Jak zdrowo schudnąć kilka kilogramów? Moja strategia

Jak zdrowo schudnąć kilka kilogramów? Moja strategia

Do tematu odchudzania zawsze miałam stosunek, hmm… ambiwalentny;) Z jednej strony wierzę, że kobieta może wyglądać świetnie nie nosząc rozmiaru S, a znacznie ważniejsze od wagi jest zdrowe, sprawne ciało i samoakceptacja. Z drugiej strony, na paru etapach życia miałam potrzebę schudnąć parę kilogramów i robiłam coś w tym kierunku, z lepszym lub gorszym skutkiem. Niedoczynność tarczycy i miłość do wszystkiego co czekoladowe zdecydowanie nie pomagają w trzymaniu niskiej wagi;) Ale moje BMI było zwykle gdzieś w połowie normy i czułam się z tym ok.

Po urodzeniu dziecka tych kilogramów zostało jednak o kilka za dużo, żeby machnąć na nie ręką i powiedzieć, że taka już moja uroda i nie ma co walczyć z wiatrakami. Nie czuję się sobą i to dla mnie jeden z ważniejszych argumentów, żeby coś zmienić. Niestety w moim przypadku karmienie piersią wcale nie sprawiło, że waga sama zaczęła spadać (cóż, prawda jest taka, że przez parę miesięcy po porodzie miałam straszną, ale to STRASZNĄ ochotę na słodkości, z którą tymczasowo świadomie postanowiłam nie walczyć…)

Teraz, wraz z nadejściem wiosny i 11 miesięcy po urodzeniu Helenki, przyszedł czas na zmiany:)

Moja strategia odchudzania


Nie jestem zwolenniczką diet odchudzających, ale po kilku miesiącach obserwacji własnego organizmu uznałam, że samo zdrowe odżywianie tym razem nie wystarczy i muszę podejść do sprawy bardziej metodycznie. Nadal karmię, więc nie wchodzi w grę nic restrykcyjnego, nie chcę eliminować żadnych grup produktów, nie mam też czasu na liczenie kalorii i przygotowanie jakichś specjalnych dietetycznych potraw. Poza tym początki macierzyństwa bywają na tyle wyczerpujące, że czasem ratuje tylko czekolada;)

Podobnie jeżeli chodzi o sport – niestety różnie z tym bywa. Czasem doba jest za krótka na intensywniejsze ćwiczenia, czasem wygrywa zmęczenie i potrzeba snu. Kilka miesięcy temu zaczęłam chodzić na jogę, ale ponieważ nałożyło się na to ząbkowanie Helenki, zamiast cieszyć się z powrotu na matę, tylko się frustrowałam, że znowu nie udało mi się wyjść. Odpuściłam więc na razie zajęcia poza domem, jeszcze przyjdzie na to czas, w końcu mała nie zawsze będzie mnie potrzebować tak jak teraz.

Siłą rzeczy na moją strategię odchudzania składają się więc działania na zasadzie minimum wysiłku. Wolę tak, bez większej presji, nawet jeśli zrzucanie kilogramów miało by mi zająć długie miesiące.

Jaki mam cel? Minimum 6 kilogramów mniej, ale kto wie, może optymalną wagę uda się ustawić tym razem jeszcze ze 2 kg niżej :)

Oto co zamierzam:

1. dieta rozdzielna

Ze względu na kryteria, o których pisałam wyżej, odrzuciłam większość diet, ale jedna – którą stosowałam już w przeszłości – wydaje się optymalna: dieta rozdzielna. Ten sposób odżywiania zakłada jedną główną zasadę: w jednym posiłku nie łączymy węglowodanów z białkami. Słowem: jem wszystko, na co mam ochotę (zdrowo, ale dla czekolady miejsce też się czasem znajdzie;)), tylko z zachowaniem ok. 3h przerw między posiłkami.

Z naukowego punktu widzenia ta dieta nie ma mocnych podstaw, ale jednak w moim przypadku działa: kiedyś pozwoliła mi bez większego wysiłku schudnąć jakieś 5 kg.

Jeżeli chcecie poznać więcej szczegółów na temat diety rozłącznej, polecam wpis na blogu Agnieszki Maciąg, która jest jej zwolenniczką. A po inspiracje kulinarne do gotowania rozdzielnego zajrzyjcie do jej książek, np. Smaku życia. No i oczywiście tu do mnie na bloga, na pewno będę testować nowe przepisy i dzielić się nimi.

2. 10 000 kroków dziennie

Obecnie chyba każdy smartfon ma funkcję liczenia kroków, więc pilnowanie tej codziennej minimalnej dawki ruchu nie przysparza żadnego wysiłku. Owe 10 000 to liczba wyciągnięta trochę z kapelusza (skąd się wzięła, przeczytacie w ciekawym artykule tutaj). Można dyskutować, czy 10 000 kroków to nie za mało, ja traktuję to raczej jak przypominajkę: ruszaj się jak najwięcej.

Codzienny spacer z Helenką zapewnia mi zwykle ok. 7000 kroków, w weekendy dużo więcej, więc nie jest źle. W mniej spacerowe dni mam zamiar dążyć do tego minimalnego celu na różne sposoby, chociażby wychodząc na szybkie zakupy do osiedlowego sklepu. Dreptania po domu z dzieckiem na rękach nie liczę – to taki macierzyński gratis;)

3. ćwiczenie mięśni brzucha „przy okazji”

Nie będę się oszukiwać, że znajdę czas i chęci na regularny trening mięśni brzucha, a po porodzie to właśnie one wymagają specjalnej uwagi. Dlatego szukam okazji, aby wzmocnić te partie ciała wykonując inne czynności, które i tak wykonuję. Mam na myśli na przykład szybkie ćwiczenia na miejskiej siłowni podczas spaceru z wózkiem (na outdoorowych siłowniach zwykle jest twister, który świetnie się do tego nadaje), ćwiczenia na macie podczas zabaw z dzieckiem albo po prostu napinanie mięśni brzucha przy zmywaniu czy wieszaniu prania.

Może nie przyniesie to spektakularnych efektów w postaci kaloryfera, ale na pewno pozwoli wzmocnić mięśnie brzucha, a to z kolei korzystne także dla kręgosłupa – mi to wystarczy.

 

Pierwsze efekty widać było już po pierwszych dniach stosowania tej strategii, waga nareszcie drgnęła. W święta trochę odpuściłam, ale teraz wracam do moich założeń i mam nadzieję, że za kilka miesięcy przyjdzie czas na sprawozdanie z wykonania planu;)

Jeżeli macie jakieś patenty jak zdrowo zrzucić zbędne kilogramy, zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach.

 

 

Gluten i laktoza – czy jest się czego obawiać?

Gluten i laktoza – czy jest się czego obawiać?

Wśród osób, które interesują się zdrowym odżywianiem nietolerancje pokarmowe to temat doskonale znany, wręcz modny. W ostatnich latach złą sławą cieszą się przede wszystkim gluten, obecny w takich zbożach jak pszenica, żyto, jęczmień oraz laktoza, czyli cukier zawarty w mleku. Temat stał się nośny do tego stopnia, że wielu ludzi decyduje się na odstawienie produktów je zawierających bez jednoznacznych wskazań lekarskich, po prostu dla poprawy zdrowia. Przeciwnicy diet eliminacyjnych nazywają to chwilową modą, wskazują bezzasadność i ryzyko niedoborów, a w niektórych kręgach „bezglutenowi” i „bezlaktozowi” postrzegani są jak żywieniowe freaki ;)

Ja sama ze względu na niedoczynność tarczycy czasowo wyeliminowałam ze swojej diety gluten i mimo że nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, do tej pory staram się go ograniczać, szczególnie pszenicę, która wyraźnie mi nie służy. Wiem jednak, że taka dieta eliminacyjna nie jest łatwa i na pewno nie zdecydowałabym się na nią ot tak.

Jak to więc jest z tym glutenem i laktozą? Czy w przypadku tych produktów sprawdza się stara dobra zasada „jedz wszystko, byle z umiarem”, którą sama chętnie promuję tu na blogu? Nie zawsze – ale o tym za chwilę.

Zacznijmy od tego, jakie objawy powinny wzbudzić naszą czujność. Oprócz typowych dolegliwości gastrycznych takich jak biegunki, zaparcia, wzdęcia, gazy, nudności, wymioty czy ból brzucha, lista potencjalnych skutków nietolerancji jest długa - od ogólnego zmęczenia i osłabienia, spadku koncentracji, przez bóle kości i stawów, migreny, astmę, egzemę, po depresję, niepłodność, a nawet, jak twierdzą niektóre źródła, nowotwory układu pokarmowego. Jak widzicie, zagrożeń jest na tyle dużo i mogą mieć na tyle zróżnicowane podłoże, że trudno skojarzyć dany problem zdrowotny akurat z dietą. A tak może się dziać właśnie w przypadku nietolerancji laktozy – która wynika z braku laktazy, czyli enzymu odpowiedzialnego za trawienie laktozy czy nietolerancji glutenu / bezobjawowej czy utajonej celiakii – kiedy organizm broniąc się przed tym alergenem wytwarza przeciwciała, co z kolei odbija się na zdrowiu całego organizmu. Nie bez przyczyny mówi się,  że zdrowie zaczyna się od jelit, tj. od zdrowego trawienia.

Jeżeli więc cierpicie na dolegliwości, których przyczyna nie jest znana, warto sprawdzić, czy ich przyczyną nie jest właśnie nietolerancja pokarmowa. Gluten i laktoza są głównymi (choć nie jedynymi) podejrzanymi. Można wykonać badanie krwi w kierunku przeciwciał lub kompleksowy test na alergie typu Food Detective, dostępne są już także przystępne cenowo testy genetyczne pozwalające sprawdzić, czy posiadamy geny predestynujące nas do danej nietolerancji. Ta ostatnia opcja jest o tyle sensowna, że dostarcza nam wiedzy na całe życie, podczas kiedy testy z krwi mogą dawać wynik fałszywie ujemny.

Osobnym tematem jest diagnostyka celiakii – która wbrew pozorom nie zawsze daje klasyczne objawy alergii. Według niektórych źródeł na celiakię utajoną może cierpieć nawet 1 na 100 osób (źródło: www.celiakia.pl)

Celiakia nie jest prosta do zdiagnozowania, do tej pory nie ma jednego uniwersalnego badania, które może dać 100% potwierdzenie choroby. Do jej potwierdzenia potrzebne są przynajmniej dwa badania. Dzięki wykonaniu badania genetycznego w pierwszej kolejności można uniknąć biopsji jelita. Badanie genetyczne jako jedyne może wykluczyć chorobę raz na całe życie, z kolei badanie z krwi na przeciwciała i biopsja dają jedynie informację, czy w danym momencie jest się narażonym na aktywność choroby. W pewnych przypadkach badania z krwi mogą wyjść fałszywie ujemne np. przy stosowaniu diety bezglutenowej, w momencie niedoboru IgA czy niedawnym uaktywnieniu się choroby.

Z kolei, jeżeli w badaniu genetycznym stwierdzony zostanie któryś z genów odpowiedzialnych za celiakię, nawet jeżeli aktualnie nie chorujemy, musimy liczyć się z tym ryzykiem w przyszłości.

Kiedy kilka miesięcy temu skontaktowała się ze mną firma TestDNA, zajmująca się badaniami genetycznymi z propozycją przetestowania ich produktu, temat mnie zainteresował i postanowiłam o nim napisać. Wybrałam pakiet „Zdrowe jelita” i sprezentowałam test mojemu mężowi, bo jego częste dolegliwości gastryczne od dawna mnie niepokoiły.

Zestaw, który otrzymujemy z laboratorium TestDNA zawiera dwie wymazówki, sterylne rękawiczki, formularz zlecenia i oświadczenie, kopertę zwrotną oraz instrukcję.

Sam test wykonuje się bardzo łatwo – za pomocą dołączonej do zestawu wymazówki pobieramy wymaz z wewnętrznej części policzka, pocierając go 15-20 razy.  Dla pewności wyniku pobiera się dwie takie próbki. Przed badaniem przez minimum godzinę nie można jeść, pić, palić papierosów, myć zębów i żuć gumy. Ewentualna infekcja, np.  gardła nie jest przeszkodą, nie wpływa na wynik badania.

Pobrany materiał wysyłamy do laboratorium za pośrednictwem kuriera, którego najlepiej zamówić dzień wcześniej na stronie internetowej lub telefonicznie (koszt wliczony w cenę badania). Po kilku dniach w odpowiedzi otrzymujemy wynik badania z pełnym opisem, opinią lekarza, schematem ewentualnej dalszej diagnostyki i zaleceniami dietetyka oraz przykładowym jadłospisem.

W przypadku mojego męża okazało się, że faktycznie – posiada on geny odpowiedzialne za pierwotną nietolerancję laktozy oraz predysponujące go do wystąpienia celiakii. Powinien zatem unikać nabiału lub mocno go ograniczyć, a w wyjątkowych przypadkach – przed jego spożyciem przyjmować preparat z laktazą. Jeżeli chodzi o celiakię, czeka go teraz dalsza diagnostyka, tj. badanie na przeciwciała pozwalające określić czy choroba jest aktywna. Jeżeli nieobecne będą przeciwciała – według zaleceń lekarza, mąż powinien kontrolować je co rok lub przejść na konsultowaną dietę bezglutenową. Jeszcze nie wiem, jak to się u niego potoczy, ale cieszę się, że wykonał ten test teraz, gdy jest czas, aby przeciwdziałać wielu potencjalnym chorobom dietozależnym.

Dla nas informacje z testu genetycznego są cenne z jeszcze jednego względu – geny odpowiadające za nietolerancje są dziedziczne, więc będziemy baczniej przyglądać się diecie naszej córki i w swoim czasie pewnie jej również wykonamy testy w kierunku nietolerancji.

Wiele wskazuje na to, że nietolerancje pokarmowe są i będą niestety coraz powszechniejsze. Może to mieć związek z zanieczyszczeniem środowiska i żywności, spożywaniem żywności przetworzonej oraz z innymi czynnikami, które pogarszają stan naszej mikroflory jelitowej (toksyny,  stres, etc.). Nie chodzi więc o to, aby bezmyślnie podążać za modną dietą bezglutenową czy bezlaktozową, ale o to, by mieć świadomość, że niektóre uważane za wartościowe pokarmy mogą (choć nie muszą) podkopywać nasze zdrowie.

Jeżeli podejrzewacie u siebie którąś z nietolerancji albo chcecie upewnić się, że temat Was nie dotyczy, badanie genetyczne to sensowny krok. Firma TestDNA na hasło „healthandthecity” zaoferowała 20 zł rabatu na pakiet „Zdrowe jelita” (rabat obowiązuje do końca marca 2018).

 

[tekst powstał przy współpracy merytorycznej z laboratorium TestDNA] 

 

 

Oczyszczające rytuały na dobry początek roku

Oczyszczające rytuały na dobry początek roku

Tak się złożyło, że w 2018 r. początek nowego roku kalendarzowego pokrywa się z pełnią księżyca, która wypada dokładnie dziś. To idealny czas na oczyszczanie – zarówno ciała, bo chyba wszystkim po świętach i sylwestrze się to przyda, jak i umysłu, tak, żeby z pozytywną energią wkroczyć w 2018 rok.

Oczyszczanie w wymiarze fizycznym

Jeżeli chodzi o oczyszczanie organizmu, najlepsza jest według mnie czysta dieta roślinna. Już kilka-kilkanaście dni takiego odżywiania wyraźnie poprawia samopoczucie, metabolizm i daje pozytywnego kopa do dalszych zdrowych zmian. Może zatem noworoczny domowy pakiet wellness albo detoks cukrowy? :) Ja nadal karmię, więc póki co nie zdecyduję się na taką formę, ale jeśli nie macie przeciwwskazań, bardzo polecam. Mam zamiar natomiast powrócić do kilku dobrych nawyków, które wspierają oczyszczanie organizmu w bardzo delikatny sposóbpisałam o tym tutaj.

Pełnia księżyca to także dobry czas na oczyszczające zabiegi kosmetyczne, w tym mój ulubiony domowy peeling kawowy i 3-stopniowy zabieg do włosów.

Oczyszczanie w wymiarze duchowym

Jeżeli zaś chodzi o tę sferę, kuszą mnie niektóre prastare rytuały, przypominające trochę czarowanie – nowy rok może być świetnym pretekstem do takiej „zabawy”. W niektórych domach praktykuje się np. oczyszczanie energii dymem z ziół. Zwyczaj palenia ziół, czyli tzw. smużenia pojawia się w wielu różnych tradycjach, od Słowian i kultur neo-pogańskich począwszy, przez amerykańskich Indian po zwyczaje chrześcijańskie. Do oczyszczania najczęściej stosowane są: biała szałwia, lawenda, kora cynamonu czy drzewo sandałowe. Myślę, że w podobny sposób działa także zapalanie świec, kadzideł czy kominków z naturalnymi olejkami eterycznymi.

Jednym z najlepszych sposobów na oczyszczanie umysłu, jakie znane są ludzkości, jest oczywiście medytacja. Każdy może wybrać formę, która jest mu najbliższa i medytować w duchu chrześcijańskim, buddyjskim, w bliskości z naturą lub jeszcze inaczej,  po swojemu. Jeżeli trudno jest Wam znaleźć coś dla siebie, polecam książkę 100 najlepszych medytacji na świecie,  o której ostatnio pisałam.

Dla mnie od zawsze najlepszym sposobem na wszelkie podsumowania oraz uporządkowanie myśli i przyszłych planów jest także pisanie. Koniecznie na kartce, z możliwością bazgrania i rysowania. To kolejna rzecz, która sprzyja generowaniu pozytywnej noworocznej energii.

 

Mimo że nierobienie noworocznych postanowień stało się modne myślę, że warto ten czas wykorzystać na przegląd różnych aspektów naszego życia i małe porządki. Tak, aby w starym roku zostawić wszystko to, co ciąży i jest nam już niepotrzebne, a zrobić miejsce i otworzyć się na nowe. Tego właśnie sobie i Wam życzę – przestrzeni na dobre rzeczy i otwartości na nie. Szczęśliwego 2018 roku!

 

 

Lawenda – właściwości lecznicze i 3 świetne przepisy

Lawenda – właściwości lecznicze i 3 świetne przepisy

Po wyprowadzce z Wrocławia zamieszkaliśmy tymczasowo na Pojezierzu Drawskim, gdzie piaszczysta, dobrze przepuszczalna gleba sprzyja uprawie lawendy. Rośnie tu w co drugim ogródku i mam wrażenie, że kwitnie dłużej niż na południu, bo mamy już październik, a wszędzie nadal pachną fioletowe kwiaty.

A że codzienne spacery z wózkiem ciągle mi o lawendzie przypominają, postanowiłam poszukać ciekawych przepisów na jej wykorzystanie.

Warto wiedzieć, że lawenda nie tylko pięknie pachnie i wygląda, ale jest też źródłem cennych składników takich jak olejek lotny, kwasy fenolowe, garbniki, flawonoidy, antocyjany i fitosterole. Dzięki ich zawartości lawenda koi stres, ułatwia zasypianie, przynosi ulgę w nerwobólach i bólach głowy. Według najnowszych badań klinicznych wykazuje działanie przeciwdepresyjne. Podobno była jednym z ulubionych roślin leczniczych Św. Hildegardy.

Oczywiście lawenda świetnie sprawdza się w aromaterapii – można korzystać w tym celu ze świeżych lub suszonych kwiatów albo gotowych olejków eterycznych. Mniej popularne, ale równie wartościowe zastosowanie znajduje także w kuchni i w domowej apteczce. Poznajcie trzy proste sposoby na wykorzystanie suszonej lawendy.

Coś dla zdrowia – wieczorny napar z lawendy

Składniki:

1 łyżka kwiatów lawendy
1 łyżka kwiatów rumianku
1 łyżka listków melisy

Kwiaty lawendy i rumianku oraz melisę zalewamy wrzącą wodą i parzymy pod przykryciem ok. 15 minut, a nastepnie odcedzamy przez małe sitko. Napar najlepiej pić, gdy jest jeszcze gorący. Pozwala miło zrelaksować się przed snem.

 

Coś dla zmysłów – kawa lawendowa

Składniki:

1 filiżanka ulubionej kawy
1 łyżeczka suszonych kwiatów lawendy
1 łyżeczka dobrego miodu
mleko migdałowe

Kawę parzymy w zaparzaczu razem z kwiatami lawendy przez ok. 5 minut. Napar (już bez kwiatów) przelewamy do filiżanki, a następnie dodajemy mleko i miód. Świetnie smakuje z kostką czekolady – taki deser idealny;)

 

Coś dla ciała – przeciwbólowy balsam lawendowy

Składniki:

1 szklanka kwiatów lawendy
0,5 szklanki rozdrobnionej suszonej kory wierzby
1,5 szklanki oliwy z oliwek lub oleju z pestek winogron

Kwiaty lawendy i korę wierzby wrzucamy do słoika i zalewamy oliwą. Słoik wstawiamy do garnka z umieszczoną na dnie ściereczką i podgrzewamy na wolnym ogniu aż do wrzenia. Gotujemy ok. 15 minut, ciągle mieszając składniki w słoiku. Odstawiamy na klika godzin, a następnie odcedzamy, np. przez gazę i zlewamy oliwę do słoika. Przechowujemy w lodówce. Taki balsam wcieramy kilka razy dziennie w bolace mięśnie, stawy, kręgosłup.

 

Ps. Postanowiłam posadzić kilka krzaczków lawendy. Pani z centrum ogrodniczego powiedziała, że to już ostatni gwizdek tej jesieni, więc spieszcie się, jeśli marzą Wam się lawendowe specjały z własnego ogródka w przyszłym roku.

 

 

PnZ#8 Cykle dobowe i sposoby na zdrowy sen wg ajurwedy

PnZ#8 Cykle dobowe i sposoby na zdrowy sen wg ajurwedy

Jedna ze stałych Czytelniczek w ramach Posta na Zamówienie poprosiła kiedyś o tekst dotyczący sposobów na zdrowy sen. W książce, którą niedawno przeczytałam natknęłam się na ciekawe podejście do tego tematu, wykraczające poza standardowe porady typu: wywietrz sypialnię i wycisz swój umysł. Autorka opisuje ajurwedyjską koncepcję rytmów dnia, której istotnym elementem jest właśnie zdrowy, regenerujący sen – zatem w końcu mogę coś na ten temat napisać:)

Zacznijmy od tego, że jak zawsze sprawa nie jest tak prosta jakbyśmy chcieli;) Aby dobrze się wysypiać nie wystarczy wieczorem wykonać kilku magicznych sztuczek albo połknąć tabletki. Na to, jak śpimy, pracujemy cały dzień: dietą, aktywnością lub jej brakiem, ilością wypitej kawy czy alkoholu, stanem naszych emocji.

Według ajurwedy znaczenie ma także funkcjonowanie zgodnie z biorytmami, czyli dopasowanie tego, co jemy oraz naszej aktywności do naturalnych cyklów dnia. W ciągu doby mamy 6 takich 4-godzinnych cyklów.

Biorytm dobowy wg ajurwedy


Cykl 1: od 6.00 do 10.00

Nasz organizm budzi się i zaczyna produkcję hormonów – w dużych dawkach wydzielane są wtedy adrenalina i kortyzol, hormony płciowe, serotonina. Wg ajurwedy dzień najlepiej rozpocząć od nawodnienia organizmu poprzez wypicie wody albo oczyszczającego napoju, np. soku warzywnego, soku z trawy pszenicznej czy ziołowej herbaty. Od momentu wstania z łóżka do pierwszego posiłku powinny minąć 1-2 godziny, w tym czasie idealne będą lekkie ćwiczenia fizyczne. Śniadanie komponujemy w zależności od potrzeb, pory roku, ale przede wszystkim biorąc pod uwagę stan naszego zdrowia (posiłek ciepły dla osób chorych, wychłodzonych; surowy – dla osób „nadmiarowych”, np. walczących z nadwagą).

Cykl 2: od 10.00 do 14.00

Około południa nasz organizm osiąga szczytowy poziom energii, jesteśmy wtedy najbardziej wydajni i czujni. Również trawienie jest wtedy najefektywniejsze, dlatego w godz. 12.00-13.00 powinniśmy zjadać główny posiłek dnia, najobfitszy i pełny składników odżywczych. To pozwoli zachować energię na dalszą część dnia i dobre samopoczucie.

Cykl 3: od 14.00 do 18.00

Godziny popołudniowe sprzyjają pracy umysłowej i zapamiętywaniu- a to ze względu na zwiększoną wydajność komórek nerwowych. Jeżeli w tym czasie jesteśmy nerwowi, mamy wzdęcia i gazy, zachcianki na słodycze, kawę, papierosy czy inne stymulanty, wg ajurwedy wskazuje to na problemy z trawieniem i trzeba się temu przyjrzeć.

Cykl 4: od 18.00 do 22.00

Metabolizm zwalnia, dlatego ok. 18.00 powinniśmy zjeść ostatni lekki posiłek, bazujący na węglowodanach (białko blokuje wydzielanie serotoniny, a to utrudnia relaks i dobry sen). Wg ajurwedy kolacja, szczególnie białkowa, zjedzona po godz. 19.00 nie ma szans zostać prawidłowo strawiona i będzie zakłócać nasz sen. Najlepsza pora na pójście spać to godz. 21.00-22.00, gdy nasz organizm na skutek zapadającej ciemności produkuje hormon snu – melatoninę. Osoby aktywne w nocy, a śpiące do południa, mają zaburzone cykle produkcji melatoniny i serotoniny, a to skutkuje gorszą kondycją organizmu w ciągu całej doby.

Cykl 5: od 22.00 do 2.00

W tym okresie ciało oczyszcza się, odbudowuje i odmładza, aktywnie pracuje nasza wątroba. Ciężkie posiłki i idące za nimi zaburzenia snu bedą zakłócać czynności tego organu i przyczyniać się do pogorszenia naszego zdrowia i samopoczucia. Mówi się, że sen od godz. 22.00 jest najbardziej wartościowy i regenerujący i jest to prawda chociażby z punktu widzenia wątroby właśnie.

Cykl 6: od 2.00 do 6.00

Nasz organizm neutralizuje odpady, uszkodzone komórki, szkodliwe mikroby i przygotowuje do usunięcia produkty przemiany materii w formie moczu i kału. Najbardziej efektywne wydalanie ma miejsce w godz. 6.00-7.00, m.in. dlatego eksperci od ajurwedy zalecają wstawanie z łóżka nieco przed świtem. W godzinach wczesnoporannych najlepiej oczyszcza się też nasza skóra, wskazany jest więc prysznic i masaż ciała szczotką

Sposoby na zdrowy sen wg ajurwedy – podsumowanie:


Aby zapewnić sobie dobry, regularny sen należy:

1. przestrzegać naturalnych cykli dobowych z punktu widzenia odżywiania i aktywności; prowadzić regularny tryb życia

2. zjadać ostatni lekki posiłek ok. godz. 18.00 – najlepiej, żeby były to weglowodany, np. kasze czy ryż z warzywami

3. zasypiać przed godz. 22.00, gdyż sen przed północą jest najbardziej głęboki i regenerujący

4. uregulować trawienie, m.in. poprzez odpowiednią dietę i unikanie zbyt późnych ciężkich posiłków

5. unikać używek sztucznie podnoszących poziom energii takich jak kawa, papierosy, napoje energetyzujące czy słodycze

To wszystko brzmi bardzo logicznie i nie jest z pewnością „odkryciem Ameryki”, a mimo to mi osobiście trudno przestawić się na taki idealnie zrównoważony tryb życia na stałe. Chciałabym, żeby takich dni z czasem było u mnie coraz wiecej. Choć wiem, że na obecnym etapie życia mało to prawdopodobne, widzę dużą wartość w takim trybie życia i uważam, że przynajmniej czasem warto zafundować sobie taki luksus w postaci wczesnego pójścia spać.

A jak tam z regularnym trybem życia i spaniem u Was? Macie jakieś dobre sposoby na zdrowy sen?

 

 

PnZ#7 Naturalne, domowe sposoby na zatoki

PnZ#7 Naturalne, domowe sposoby na zatoki

Problemy z zatokami to niestety o tej porze roku temat bardzo aktualny, tym bardziej biorąc pod uwagę koszmarną jakość powietrza, jakim oddychamy w naszych polskich miastach:( W tym tygodniu we Wrocławiu normy pyłów zawieszonych przekroczone zostały kilkakrotnie! Pewien mądry lekarz powiedział mi kiedyś, że najlepszym sposobem na przewlekłe choroby dróg oddechowych jest… wyprowadzka z miasta. Plan piękny, ale nie zawsze wykonalny:(

Dwa lata temu o tej porze z zapaleniem zatok walczyłam właściwie cały sezon. Dosyć szybko dałam się namówić na antybiotyk, który w moim przypadku pomógł na krótko, a generalnie tylko pogorszył sprawę przyczyniając się do infekcji przewlekłej. Od tamtej pory uważam, że po antybiotyki w infekcjach zatok lepiej sięgać w ostateczności, gdy inne metody zawiodą. Na prośbę mojej znajomej opiszę dziś naturalne metody, które pozwoliły mi rozprawić się z zapaleniem zatok oraz parę zabiegów, które warto stosować prewencyjnie szczególnie w czasie zimy i alarmu smogowego:/

Moje sprawdzone domowe sposoby na zatoki


1. Najważniejsze – olejek z oregano

Poleciła mi go kuzynka i w moim przypadku okazał się absolutnym hitem. To supersilny olejek o działaniu bakteriobójczym i przeciwzapalnym, przeznaczony m.in. do inhalacji, ale też do spożywania wewnętrznego (ale uwaga, w dużym rozcieńczeniu!!!). Ja stosowałam tylko inhalacje i o tym napiszę, po informacje na temat innych zastosowań odsyłam na bloga Klaudyny Hebdy.

Inhalacje z 2-3 kroplami tego olejku wykonywałam na początku dwa razy dziennie, rano i wieczorem, po pół godziny. Wystarczy do tego miska z parującą wodą i ręcznik na głowę. Udrożnienie zatkanych zatok jest niemal natychmiastowe, ale kuracja musi trochę potrwać, żeby zwalczyć infekcję na stałe. U mnie znaczna poprawa była po tygodniu. Potem przez kolejny tydzień robiłam już tylko inhalacje wieczorne.

Olejek z oregano jest bardzo ostry w zapachu, wręcz palący, dlatego trzeba dawkować go ostrożnie. Nie aplikować na skórę ani wewnętrznie bez rozcieńczenia! Nie polecałabym go raczej małym dzieciom, ale wiem, że niektórzy stosują- decyzję podejmijcie sami.

2. Codzienne płukanie zatok roztworem soli morskiej lub fizjologicznej

Podczas choroby przepłukiwałam nos nawet 3-4 razy dziennie i myślę, że to znacznie przyspieszyło proces zdrowienia. Korzystałam przy tym ze specjalnej butelki do płukania zatok kupionej w aptece. Szczegółowo opisywałam już kiedyś ten zabieg tutaj

3. Ziołowe tabletki udrażniające

Okazały się pomocne, gdy zapalenie zrobiło się przewlekłe i trudno było pozbyć się wydzieliny. Ja stosowałam bodajże sinupret, ale na rynku są też dostępne inne, tańsze warianty o podobnym naturalnym składzie (korzeń goryczki, kwiat czarnego bzu, werbena). Można też pokusić się o przygotowanie własnej mieszanki. Te tabletki rozrzedzają wydzielinę i udrażniają drogi oddechowe, pozwalając pozbyć się zatokowych bólów głowy.

Podczas kuracji ważne jest picie dużej ilości płynów, bo dzięki temu wszystko szybciej „spływa”. Polecam napar z kwiatów lipy, czarnego bzu, wodę z cytryną i imbirem, sok żurawinowy, herbatkę z malin, dzikiej róży.

Zabiegi wspierające leczenie zatok i zapobiegające nawrotom


Dodatkowo w trakcie i po zakończeniu kuracji stosowałam (i stosuję mniej lub bardziej regularnie do dziś) następujące zabiegi:

1. Ssanie oleju

Ten ajurwedyjski sposób na poranne oczyszczenie organizmu bardzo dobrze działa także na zatoki. O ssaniu oleju też pisałam już na blogu we wcześniej podlinkowanym artykule.

2. Aromaterapia z łagodniejszymi olejkami eterycznymi

W okresie przeziębieniowym warto sięgać po aromaterapię regularnie. Olejku z oregano na co dzień raczej używać bym nie chciała, ale są też inne skuteczne i bardziej łagodne olejki: pichtowy, sosnowy, miętowy. Można stosować je podczas inhalacji, rozpalić kominek zapachowy albo dodać parę kropli do kąpieli. Z olejkami eterycznymi trzeba zachować ostrożność w przypadku dzieci i kobiet w ciąży, szczególnie w I trymestrze.

A, na przeczyszczenie zatok polecam też krojenie cebuli;)

3. Noszenie czapki:)

Prosta, ale z moich obserwacji wynika, że wcale nie tak oczywista sprawa. Warto poświęcić „fryzurę” i nie wychodzić z domu bez czapki, bo wyziębione zatoki to idealne warunki do rozwoju infekcji. Ja z tych względów zimą odpuszczam też np. basen.

 

To tyle jeżeli chodzi o moje sposoby leczenia zatok. Mi taki pakiet pomógł w 100% i nawrotu od tamtej pory, tfu tfu, nie miałam. Gdy czuję, że zatoki mi się lekko przytykają, szybko wdrażam inhalacje i płukanie solą i zwykle w 1-2 dni problem jest zażegnany. Jest też szereg innych naturalnych sposobów leczenia zatok, warto wypróbować zanim konieczne będzie wytoczenie cięższej artylerii. Polecam zajrzeć do bardzo dobrze opracowanego artykułu na blogu Agnieszki Maciąg i historii Małgorzaty z Ziołowej Wyspy. Trochę metod pokrywa się z moimi, ale są też inne, np. masaż zatok, okłady z soli czy nalewka ziołowa.

A, i jeszcze jedno: nawet jeżeli stosujecie już antybiotyk, warto sięgnąć po domowe sposoby i wykorzystywać je podczas i po zakończeniu kuracji, bo zapalenie zatok to paskudztwo, które potrafi ciągnąć się w nieskończoność i naprawdę uprzykrzać życie.