że odżywiam się w 100% idealnie – przeciwnie, nie jestem w swoich wyborach tak ortodoksyjna jak dawniej i raz na jakiś czas z czystym sumieniem pozwalam sobie na posiłek, który całkowicie odbiega od moich codziennych założeń.

Myślę, że dobre samopoczucie związane z jedzeniem jest tak samo ważne dla zdrowia jak sama jakość posiłków – ale to już temat na inny tekst;)

Zdjęcie: Foodies Feed

 

 

Zdrowa ochrona przed poceniem – jaki dezodorant bez aluminium wybrać?

Zdrowa ochrona przed poceniem – jaki dezodorant bez aluminium wybrać?

Temat „ochrony przed poceniem się” to doskonały przykład na to, z jakim chaosem informacyjnym musimy mierzyć się na co dzień, chcąc dokonywać świadomych wyborów. Sprzeczne informacje o tym, co możemy nazywać zdrowym dezodorantem pojawiają się na każdym kroku. Jakiś czas temu postanowiłam więc przyjrzeć się tematowi i wyciągnąć własne wnioski.

Przegląd rynku - od  antyperspirantów po naturalne dezodoranty DIY

Poniżej znajdziecie moje opinie na temat poszczególnych opcji ochrony przed poceniem, w tym dezodorantów bez aluminium dostępnych na rynku. Jeżeli nie chce Wam się czytać całego tekstu, przejdźcie od razu do podsumowania – tam zawarte są wszystkie wnioski w dużym skrócie;)

 

1. Konwencjonalne antyperspiranty


O szkodliwości antyperspirantów dostępnych w sklepach mówi się od dłuższego czasu, głównie za sprawą zawartych w nich soli aluminium (najczęściej jest to chlorowodorotlenek glinu – Aluminium Chlorohydrate). Z niektórych badań wynika, że związek ten może zwiększać ryzyko zachorowania na raka piersi (źródło tutaj) czy chorobę Alzheimera (źródło tutaj).

Oczywiście jak to zwykle z badaniami bywa – są potwierdzane, potem obalane i zastępowane innymi. Niektóre źródła, chociażby popularna w wynikach wyszukiwania Kosmopedia, doniesienia o szkodliwości aluminium nazywa odważnie „mitem”. Czy jednak Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego i ich „niezależni eksperci” mogą twierdzić coś innego?;)

Dla mnie tego typu kontrowersje wokół jakiegokolwiek tematu to po prostu sygnał ostrzegawczy i – jeżeli wydaje mi się to zdroworozsądkowe i nie wiąże się z nieadekwatnie dużym wysiłkiem – wolę poszukać innej, bezpieczniejszej opcji. Czyli wybrać dezodorant bez aluminium i innych ryzykownych sładników. Bardzo fajnie podsumowała to Aga z Afterkorpo w tekście o szkodliwości aluminium  - skoro „chemia jest wszędzie”, może warto ją nieco ograniczyć. 

2. Ałun


Odkąd wiemy, że konwencjonalne sztyfty mogą być szkodliwe dla zdrowia, producenci i sprzedawcy objawili nam ałun. Na pierwszy rzut oka to dokładnie to, czego nam potrzeba: naturalny minerał, bezpieczny dla zdrowia, nie blokujący wydzielania potu, ale neutralizujący jego zapach, bez parabenów, alkoholu, substancji zapachowych czy konserwantów, w dodatku w dobrej cenie. U mnie z punktu widzenia usuwania zapachu potu – całkiem skuteczny.

Wystarczy jednak spojrzeć na skład i okazuje się, że ałun to nic innego jak… aluminium, a konkretniej siarczany glinu: siarczan amonowo-glinowy czy potasowo-glinowy, których tak bardzo chcieliśmy uniknąć. Co prawda według niektórych źródeł aluminium z ałunu - ze względu na jego naturalną strukturę krystaliczną – nie jest wchłaniane przez skórę, ale są badania, które temu przeczą (źródło tutaj). Jeśli wgryźć się w temat jeszcze głębiej, rodzą się kolejne wątpliwości - chociażby proces produkcji tego „naturalnego minerału”, który wcale nie wygląda tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Dociekliwym polecam ten artykuł na temat ałunu z bloga Nowa Alchemia.

Marketingowcy tymczasem potrafią sprzedawać nam ałun opatrzony różową wstążką i etykietkami „dezodorant bez aluminium”, „100% naturalny”, etc. Mnie osobiście takie bezczelne triki po prostu zniechęcają.

Jest to pewnie opcja zdrowsza niż zwykłe antyperspiranty – chociażby dlatego, że nie blokuje wydzielania potu i nie zawiera innych dodatków: parabenów, PEG, itd. – ale ja zdecydowałam się poszukać jeszcze lepszej alternatywy.

3. Gotowe dezodoranty bez aluminium


W sklepach z kosmetykami naturalnymi znajdziemy całkiem sporo dezodorantów nie zawierających soli aluminium. Zamiast związków glinu, które hamują wydzielanie potu, stosowane są w nich składniki antybakteryjne neutralizujące zapach: alkohol, soda oczyszczona, wyciągi roślinne, np. z szałwii, mięty, owoców cytrusowych, etc. Stosując je, owszem, pocimy się pod pachami, ale bezzapachowo (przynajmniej do pewnego czasu).

Jeżeli gotowe naturalne dezodoranty dobrze się u Was sprawdzają, macie szczęście - jest to z pewnością wybór najwygodniejszy. Ich skuteczność to jednak kwestia indywidualna – trzeba po prostu testować na własnej skórze. Ja niestety – mimo dobrych kilku prób – nie trafiłam jeszcze na dezodorant, który skutecznie neutralizowałby zapach potu przez wiele godzin. Mam wręcz wrażenie, że niektóre produkty, jak np. szałwiowa Alterra z Rossmanna, tylko ten zapach pogarszają. W mało aktywne dni nie najgorzej sprawdza się u mnie się dezodorant Lavery i Eco Cosmetucs, ale już przy większej aktywności typu rower czy fitness – cóż, niestety nie daje rady. Jeżeli możecie polecić inne produkty, chętnie wypróbuję – być może znajdzie się dla mnie jakaś perełka.

Ale przyznam szczerze, że ceny naturalnych dezodorantów lekko mnie powalają - szczególnie tych z najlepszymi opiniami w sieci i dobrym składem. Np. produkty marki Schmidt’s czy dr Haushka kosztują ok. 45- 50 zł – według mnie sporo za dużo. Na szczęście jest alternatywa - produkty DIY:)

4. Naturalne dezodoranty domowej produkcji


Na własnej skórze przetestowałam dwa dezodoranty, które można tanio i bardzo łatwo wykonać w domu.

Pierwszy z nich to mieszanka oleju kokosowego, sody oczyszczonej, mąki ziemniaczanej i cytrynowego olejku eterycznego.

Oto dokładne proporcje:
4 łyżki sody oczyszczonej
4 łyżki oleju kokosowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
15-20 kropli olejku eterycznego, np. cytrynowego lub z drzewa herbacianego

 

Całość wystarczy dokładnie wymieszać i dezodoranto gotowy. Po kąpieli palcami wmasowujemy go w skórę pod pachami.

To tylko jedna z wielu możliwych kombinacji, w sieci znajdziecie również inne warianty, np. z masłem shea i mixem olejków eterycznych na blogu Emi Naturalna czy z woskiem pszczelim i mieszanką różnych olejów wg przepisu Ewy z Zielonego Zagonka. Jeżeli lubicie takie eksperymenty, jest szansa, że w końcu znajdziecie dla siebie skład idealny:) Jeżeli chodzi o moją opinię, skuteczność tego dezodorantu porównałabym do gotowych sztyftów naturalnych – daje radę, ale nie przy większym wysiłku fizycznym. Nie ma szału, ale przynajmniej kosztuje dużo mniej;)

Ja póki co najbardziej jestem zadowolona z działania jeszcze innej domowej mikstury, znanej jako oliwka magnezowa. To roztwór wody destylowanej i chlorku magnezu (najczęściej w proporcji 2:1, 3:1, ale można też próbować 1:1). Ze względu na działanie antyseptyczne, neutralizuje zapach potu i przyznam, że u mnie sprawdza się w tej roli lepiej (działa dłużej) niż inne naturalne dezodoranty. To rozwiązanie testuje ostatnio także mój mąż, który –  jak to zwykle mężczyzna – poci się więcej. Twierdzi, że przez cały dzień pracy czuje się komfortowo – czyli naprawdę jest nieźle.

Dezodorant magnezowy ma jeszcze jedną, niezwykle ważną zaletę: ponieważ magnez najłatwiej wchłania się właśnie przez skórę, stosując go suplementujemy ten ważny dla zdrowia pierwiastek. No i kwestia ceny – w przeciwieństwie do drogich dezodorantów naturalnych, składniki do przygotowania zapasu oliwy magnezowej kosztują dosłownie parę złotych

A teraz czas na instrukcję przygotowania:

Potrzebne składniki:
100 g chlorku magnezu (o czystości farmaceutycznej)
200 ml wody destylowanej lub demineralizowanej (do kupienia na stacjach benzynowych)

 

Chlorek magnezu wsypujemy do słoika, zalewamy lekko podgrzaną wodą destylowaną i dokładnie mieszamy za pomocą plastikowej lub drewnianej łyżeczki, aż do rozpuszczenia. Studzimy i przelewamy do butelki z atomizerem (ja użyłam butelki po sprayu Alterry, który nie sprawdził się w roli dezodorantu – ale przynajmniej butelka się przydała;)) Stosujemy na suchą, nieuszkodzoną skórę, spryskując ją i lekko wcierając dłonią.

Jak dla mnie – idealne, praktyczne połączenie! Zachęcam, żebyście przetestowali, czy u Was też się sprawdzi.

Podsumowanie

Chociaż nie lubię popadać w skrajności, uważam, że codzienne stosowanie konwencjonalnych antyperspirantów nie jest dobre dla zdrowia. Wśród produktów gotowych niestety nie znalazłam dezodorantu bez aluminium, z którego działania byłabym zadowolona (szczególnie biorąc pod uwagę relację skuteczność/ cena).

U mnie najlepiej sprawdza się supertani, własnoręcznie przygotowany dezodorant magnezowy (przepis znajdziecie w tekście powyżej). Korzyść z jego stosowania to nie tylko niezła neutralizacja zapachu potu, ale także suplementacja transdermalna ważnego pierwiastka, jakim jest magnez.

Przypuszczam jednak, że organizm każdego inaczej reaguje na różne składniki naturalnych dezodorantów – to, co sprawdza się u mnie, może nie sprawdzić się u Was (i odwrotnie). Z całą pewnością warto jednak testować różne alternatywy i nie poddawać się przy pierwszych próbach. I jeszcze jedno: po odstawieniu konwencjonalnego antyperspirantu dajcie sobie kilka dni „wolnego” – dopiero wtedy, po odblokowaniu porów, będziecie mogli sprawdzić, czy naturalne rozwiązania zdają egzamin.

 

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia w tym temacie. Stosujecie dezodoranty bez aluminium? Robicie własne? Które działają najskuteczniej?

 

 

Mój prywatny weekend wellness:)

Mój prywatny weekend wellness:)

Każdemu z nas potrzebny jest czasem głęboki wypoczynek: totalne zwolnienie tempa i możliwość zadbania o ciało i duszę. Problemem zazwyczaj jest, wiadomo, brak czasu. Rzadko mamy możliwość wyłączenia się z życia i obowiązków na tydzień lub dwa, a dni wolne ja przynajmniej zawsze wolałam spędzać bardziej aktywnie. Ale ostatnio chyba dojrzewam do zmiany w tej kwestii: może niekoniecznie mogłabym się lenić przez tydzień lub dwa, ale już przez cały weekend – jak najbardziej! :)

W tym celu opracowałam swoją prywatną, autorską formułę weekendu wellness. Ta nazwa to oczywiście taki trochę chwyt marketingowy;) – chodzi po prostu o weekend, w którym zwalniam i ze szczególną uwagą dbam o siebie. To odrobina luksusu, którą możemy sobie podarować za niewielkie pieniądze – moim skromnym zdaniem o niebo lepsza i bardziej regenerująca niż wyjazd do SPA.

Moje założenia „weekendu wellness”

Weekend planuję odpowiednio wcześniej – tak, aby nic nie pokrzyżowało moich planów. Dzień wcześniej włączam tryb zakupowego szaleństwa w warzywniaku. Robię solidny zapas wszystkich warzyw i owoców, które lubię, jak najbardziej różnorodnych i kolorowych tak, aby dostarczyć organizmowi całego zestawu witamin i minerałów. Jeżeli są z nieznanego źródła, myję je dokładnie w wodzie z octem jabłkowym, następnie w wodzie z sodą oczyszczoną, a potem płuczę pod bieżącą wodą. Ta metoda pozwala usunąć z produktów przynajmniej część pestycydów.

Odpoczynek zaczynam w już piątek – staram się wtedy wyluzować z ilością pracy, jeść lekko i wybrać się na przynajmniej dwugodzinny spacer. 

1. Czysta, lekka dieta warzywna

Podczas weekendu jem głównie warzywa i trochę owoców, odrobinę kasz i odrobinę wysokiej jakości białka, np. ekologiczne jaja czy mięso. Jem dosyć dużo (warzyw) i często – tak, aby nie czuć głodu, ale też nie przejadać się. Przygotowuję warzywne, świeżo wyciskane soki. Używam dużej ilości rozmaitych ziół i przypraw. Jeżeli zgłodnieję, podjadam surową marchewkę albo piekę jabłko z odrobiną miodu. Pomiędzy posiłkami popijam dużo płynów: wodę, wodę z cytryną i imbirem, zieloną herbatę, napar z czystka, mięty.

2. Łagodne ćwiczenia

Stawiam na łagodny lub umiarkowany wysiłek fizyczny. Każdy dzień zaczynam od 5 rytuałów tybetańskich. Znajduję czas na długi spacer lub jazdę na rowerze gdzieś z dala od zgiełku miasta, najlepiej w lesie. Wieczorem ćwiczę jogę lub rozciągam się w towarzystwie filmiku z ćwiczeniami pilatesu.

Po ćwiczeniach nawadniam organizm naturalnym izotonikiem: wodą z cytryną, odrobiną miodu i szczyptą soli.

3. 100% naturalna pielęgnacja

W trakcie weekendu w 100% rezygnuję ze wszystkich kosmetyków i innych produktów zawierających sztuczne składniki. Do kąpieli - naturalne, czarne mydło, własnoręcznie przygotowane peelingi, kąpiele z dodatkiem naturalnych składników pomagających w oczyszczaniu. Do włosów szampon z sody oczyszczonej, płukanka z octu jabłkowego, olej arganowy, migdałowy. Do nawilżania skóry – olej kokosowy. Jako pasty do zębów używam własnoręcznie przygotowanej mikstury z sody oczyszczonej, soli, ksylitolu, imbiru i cytryny. Aby dać odpocząć mojej skórze, odpuszczam też sobie jakikolwiek makijaż.

W kuchni też używam tylko naturalnych środków do zmywania i sprzątania (cytryna, soda oczyszczona, woda). Jednym słowem – przestawiam się na tryb maksymalnie ekologiczny, na co na co dzień niestety nie zawsze mam czas.

4. Relaks i jeszcze raz relaks

Weekend spędzam w rytmie slow - nie spieszę się, nie planuję porządków czy spraw do załatwienia, zapominam o pracy. Zajmuję się głównie przyjemnościami: gotuję, dbam o ciało, czytam, piszę, oglądam pozytywne filmy. Spędzam chwilę na drobnych porządkach na półce z książkami albo w szafie z ubraniami, próbuję nowych pomysłów typu zrób to sam. W ciągu dnia bez skrupułów ucinam sobie krótką drzemkę albo leżę i gapię się w niebo:) Wyciszam telefon i nie dzwonię do nikogo, aby załatwić jakąś sprawę albo z obowiązku, najwyżej aby miło porozmawiać.

5. Sen

Wieczorem przed snem medytuję lub odprężam się słuchając muzyki (lub ptaków za oknem:)). Do łóżka kładę się ok. 21.00 i zasypiam przed 22.00 – sen wtedy jest najbardziej regenerujący.

Inne pomysły na weekend wellness w domu:

- godzinny seans domowy z masażystą (lub partnerem, który nam taki masaż wykona)
- ćwiczenia oddechowe
- kąpiel przy świecach z olejkami eterycznymi
- ćwiczenie uważności

Taki „weekend wellness”, bez obowiązków i planów, to oczywiście rzadkość, ale dzięki temu jest jeszcze bardziej wyjątkowy. Ja staram się zafundować sobie taki czas mniej więcej raz na kwartał – to pozwala wypocząć, oczyścić się i nabrać nowej pozytywnej energii. Bardzo Was zachęcam do przetestowania na własnej skórze!

Ja zaczynam już jutro:)