Zdrowa ochrona przed poceniem – jaki dezodorant bez aluminium wybrać?

Zdrowa ochrona przed poceniem – jaki dezodorant bez aluminium wybrać?

Temat „ochrony przed poceniem się” to doskonały przykład na to, z jakim chaosem informacyjnym musimy mierzyć się na co dzień, chcąc dokonywać świadomych wyborów. Sprzeczne informacje o tym, co możemy nazywać zdrowym dezodorantem pojawiają się na każdym kroku. Jakiś czas temu postanowiłam więc przyjrzeć się tematowi i wyciągnąć własne wnioski.

Przegląd rynku - od  antyperspirantów po naturalne dezodoranty DIY

Poniżej znajdziecie moje opinie na temat poszczególnych opcji ochrony przed poceniem, w tym dezodorantów bez aluminium dostępnych na rynku. Jeżeli nie chce Wam się czytać całego tekstu, przejdźcie od razu do podsumowania – tam zawarte są wszystkie wnioski w dużym skrócie;)

 

1. Konwencjonalne antyperspiranty


O szkodliwości antyperspirantów dostępnych w sklepach mówi się od dłuższego czasu, głównie za sprawą zawartych w nich soli aluminium (najczęściej jest to chlorowodorotlenek glinu – Aluminium Chlorohydrate). Z niektórych badań wynika, że związek ten może zwiększać ryzyko zachorowania na raka piersi (źródło tutaj) czy chorobę Alzheimera (źródło tutaj).

Oczywiście jak to zwykle z badaniami bywa – są potwierdzane, potem obalane i zastępowane innymi. Niektóre źródła, chociażby popularna w wynikach wyszukiwania Kosmopedia, doniesienia o szkodliwości aluminium nazywa odważnie „mitem”. Czy jednak Polski Związek Przemysłu Kosmetycznego i ich „niezależni eksperci” mogą twierdzić coś innego?;)

Dla mnie tego typu kontrowersje wokół jakiegokolwiek tematu to po prostu sygnał ostrzegawczy i – jeżeli wydaje mi się to zdroworozsądkowe i nie wiąże się z nieadekwatnie dużym wysiłkiem – wolę poszukać innej, bezpieczniejszej opcji. Czyli wybrać dezodorant bez aluminium i innych ryzykownych sładników. Bardzo fajnie podsumowała to Aga z Afterkorpo w tekście o szkodliwości aluminium  - skoro „chemia jest wszędzie”, może warto ją nieco ograniczyć. 

2. Ałun


Odkąd wiemy, że konwencjonalne sztyfty mogą być szkodliwe dla zdrowia, producenci i sprzedawcy objawili nam ałun. Na pierwszy rzut oka to dokładnie to, czego nam potrzeba: naturalny minerał, bezpieczny dla zdrowia, nie blokujący wydzielania potu, ale neutralizujący jego zapach, bez parabenów, alkoholu, substancji zapachowych czy konserwantów, w dodatku w dobrej cenie. U mnie z punktu widzenia usuwania zapachu potu – całkiem skuteczny.

Wystarczy jednak spojrzeć na skład i okazuje się, że ałun to nic innego jak… aluminium, a konkretniej siarczany glinu: siarczan amonowo-glinowy czy potasowo-glinowy, których tak bardzo chcieliśmy uniknąć. Co prawda według niektórych źródeł aluminium z ałunu - ze względu na jego naturalną strukturę krystaliczną – nie jest wchłaniane przez skórę, ale są badania, które temu przeczą (źródło tutaj). Jeśli wgryźć się w temat jeszcze głębiej, rodzą się kolejne wątpliwości - chociażby proces produkcji tego „naturalnego minerału”, który wcale nie wygląda tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Dociekliwym polecam ten artykuł na temat ałunu z bloga Nowa Alchemia.

Marketingowcy tymczasem potrafią sprzedawać nam ałun opatrzony różową wstążką i etykietkami „dezodorant bez aluminium”, „100% naturalny”, etc. Mnie osobiście takie bezczelne triki po prostu zniechęcają.

Jest to pewnie opcja zdrowsza niż zwykłe antyperspiranty – chociażby dlatego, że nie blokuje wydzielania potu i nie zawiera innych dodatków: parabenów, PEG, itd. – ale ja zdecydowałam się poszukać jeszcze lepszej alternatywy.

3. Gotowe dezodoranty bez aluminium


W sklepach z kosmetykami naturalnymi znajdziemy całkiem sporo dezodorantów nie zawierających soli aluminium. Zamiast związków glinu, które hamują wydzielanie potu, stosowane są w nich składniki antybakteryjne neutralizujące zapach: alkohol, soda oczyszczona, wyciągi roślinne, np. z szałwii, mięty, owoców cytrusowych, etc. Stosując je, owszem, pocimy się pod pachami, ale bezzapachowo (przynajmniej do pewnego czasu).

Jeżeli gotowe naturalne dezodoranty dobrze się u Was sprawdzają, macie szczęście - jest to z pewnością wybór najwygodniejszy. Ich skuteczność to jednak kwestia indywidualna – trzeba po prostu testować na własnej skórze. Ja niestety – mimo dobrych kilku prób – nie trafiłam jeszcze na dezodorant, który skutecznie neutralizowałby zapach potu przez wiele godzin. Mam wręcz wrażenie, że niektóre produkty, jak np. szałwiowa Alterra z Rossmanna, tylko ten zapach pogarszają. W mało aktywne dni nie najgorzej sprawdza się u mnie się dezodorant Lavery i Eco Cosmetucs, ale już przy większej aktywności typu rower czy fitness – cóż, niestety nie daje rady. Jeżeli możecie polecić inne produkty, chętnie wypróbuję – być może znajdzie się dla mnie jakaś perełka.

Ale przyznam szczerze, że ceny naturalnych dezodorantów lekko mnie powalają - szczególnie tych z najlepszymi opiniami w sieci i dobrym składem. Np. produkty marki Schmidt’s czy dr Haushka kosztują ok. 45- 50 zł – według mnie sporo za dużo. Na szczęście jest alternatywa - produkty DIY:)

4. Naturalne dezodoranty domowej produkcji


Na własnej skórze przetestowałam dwa dezodoranty, które można tanio i bardzo łatwo wykonać w domu.

Pierwszy z nich to mieszanka oleju kokosowego, sody oczyszczonej, mąki ziemniaczanej i cytrynowego olejku eterycznego.

Oto dokładne proporcje:
4 łyżki sody oczyszczonej
4 łyżki oleju kokosowego
1 łyżka mąki ziemniaczanej
15-20 kropli olejku eterycznego, np. cytrynowego lub z drzewa herbacianego

 

Całość wystarczy dokładnie wymieszać i dezodoranto gotowy. Po kąpieli palcami wmasowujemy go w skórę pod pachami.

To tylko jedna z wielu możliwych kombinacji, w sieci znajdziecie również inne warianty, np. z masłem shea i mixem olejków eterycznych na blogu Emi Naturalna czy z woskiem pszczelim i mieszanką różnych olejów wg przepisu Ewy z Zielonego Zagonka. Jeżeli lubicie takie eksperymenty, jest szansa, że w końcu znajdziecie dla siebie skład idealny:) Jeżeli chodzi o moją opinię, skuteczność tego dezodorantu porównałabym do gotowych sztyftów naturalnych – daje radę, ale nie przy większym wysiłku fizycznym. Nie ma szału, ale przynajmniej kosztuje dużo mniej;)

Ja póki co najbardziej jestem zadowolona z działania jeszcze innej domowej mikstury, znanej jako oliwka magnezowa. To roztwór wody destylowanej i chlorku magnezu (najczęściej w proporcji 2:1, 3:1, ale można też próbować 1:1). Ze względu na działanie antyseptyczne, neutralizuje zapach potu i przyznam, że u mnie sprawdza się w tej roli lepiej (działa dłużej) niż inne naturalne dezodoranty. To rozwiązanie testuje ostatnio także mój mąż, który –  jak to zwykle mężczyzna – poci się więcej. Twierdzi, że przez cały dzień pracy czuje się komfortowo – czyli naprawdę jest nieźle.

Dezodorant magnezowy ma jeszcze jedną, niezwykle ważną zaletę: ponieważ magnez najłatwiej wchłania się właśnie przez skórę, stosując go suplementujemy ten ważny dla zdrowia pierwiastek. No i kwestia ceny – w przeciwieństwie do drogich dezodorantów naturalnych, składniki do przygotowania zapasu oliwy magnezowej kosztują dosłownie parę złotych

A teraz czas na instrukcję przygotowania:

Potrzebne składniki:
100 g chlorku magnezu (o czystości farmaceutycznej)
200 ml wody destylowanej lub demineralizowanej (do kupienia na stacjach benzynowych)

 

Chlorek magnezu wsypujemy do słoika, zalewamy lekko podgrzaną wodą destylowaną i dokładnie mieszamy za pomocą plastikowej lub drewnianej łyżeczki, aż do rozpuszczenia. Studzimy i przelewamy do butelki z atomizerem (ja użyłam butelki po sprayu Alterry, który nie sprawdził się w roli dezodorantu – ale przynajmniej butelka się przydała;)) Stosujemy na suchą, nieuszkodzoną skórę, spryskując ją i lekko wcierając dłonią.

Jak dla mnie – idealne, praktyczne połączenie! Zachęcam, żebyście przetestowali, czy u Was też się sprawdzi.

Podsumowanie

Chociaż nie lubię popadać w skrajności, uważam, że codzienne stosowanie konwencjonalnych antyperspirantów nie jest dobre dla zdrowia. Wśród produktów gotowych niestety nie znalazłam dezodorantu bez aluminium, z którego działania byłabym zadowolona (szczególnie biorąc pod uwagę relację skuteczność/ cena).

U mnie najlepiej sprawdza się supertani, własnoręcznie przygotowany dezodorant magnezowy (przepis znajdziecie w tekście powyżej). Korzyść z jego stosowania to nie tylko niezła neutralizacja zapachu potu, ale także suplementacja transdermalna ważnego pierwiastka, jakim jest magnez.

Przypuszczam jednak, że organizm każdego inaczej reaguje na różne składniki naturalnych dezodorantów – to, co sprawdza się u mnie, może nie sprawdzić się u Was (i odwrotnie). Z całą pewnością warto jednak testować różne alternatywy i nie poddawać się przy pierwszych próbach. I jeszcze jedno: po odstawieniu konwencjonalnego antyperspirantu dajcie sobie kilka dni „wolnego” – dopiero wtedy, po odblokowaniu porów, będziecie mogli sprawdzić, czy naturalne rozwiązania zdają egzamin.

 

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia w tym temacie. Stosujecie dezodoranty bez aluminium? Robicie własne? Które działają najskuteczniej?

 

 

Mój prywatny weekend wellness:)

Mój prywatny weekend wellness:)

Każdemu z nas potrzebny jest czasem głęboki wypoczynek: totalne zwolnienie tempa i możliwość zadbania o ciało i duszę. Problemem zazwyczaj jest, wiadomo, brak czasu. Rzadko mamy możliwość wyłączenia się z życia i obowiązków na tydzień lub dwa, a dni wolne ja przynajmniej zawsze wolałam spędzać bardziej aktywnie. Ale ostatnio chyba dojrzewam do zmiany w tej kwestii: może niekoniecznie mogłabym się lenić przez tydzień lub dwa, ale już przez cały weekend – jak najbardziej! :)

W tym celu opracowałam swoją prywatną, autorską formułę weekendu wellness. Ta nazwa to oczywiście taki trochę chwyt marketingowy;) – chodzi po prostu o weekend, w którym zwalniam i ze szczególną uwagą dbam o siebie. To odrobina luksusu, którą możemy sobie podarować za niewielkie pieniądze – moim skromnym zdaniem o niebo lepsza i bardziej regenerująca niż wyjazd do SPA.

Moje założenia „weekendu wellness”

Weekend planuję odpowiednio wcześniej – tak, aby nic nie pokrzyżowało moich planów. Dzień wcześniej włączam tryb zakupowego szaleństwa w warzywniaku. Robię solidny zapas wszystkich warzyw i owoców, które lubię, jak najbardziej różnorodnych i kolorowych tak, aby dostarczyć organizmowi całego zestawu witamin i minerałów. Jeżeli są z nieznanego źródła, myję je dokładnie w wodzie z octem jabłkowym, następnie w wodzie z sodą oczyszczoną, a potem płuczę pod bieżącą wodą. Ta metoda pozwala usunąć z produktów przynajmniej część pestycydów.

Odpoczynek zaczynam w już piątek – staram się wtedy wyluzować z ilością pracy, jeść lekko i wybrać się na przynajmniej dwugodzinny spacer. 

1. Czysta, lekka dieta warzywna

Podczas weekendu jem głównie warzywa i trochę owoców, odrobinę kasz i odrobinę wysokiej jakości białka, np. ekologiczne jaja czy mięso. Jem dosyć dużo (warzyw) i często – tak, aby nie czuć głodu, ale też nie przejadać się. Przygotowuję warzywne, świeżo wyciskane soki. Używam dużej ilości rozmaitych ziół i przypraw. Jeżeli zgłodnieję, podjadam surową marchewkę albo piekę jabłko z odrobiną miodu. Pomiędzy posiłkami popijam dużo płynów: wodę, wodę z cytryną i imbirem, zieloną herbatę, napar z czystka, mięty.

2. Łagodne ćwiczenia

Stawiam na łagodny lub umiarkowany wysiłek fizyczny. Każdy dzień zaczynam od 5 rytuałów tybetańskich. Znajduję czas na długi spacer lub jazdę na rowerze gdzieś z dala od zgiełku miasta, najlepiej w lesie. Wieczorem ćwiczę jogę lub rozciągam się w towarzystwie filmiku z ćwiczeniami pilatesu.

Po ćwiczeniach nawadniam organizm naturalnym izotonikiem: wodą z cytryną, odrobiną miodu i szczyptą soli.

3. 100% naturalna pielęgnacja

W trakcie weekendu w 100% rezygnuję ze wszystkich kosmetyków i innych produktów zawierających sztuczne składniki. Do kąpieli - naturalne, czarne mydło, własnoręcznie przygotowane peelingi, kąpiele z dodatkiem naturalnych składników pomagających w oczyszczaniu. Do włosów szampon z sody oczyszczonej, płukanka z octu jabłkowego, olej arganowy, migdałowy. Do nawilżania skóry – olej kokosowy. Jako pasty do zębów używam własnoręcznie przygotowanej mikstury z sody oczyszczonej, soli, ksylitolu, imbiru i cytryny. Aby dać odpocząć mojej skórze, odpuszczam też sobie jakikolwiek makijaż.

W kuchni też używam tylko naturalnych środków do zmywania i sprzątania (cytryna, soda oczyszczona, woda). Jednym słowem – przestawiam się na tryb maksymalnie ekologiczny, na co na co dzień niestety nie zawsze mam czas.

4. Relaks i jeszcze raz relaks

Weekend spędzam w rytmie slow - nie spieszę się, nie planuję porządków czy spraw do załatwienia, zapominam o pracy. Zajmuję się głównie przyjemnościami: gotuję, dbam o ciało, czytam, piszę, oglądam pozytywne filmy. Spędzam chwilę na drobnych porządkach na półce z książkami albo w szafie z ubraniami, próbuję nowych pomysłów typu zrób to sam. W ciągu dnia bez skrupułów ucinam sobie krótką drzemkę albo leżę i gapię się w niebo:) Wyciszam telefon i nie dzwonię do nikogo, aby załatwić jakąś sprawę albo z obowiązku, najwyżej aby miło porozmawiać.

5. Sen

Wieczorem przed snem medytuję lub odprężam się słuchając muzyki (lub ptaków za oknem:)). Do łóżka kładę się ok. 21.00 i zasypiam przed 22.00 – sen wtedy jest najbardziej regenerujący.

Inne pomysły na weekend wellness w domu:

- godzinny seans domowy z masażystą (lub partnerem, który nam taki masaż wykona)
- ćwiczenia oddechowe
- kąpiel przy świecach z olejkami eterycznymi
- ćwiczenie uważności

Taki „weekend wellness”, bez obowiązków i planów, to oczywiście rzadkość, ale dzięki temu jest jeszcze bardziej wyjątkowy. Ja staram się zafundować sobie taki czas mniej więcej raz na kwartał – to pozwala wypocząć, oczyścić się i nabrać nowej pozytywnej energii. Bardzo Was zachęcam do przetestowania na własnej skórze!

Ja zaczynam już jutro:)

 

 

PnZ#6 Cera naczynkowa – naturalna pielęgnacja

PnZ#6 Cera naczynkowa – naturalna pielęgnacja

Zwykle wolę tu na blogu zachęcać Was do własnych poszukiwań produktów o dobrych, naturalnych składach niż polecać konkretne marki. Sama po sobie wiem jednak, jak trudno przebić się przez gąszcz opinii i kryptoreklam, a testowanie wszystkiego na własnej skórze bywa nie tylko czasochłonne, ale też kosztowne. Dlatego raz na jakiś czas odsłaniam dla Was zawartość mojej spiżarni czy kosmetyczki i pokazuję produkty, których sama używam - licząc na to, że przynajmniej niektórym z Was ułatwi to zdrowe i nierujnujące portfela wybory.

Trochę poleceń możecie znaleźć w przeglądzie Zdrowych polskich produktów, a dziś w ramach Posta na Zamówienie odpowiem na pytanie jednej z czytelniczek o naturalną pielęgnację cery naczynkowej. Tekst bazuje na moich osobistych doświadczeniach (a wierzcie mi, że z moją problematyczną cerą przerabiałam już różne historie) i nie jest sponsorowany przez żadną z pojawiających się poniżej marek;)

Czy kosmetyki naturalne nadają się do cery naczynkowej?

Zacznę od tego, że jako posiadaczaka płytko unaczynionej, czerwieniącej się cery przez wiele lat nie wyobrażałam sobie innej pielęgnacji niż bazowanie na dermokosmetykach. Na podstawie zasłyszanych opinii (z czego za najbardziej wiarygodne uważam zalecenia dermatologa oraz dermoekspertki z bloga Kosmostolog) wyrobiłam sobie przekonanie, że naturalne kosmetyki – ze względu na ryzyko podrażnień i uczuleń – dla mojej twarzy nie będą odpowiednie.

Na przestrzeni lat z mojej łazienki stopniowo wylatywały kosmetyki naszpikowane chemicznymi substancjami, ale do twarzy nadal wybierałam apteczne marki typu Avene czy La Roche Possay albo tańsze linie do cery naczynkowej, np. Floslek, Lirene czy Ziaja. Ich skład jednak coraz mniej mi się podobał, co więcej – wcale nie eliminowały w 100% problemów ściągniętej, podrażnionej, zaognionej cery czy pojawiających się czasem małych krostek zwiastujących trądzik różowaty, którego chciałam za wszelką cenę uniknąć. Małymi krokami zaczęłam więc testować na sobie produkty naturalne i, o dziwo, moja skóra reagowała na nie bardzo dobrze.

Dzisiaj – z małymi wyjątkami – bazuję głównie na delikatnych kosmetykach o czystych, naturalnych składach i moja cera ma się dobrze. Oczywiście ma swoje kaprysy, szczególnie zimą, ale wbrew obiegowej opinii naturalna pielęgnacja dobrze jej służy, a ja cieszę się, że nie muszę wybierać między dobrą kondycją skóry a zdrowym składem.

Cera naczynkowa - jakie naturalne kosmetyki sprawdzają się u mnie

Poniżej lista kosmetyków, których używam regularnie i do których wracam - nie wszystkie goszczą na mojej półce jednocześnie, raczej przeplatam je między sobą w zależności od pory roku i aktualnych potrzeb.

 

I. Oczyszczanie


Powinnno być przede wszystkim delikatne, niemechaniczne, bazujące na kosmetykach wolnych od SLS/ SLES, agresywnych konserwantów i substancji zpachowych. Lepiej unikać też popularnej wśród miłośniczek ekopielęgnacji metody oczyszczania za pomocą olejów i ciepłej szmatki (OCM) – ciepło nie służy skórze naczynkowej.

U mnie w codziennej pielęgnacji świetnie sprawdzają się:

do demakijażu – lipidowy płyn micelarny Sylveco lub zwykły, roztopiony w dłoniach olej kokosowy 
jako tonik – hydrolat różany lub oczarowy

Rzadziej (1-2 razy w tygodniu) stosuję:

mydło Aleppo z 5% oleju laurowego marki Najel
lub
peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych z e-naturalne.pl

II. Pielęgnacja na noc:
odżywianie i zapobieganie zmarszczkom


Po latach kosmetycznego reżimu pielęgnacyjnego okazało się, że moja skóra od czasu do czasu potrzebuje odpocząć od jakichkolwiek kosmetyków. Czasami na noc nie stosuję nic, czasami ograniczam się tylko do wklepania pod oczy oleju – dobrze sprawdzają się

olej kokosowy, ze słodkich migdałów lub masło shea

Kilka razy w tygodniu na całą twarz i szyję używam serum – świetnie wygładzają skórę i przy regularnym stosowaniu zauważalnie poprawiają jej kondycję i koloryt:

serum Ava Aktywator Młodości, Witamina C lub Ava Hydranov (kwas hialuronowy)

Od wielkiego dzwonu robię sobie odżywczą naturalną:

maseczkę z siemienia lnianego

Wystarczy łyżkę siemienia lnianego zalać gorącą wodą, odstawić na 15 minut i powstałą, ostudzoną papkę nałożyć na twarz, szyję i dekolt, po czym zmyć letnią przegotowaną wodą albo hydrolatem. Taka maseczka ekspresowo nawilża i wygładza skórę.

Fajnie sprawdzają się u mnie także gotowe maski:

Phenome  łagodząco-kojąca maska do twarzy 
Ava Biorokitnik – maska przeciwzmarszczkowa

 

III. Pielęgnacja na dzień:
nawilżanie i ochrona przeciwsłoneczna


Szukam kremów o krótkich składach, bazujących na naturalnych olejach i wyciągach z roślin, które mają dobry wpływ na naczynka, takich jak róża damasceńska, rokitnik czy arnika. Ostatnio na co dzień ostatnio stosuję najczęściej:

nawilżający krem dla skóry suchej i wrażliwej Make Me Bio
lub
krem brzozowo-rokitnikowy z betuliną Sylveco

Oba kremy są dosyć bogate, ale dobrze się wchłaniają i nadają się pod makijaż. Żaden z nich nie ma wysokiego filtra przeciwsłonecznego, ale stosuję na nie podkład mineralny i uważam, że w pracujące dni jest to wystarczająca ochrona (a o ochronie przeciwsłoneczniej pisałam już tutaj). W tej chwili tylko kiedy przebywam na słońcu dłużej, wiele godzin, np. w weekendy i podczas podróży, używam wysokich filtrów – w przypadku twarzy wracam wtedy do mojego wcześniejszego kremu, tj.

Avene Antirougers Jour SPF 20

 

To tyle. Zauważcie, że tych produktów nie jest wiele, a w każdym razie znacznie mniej niż wynikałoby to z sugestii producentów linii do cery naczynkowej – ale zapewniam, że jest to pielęgnacja wystarczająca i w moim przypadku skuteczna.

Oprócz tego stosuję kilka podstawowych zasad pielęgnacji cery naczynkowej: unikam przegrzewania (sauna, solarium, opalanie twarzy), dymu papierosowego i dużych ilości alkoholu, bardzo pikantnych potraw, pocierania twarzy szorstkimi ręcznikami czy wszelkich mechanicznych peelingów i szczoteczek do twarzy. Staram się też wspierać moje kruche naczynka dietą bogatą w witaminę C i antyoksydanty.

A jakie są Wasze doświadczenia związane z naturalną pielęgnacją cery problematycznej? Widzicie więcej plusów czy minusów? Jakie naturalne kosmetyki możecie polecić wrażliwcom?

 

 

Zbieramy dzikie rośliny – dla zdrowia i urody

Zbieramy dzikie rośliny – dla zdrowia i urody

Przedwiośnie to dobry czas, żeby zacząć planować zbiory dziko rosnących roślin z polskich lasów i łąk. A jest ich całe mnóstwo i na przestrzeni roku można sporo przegapić. Końcówka marca i początek kwietnia na przykład to czas na pozyskiwanie soku z brzozy – kolejna okazja na ten pełen witamin i mikroelementów koktajl nadarzy się dopiero za rok, więc nie ma na co czekać:)

Ja w tym roku postanowiłam się przygotować, tym bardziej, że zbiory chcemy wkomponować w plany naszych podróży po Polsce. Opracowałam kalendarz zbiorów dziko rosnących roślin, które mam zamiar zajadać albo przygotowywać z nich różne zdrowe mikstury.

kalendarz miniaturaKalendarzem dzielę się oczywiście z Wami - klikając w obrazek obok, możecie pobrać gotowy PDF do wydrukowania.

Oczywiście nie jest to pełna lista jadalnych roślin rosnących na naszych terenach - wybrałam te, które znam albo które szczególnie zainteresowały mnie ze względu na swoje prozdrowotne działanie.

W kolejnych postach napiszę trochę więcej na temat niektórych roślin, ich niesamowitych właściwości, sposobów pozyskiwania oraz potraw, domowych lekarstw i kosmetyków, które można z nich przyrządzić.

Przy tworzeniu kalendarza posiłkowałam się genialną Dziką kuchnią Łukasza Łuczaja oraz znalezioną w zakamarkach rodzinnej biblioteczki książką Zerwij ziele z dziewięciu miedz Adama Palucha o ziołolecznictwie ludowym w Polsce XIX i początkach XX wieku. Warta uwagi jest też książka Pyszne chwasty Małgorzaty Kalemby-Dróżdż – na razie tylko ją przeglądałam i przyznam, że przepisy są świetne.

Mój kalendarz zbiorów dziko rosnących roślin


marzec

sok z młodej brzozy (tzw. oskoła)

kwiecień

czosnek niedźwiedzi – liście

maj

mniszek lekarski (kwiaty i liście)
pokrzywa
komosa (lebioda)
młode pędy sosny

czerwiec

pokrzywa
czarny bez (kwiaty)
lipa (kwiaty i liście)
macierzanka (kwitnące pędy)

lipiec

mięta
dzikie maliny
rumianek
czeremcha (owoce)

sierpień

dzikie jeżyny

wrzesień

dzikie gruszki
rokitnik
czarny bez (owoce)

październik

głóg
topinambur
łopian (liście)

listopad

dzika róża (owoce)

 

Mam nadzieję, że łąki i lasy przyniosą nam w tym roku obfite zbiory:) A nawet jeżeli nie wszystkie z roślin uda się rozpoznać i pozbierać, jednego jestem pewna: już samo poszukiwanie to supersprawa i pomysł na aktywne spędzenie wolnego czasu.

A to mała kolekcja suszonych roślin z ubiegłego roku – na zachętę:)

sloiki-2

 

 

PnZ#5 Kosmetyki mineralne do makijażu – miniprzewodnik dla początkujących /gościnnie: Idalia/

PnZ#5 Kosmetyki mineralne do makijażu – miniprzewodnik dla początkujących /gościnnie: Idalia/

Jakiś czas temu obiecałam jednej z Czytelniczek wpis poświęcony minerałom. Kosmetyki mineralne są u nas dostępne i popularne od dobrych kilku lat, ale wiem, że nie wszystkim kobietom pasują. Napiszę Wam trochę o moich doświadczeniach z makijażem mineralnym, bo – chociaż po ponad roku stosowania widzę mnóstwo plusów - miałam trochę trudności przy pierwszym zakupie i użytkowaniu.

Zależy mi na tym, żeby tekst dostarczył Wam praktycznej wiedzy, dlatego o wsparcie poprosiłam również „specjalistkę od minerałów”, Magdę z bloga IdaliaStyle.pl. Magda nie tylko od dawna sama używa kosmetyków mineralnych, ale też zna z pierwszej ręki opinie setek swoich czytelniczek, które testują minerały na sobie. Mówiąc krótko – początki z kosmetykami mineralnymi bywają trudne, ale według mnie warto przynajmniej spróbować.

Dlaczego sięgnęłam po kosmetyki mineralne do makijażu?

Oczywiście sytuacja idealna to taka, w której nasza cera wygląda ładnie au naturel, a jedyne, czego jej trzeba to odpowiednia ilość snu i nawilżenia;) Większość znanych mi kobiet potrzebuje jednak czegoś więcej, aby zatuszować większe lub mniejsze niedoskonałości skóry i czuć się lepiej dzięki chociaż delikatnemu makijażowi. Ja, jako posiadaczka cery naczynkowej, również zdecydowanie częściej ‚występuję’ w lekkim makijażu niż bez – nie tylko ze względu na wygląd, ale też dodatkową ochronę naczynek przed słońcem, wiatrem, mrozem.

Jeszcze parę lat temu używałam typowych, drogeryjnych podkładów z, powiedzmy, średniej półki. Kiedy czytam teraz skład mojego starego podkładu cieszę się, że ten kosmetyczny etap mam już za sobą;)

Same zobaczcie: Aqua, Cyclomethicone, Titanium Dioxide, Propylene Glycol, Dimethicone, Talc, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Dimethicone Copolyol, Sodium Chloride, PVP, Laureth-7, Arachidyl Behenate, Sodium Dehydroacetate, Trihydroxystearin, Propylparaben, Methicone, Methylparaben, Synthetic Wax, Silica, Cetyl Dmethicone Copolyol, Polyglyceryl-4 Isostearate, Hexyl Laurate, Ethylene/Methacrylate Copolymer, Ethylene Brassylate, Sodium Acetate, Aluminum Hydroxide, Stearic Acid, Isopropyl Titanium Triisostearate. [+/- CI 77491, CI 77492, CI 77499]

Trochę straszy, prawda? Ale jeszcze 2-3 lata temu nie widziałam dla siebie żadnej alternatywy. Testowałam płynne podkłady z kategorii naturalnych, ale zupełnie nie spełniały swojej funkcji – brzydko rolowały się, zmieniały kolor na skórze i nie zapewniały krycia. Parę lat temu miałam też przymiarkę do „pudru mineralnego”, ale wtedy w swojej nieświadomości sięgnęłam po puder drogeryjny znanej marki, wypełniony przy okazji syfiastymi dodatkami. Efekt był niezadowalający i w ten sposób zniechęciłam do minerałów na dobrych kilka lat. Na szczęście:) jakieś 2 lata temu coś złego zaczęło dziać się z moją cerą. Poszarzała, zaczęła się nieładnie błyszczeć mimo używania peelingów i pudrów matujących, pojawiały się wypryski i zaskórniki. Myślałam, że producent zmienił coś w składzie mojego podkładu, przetestowałam kilka innych, ale problem pozostawał.

Zaczęłam szukać jak najczystszych, naturalnych produktów do makijażu i w końcu postanowiłam przeprosić się z podkładem mineralnym. W tej chwili nie zamieniłabym go już na żaden inny.

Podkład mineralny - zalety

1. Czysty, naturalny skład

Dla wszystkich osób, które zwracają uwagę na jak najkrótszy, naturalny skład produktu, kosmetyki mineralne to niemal ideał (oczywiście mówimy o czystych minerałach, a nie produktach drogeryjnych, które w składzie mają szereg innych dodatków). W moim podkładzie jest tylko 5 składnikówMica (naturalny surowiec mineralny), Titanium Dioxide (dwutlenek tytanu, który jest naturalnym filtrem UV), Zinc Oxide (tlenek cynku o właściwościach matujących), Iron Oxide (mineralny barwnik), Ultramarine (barwnik matujący, najprawdopodobniej jednak – jako jedyny z całej listy – pozyskiwany w warunkach laboratoryjnych). 

2. Lepszy stan skóry

U siebie zaobserwowałam przede wszystkim ograniczenie świecenia się skóry i – po dłuższym czasie – dużo lepszy koloryt cery (wcześniej tak jak pisałam była szara, zmęczona). Moim zdaniem to zasługa prostego składu i dobroczynnych właściwości łagodzących i antybakteryjnych tlenku cynku. Wiem, że sporo dziewczyn z cerą tłustą, trądzikową i wrażliwą ceni sobie minerały ze względu na lekkie działanie wysuszające i gojące. Oto opinia Magdy:

Kosmetyki mineralne najbardziej polecałabym osobom ze skórą borykającą się z niedoskonałościami, skłonnością do zapychania porów, zmianami trądzikowymi i uczuleniem na składniki zawarte w pudrach tradycyjnych. „Minerały” są wolne od konserwantów, talku i innych substancji, które mogą szkodzić wrażliwej skórze. 

3. Ochrona przeciwsłoneczna

To kolejny wielki atut minerałów: dwutlenek tytanu i tlenek cynku stanowią naturalne filtry fizyczne chroniące przed promieniowaniem UVA i UVB. Więej na ten temat pisałam już w tekście na temat naturalnej ochrony przeciwsłonecznej.

4. Wydajność

A przez to też oszczędność pieniędzy – mi jedno opakowanie 10g wystarcza na 8-9 miesięcy (przy prawie codziennym używaniu).

5. Naturalny wygląd makijażu

Dla mnie to jedna z ważniejszych zalet podkładu mineralnego – w przeciwieństwie do „zwykłego” fluidu w płynie, bardzo łatwo go aplikować bez widocznego odcinania się przy szyi (ja zawsze miałam z tym problem, bo mam bardzo jasną cerę). Podkład mineralny – dużo lepiej niż zwykłe pudry matujące – stapia się ze skórą, nie tworzy efektu maski.

puder mineralny

… i kilka wad

Wśród największych minusów, na jakie wskazują przeciwniczki minerałów jest komedogenność, czyli zapychanie porów. Ja też na początku myślałam, że mam ten problem, ale poczytałam na ten temat i okazało się, że rozwiązaniem jest regularny peeling i częstsze mycie pędzla. Poprosiłam też o opinię na temat „zapychania” skóry Magdę – oto jej odpowiedź:

W mojej ocenie jest to mit. Faktycznie, zdarzają się przypadki, gdy krótki czas po przejściu z podkładów tradycyjnych na mineralne pojawia się drobna wysypka lub kilka niedoskonałości, ale nie łączyłabym tego ze zjawiskiem „zapychania” porów. Moim zdaniem, przyczyna jest wręcz odwrotna. Skóra, która przez wiele lat była przykrywana nie zawsze naturalnymi substancjami, nagle malowana jest kosmetykami oddychającymi, lekkimi, bazującymi na składnikach pochodzących z natury. Można więc przypuszczać, że w takiej sytuacji raczej zacznie się oczyszczać (tak zwany purging (ang.)). Podobne zjawisko może mieć miejsce przy zmianie kremu czy innego kosmetyku pielęgnacyjnego. Rada? Przeczekać. 

Jedyną dużą wadą, jaką widzę, może być trudność z doborem odcienia podkładu - szczególnie u osób z ciemną karnacją, bo minerały z natury mają jasne barwy, począwszy od tlenku cynku, który jest biały. Coraz więcej firm specjalizujących się w produkcji naturalnych kosmetyków mineralnych ma jednak szeroką ofertę kolorystyczną, w tym ciemniejsze, bardziej napigmentowane odcienie, polecam więc po prostu szukać.

Inne produkty mineralne do makijażu

Oczywiście kosmetyki mineralne do makijażu to nie tylko podkład – w ofercie można znaleźć różnież korektor mineralny, róż do policzków i cienie do powiek. Ich też używam (choć nie codziennie) i jestem bardzo zadowolona – z podobnych przyczyn, co podkładu:

  • mają czysty skład
  • dają delikatny, naturalny efekt wykończenia makijażu
  • korektor dodatkowo bardzo dobrze kryje i zastępuje bazę pod makijaż, np. imprezowy (trzeba tylko uważać, żeby nie nałożyć go zbyt dużo)
  • cień do powiek lepiej stapia się ze skórą, nie roluje się, jest szeroki wybór kolorów

Są też pudry mineralne, ale ja - biorąc pod uwagę matujące właściwości samego podkładu – zupełnie nie widzę potrzeby stosowania dodatkowego pudru, przynajmniej na co dzień.

Na co warto zwrócić uwagę przy zakupie minerałów?

1. Skład, skład i jeszcze raz skład

Słowo „mineralny” to niestety często tylko zabieg marketingowy, a w składzie produktu, obok tlenku cynku, dwytlenku tytanu czy miki, pojawiają się emolienty, substancje zapachowe czy niepotrzebne wypełniacze. Dobry kosmetyk mineralny powinien mieć wg mnie jak najkrótszy skład: minerały + pigmenty, nic więcej mu nie trzeba.

2. Formuła vs. typ skóry 

W zależności od rodzaju cery i tego, jaki efekt chcemy osiągnąć, do wyboru mamy podkład mineralny w wersji matującej, kryjącej i rozświetlającej. Oto co radzi Magda:

Z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że kosmetyki mineralne mogą znaleźć zastosowanie u posiadaczek zarówno cery suchej jak i tłustej. Wszystko zależy od formuły kosmetyku. Coraz więcej marek oferuje kilka wykończeń, które, poza efektem końcowym, różnią się między sobą poziomem napigmentowania czy konsystencją. Cerę odwodnioną i poszarzałą rozświetli lekki podkład z odbijającym światło pyłkiem, a mieszaną będzie trzymała w ryzach formuła matująca. 

3. Odcienie

Najlepiej zacząć od zakupu próbek kilku różnych odcieni i typów wykończeń (matowe, kryjące, rozświetlające) – większość firm ma próbniki w dobrych cenach. Ja znalazłam swój odcień w zasadzie od razu (beige fair, wersja matowa), ale raz na jakiś czas kupuję też próbki podkładu w kolorze ciemniejszym – używam go jako delikatne, supernaturalne wykończenie i w wersji rozświetlającej – używam czasem do rozświetlenia.

Polecane marki

Od kilku lat oferta kosmetyków mineralnych o dobrym składzie jest na polskim rynku całkiem niezła. Najczęściej polecane marki to Lily Lolo, Meow, Annabelle Minerals, Bare Minerals, Everyday Cosmetics, Pixie Cosmetics, Amilie Mineral Cosmetics, produkty z Kolorowka.com. Ja od początku stosuję minerały polskiej marki Annabelle Minerals i bardzo je sobie chwalę – mają krótkie składy, szeroki wybór odcieni (w tym tonacje beige fair i beige fairest, które dla mojej karnacji są idealne), konkurencyjne ceny, bardzo dobrą obsługę.

Jak stosować i o czym pamiętać?

1. Aplikacja kosmetyków mineralnych 

Technik jest wiele – na sucho, na mokro, różnymi pędzlami, z różnym typem wykończenia. Ja do podkładu i różu używam tego samego pędzla (kabuki), w przyszłości mam zamiar zakupić także pędzel flat top, który zapewnia podobno lepsze krycie. Jeżeli używam korektora, aplikuję go punktowo małym cienkim pędzelkiem, a cień do powiek nakładam po prostu palcami.

2. Ważne informacje dodatkowe 

Z mojego doświadczenia wynika, że aby nasza skóra mogła w pełni korzystać z dobroczynnego działania minerałów, musimy pamiętać o:

  • regularnym peelingu twarzy – dobór peelingu zależy oczywiście od typu Waszej cery, ja używam 1-2 razy w tygodniu peelingu enzymatycznego z owoców tropikalnych
  • częstym myciu pędzli – wystarczy wypłukać w letniej wodzie z odrobiną łagodnego szamponu do włosów, tu z regularnością mam problem, ale widzę, że gdy zaniedbam ten element, na skórze pojawiają się drobne wypryski

Oto na co dodatkowo zwraca uwagę Magda:

Podstawa to higiena – regularne mycie pędzli, czyszczenie pojemnika, w którym pędzle trzymamy, używanie delikatnego mydła do czyszczenia włosia, od czasu do czasu dezynfekcja pojemników, słoiczków, nakrętek, których używamy podczas codziennego makijażu (na przykład, gdy wysypujemy podkład na nakrętkę opakowania pudru). Co jeszcze? Warto zadbać o przygotowanie miejsca, w którym się malujemy. Kosmetyki mineralne to produkty sypkie i nie trudno o wpadkę przy nieostrożnym otwieraniu lub rozsypanie proszku podczas nabierania produktu pędzlem. Dlatego dobrze na blat toaletki czy biurka położyć płat ręcznika papierowego lub rozłożoną suchą chusteczkę higieniczną, a w razie czego mieć w pobliżu wilgotne chusteczki, którym szybko zetrzemy bałagan. 

Po jeszcze więcej informacji na temat kosmetyków mineralnych odsyłam na bloga Idalia Style, szczególnie do tekstu Podkład mineralny – jak dobrać, nakładać, nosić oraz inne praktyczne wskazówki 

Jak zawsze zapraszam do dzielenia się Waszymi opiniami – używacie kosmetyków mineralnych, macie jakieś dodatkowe wskazówki dla nowych użytkowniczek?

 

 

Naturalne perfumy z olejków eterycznych – DIY

Naturalne perfumy z olejków eterycznych – DIY

Niedawno dostałam od mojej siostry świetny prezent: ręcznie robione, naturalne perfumy zamknięte w pięknym słoiczku. Mimo że składają się w 100% z naturalnych składników, są zaskakująco trwałe i dobrze wyczuwalne – już parę razy ktoś pytał mnie, czy zmieniłam zapach, sama też czuję je na skórze nawet po całym dniu. Jeżeli jeszcze nie próbowaliście tworzyć własnych perfum, tym wpisem mam zamiar Was do tego przekonać:)

Dlaczego warto?

Po pierwsze dlatego, że w drogeryjnych perfumach kryją się substancje chemiczne podejrzewane o negatywny wpływ na nasze zdrowie: alergizujące zapachy syntetyczne, ftalany powodujące zaburzenia hormonalne czy syntetyczne piżmo wykazujące działanie neurotoksyczne. Więcej na ten temat możecie przeczytać np. tutaj.

Przyznam, że sama nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam, ale intuicyjnie od wielu lat zwykłe perfumy aplikuję na ubranie, a nie bezpośrednio na skórę. To z kolei trochę mija się z celem, bo zapachy powinny być nakładane na miejsca „ciepłe”, dobrze ukrwione – np. za uszami, na szyi, na nadgarstkach, wtedy zapach będzie dobrze wyczuwalny. W przypadku naturalnych perfum nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak właśnie robić:)

Po drugie – zapachy, które sami wyczarujemy będą niepowtarzalne i „skrojone na miarę”, dokładnie takie, jak nam się podobają. Nie mówiąc już o tym, że przygotowywanie własnych perfum to świetna zabawa!

Jak zrobić naturalne perfumy?

Do ich wykonania potrzebujemy:

1 łyżeczkę wosku pszczelego
1,5 łyżeczki oleju, np.  migdałowego, rafinowanego kokosowego lub zwykłej oliwy z oliwek
ok. 50 kropli naturalnych olejków eterycznych – w moich perfumach są to olejki: paczulowy, waniliowy, ylang-ylang, z drzewa różanego, lawendowy, pomarańczowy i sandałowy, ale zachęcam Was do szukania własnych ulubionych kompozycji;)
opcjonalnie: płatki kwiatów, np. lawendy, róży, etc.

Jak się zabrać za wykonanie perfum? W kąpieli wodnej rozpuszczamy wosk pszczeli i olej. Po rozpuszczeniu dodajemy wybrane olejki eteryczne i dokładnie mieszamy. Przelewamy do szklanego słoiczka i pozostawiamy miksturę do stężenia. 

Moje perfumy po zastygnięciu wyszły dosyć twarde (konsystencja oleju kokosowego wyciągniętego z lodówki), ale po ogrzaniu w dłoniach dają się rozsmarować na skórze. Jeżeli będzie Wam to przeszkadzać, można dodać nieco więcej oleju lub mniej wosku pszczelego, ale przypuszczam, że dzięki tej konsystencji perfumy są takie trwałe.

Zasady tworzenia kompozycji zapachowych

Producentka moich perfum, czyli moja siostra twierdzi, że najlepiej kierować się własną intuicją zapachową i… po prostu mieszać i wąchać:) Cytuję: coś ciężkiego (paczula, drzewo różane, sandałowe, lawenda) + słodkiego (wanilia, kwiatki) + świeżego (cytrusy, bergamotka, herbata) i musi się udać:) Im więcej różnych olejków, tym zapach będzie bardziej zbliżony do zwykłych perfum (a im mniej i im bardziej dominuje jeden zapach, tym bardziej przypomina to kadzidełka).

Jeżeli chcecie zabrać się za komponowanie zapachów bardziej metodologicznie, oto mała ściąga. Generalnie większość perfum tworzy się na bazie trzech nut zapachowych

  • Nuta górna (nazywana też nutą głowy) - odpowiada za pierwsze wrażenie, najbardziej ulotna i szybko znikająca. Znajdziemy tu zapachy:
    - cytrusowe (cytryna, bergamotka, pomarańcza, limonka, mandarynka, grejpfrut, cytrynowe drzewo herbaciane)
    - owocowe-lekkie (melon, arbuz, ananas, kaktus)
    - zielone (mięta, melisa)
    - ziołowe (lawenda, tymianek)
    - leśne z drzew iglastych (jodła, sosna).
  • Nuta środkowa (nuta serca) – to dominujący zapach o średniej lotności, taki „core” całej kompozycji. Znajdziemy tu głównie aromaty:
    - kwiatowe (róża, ylang, jaśmin, drzewo różane, geranium, tuberoza, gardenia, lotos, neroli, lilie, bez lilak, konwalia, fiołek, hiacynt, narcyz, lipa, magnolia)
    - korzenne (goździk, cynamon, imbir, kardamon)
    - zielone (szałwia, rozmaryn, cyprys, jałowiec).
  • Nuta dolna (bazowa) – wzmacnia i stabilizuje zapach, nadaje mu ciężkości i głębi, wyczuwa się ją słabo i późno, ale jest najbardziej trwała. Mogą to być aromaty z grup:
    - drewniana (sandał, cedr, paczula)
    - balsamiczna (kadzidło, galbanum, mirra)
    - aromatyczno-słodka (wanilia, koniak, kawa, kakao, herbata, miód, migdały, marcepan).

Typowa kompozycja zapachowa w perfumach damskich wieczorowych zawiera takie proporcje: nuty dolne 45%, nuty środkowe 30%, nuty górne 25%, a w perfumach damskich lekkich: nuty dolne 25%, nuty środkowe 35%, nuty górne 40%.

Więcej tajników tworzenia kompozycji zapachowych możecie zgłębić tutaj, chociaż podobnie jak moja siostra myślę, że niezawodnym przewodnikiem do stworzenia idealnych naturalnych perfum będzie po prostu węch – moje są tego najlepszym przykładem:) Przyjemnych eksperymentów!