PnZ#6 Cera naczynkowa – naturalna pielęgnacja

PnZ#6 Cera naczynkowa – naturalna pielęgnacja

Zwykle wolę tu na blogu zachęcać Was do własnych poszukiwań produktów o dobrych, naturalnych składach niż polecać konkretne marki. Sama po sobie wiem jednak, jak trudno przebić się przez gąszcz opinii i kryptoreklam, a testowanie wszystkiego na własnej skórze bywa nie tylko czasochłonne, ale też kosztowne. Dlatego raz na jakiś czas odsłaniam dla Was zawartość mojej spiżarni czy kosmetyczki i pokazuję produkty, których sama używam - licząc na to, że przynajmniej niektórym z Was ułatwi to zdrowe i nierujnujące portfela wybory.

Trochę poleceń możecie znaleźć w przeglądzie Zdrowych polskich produktów, a dziś w ramach Posta na Zamówienie odpowiem na pytanie jednej z czytelniczek o naturalną pielęgnację cery naczynkowej. Tekst bazuje na moich osobistych doświadczeniach (a wierzcie mi, że z moją problematyczną cerą przerabiałam już różne historie) i nie jest sponsorowany przez żadną z pojawiających się poniżej marek;)

Czy kosmetyki naturalne nadają się do cery naczynkowej?

Zacznę od tego, że jako posiadaczaka płytko unaczynionej, czerwieniącej się cery przez wiele lat nie wyobrażałam sobie innej pielęgnacji niż bazowanie na dermokosmetykach. Na podstawie zasłyszanych opinii (z czego za najbardziej wiarygodne uważam zalecenia dermatologa oraz dermoekspertki z bloga Kosmostolog) wyrobiłam sobie przekonanie, że naturalne kosmetyki – ze względu na ryzyko podrażnień i uczuleń – dla mojej twarzy nie będą odpowiednie.

Na przestrzeni lat z mojej łazienki stopniowo wylatywały kosmetyki naszpikowane chemicznymi substancjami, ale do twarzy nadal wybierałam apteczne marki typu Avene czy La Roche Possay albo tańsze linie do cery naczynkowej, np. Floslek, Lirene czy Ziaja. Ich skład jednak coraz mniej mi się podobał, co więcej – wcale nie eliminowały w 100% problemów ściągniętej, podrażnionej, zaognionej cery czy pojawiających się czasem małych krostek zwiastujących trądzik różowaty, którego chciałam za wszelką cenę uniknąć. Małymi krokami zaczęłam więc testować na sobie produkty naturalne i, o dziwo, moja skóra reagowała na nie bardzo dobrze.

Dzisiaj – z małymi wyjątkami – bazuję głównie na delikatnych kosmetykach o czystych, naturalnych składach i moja cera ma się dobrze. Oczywiście ma swoje kaprysy, szczególnie zimą, ale wbrew obiegowej opinii naturalna pielęgnacja dobrze jej służy, a ja cieszę się, że nie muszę wybierać między dobrą kondycją skóry a zdrowym składem.

Cera naczynkowa - jakie naturalne kosmetyki sprawdzają się u mnie

Poniżej lista kosmetyków, których używam regularnie i do których wracam - nie wszystkie goszczą na mojej półce jednocześnie, raczej przeplatam je między sobą w zależności od pory roku i aktualnych potrzeb.

 

I. Oczyszczanie


Powinnno być przede wszystkim delikatne, niemechaniczne, bazujące na kosmetykach wolnych od SLS/ SLES, agresywnych konserwantów i substancji zpachowych. Lepiej unikać też popularnej wśród miłośniczek ekopielęgnacji metody oczyszczania za pomocą olejów i ciepłej szmatki (OCM) – ciepło nie służy skórze naczynkowej.

U mnie w codziennej pielęgnacji świetnie sprawdzają się:

do demakijażu – lipidowy płyn micelarny Sylveco lub zwykły, roztopiony w dłoniach olej kokosowy 
jako tonik – hydrolat różany lub oczarowy

Rzadziej (1-2 razy w tygodniu) stosuję:

mydło Aleppo z 5% oleju laurowego marki Najel
lub
peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych z e-naturalne.pl

II. Pielęgnacja na noc:
odżywianie i zapobieganie zmarszczkom


Po latach kosmetycznego reżimu pielęgnacyjnego okazało się, że moja skóra od czasu do czasu potrzebuje odpocząć od jakichkolwiek kosmetyków. Czasami na noc nie stosuję nic, czasami ograniczam się tylko do wklepania pod oczy oleju – dobrze sprawdzają się

olej kokosowy, ze słodkich migdałów lub masło shea

Kilka razy w tygodniu na całą twarz i szyję używam serum – świetnie wygładzają skórę i przy regularnym stosowaniu zauważalnie poprawiają jej kondycję i koloryt:

serum Ava Aktywator Młodości, Witamina C lub Ava Hydranov (kwas hialuronowy)

Od wielkiego dzwonu robię sobie odżywczą naturalną:

maseczkę z siemienia lnianego

Wystarczy łyżkę siemienia lnianego zalać gorącą wodą, odstawić na 15 minut i powstałą, ostudzoną papkę nałożyć na twarz, szyję i dekolt, po czym zmyć letnią przegotowaną wodą albo hydrolatem. Taka maseczka ekspresowo nawilża i wygładza skórę.

Fajnie sprawdzają się u mnie także gotowe maski:

Phenome  łagodząco-kojąca maska do twarzy 
Ava Biorokitnik – maska przeciwzmarszczkowa

 

III. Pielęgnacja na dzień:
nawilżanie i ochrona przeciwsłoneczna


Szukam kremów o krótkich składach, bazujących na naturalnych olejach i wyciągach z roślin, które mają dobry wpływ na naczynka, takich jak róża damasceńska, rokitnik czy arnika. Ostatnio na co dzień ostatnio stosuję najczęściej:

nawilżający krem dla skóry suchej i wrażliwej Make Me Bio
lub
krem brzozowo-rokitnikowy z betuliną Sylveco

Oba kremy są dosyć bogate, ale dobrze się wchłaniają i nadają się pod makijaż. Żaden z nich nie ma wysokiego filtra przeciwsłonecznego, ale stosuję na nie podkład mineralny i uważam, że w pracujące dni jest to wystarczająca ochrona (a o ochronie przeciwsłoneczniej pisałam już tutaj). W tej chwili tylko kiedy przebywam na słońcu dłużej, wiele godzin, np. w weekendy i podczas podróży, używam wysokich filtrów – w przypadku twarzy wracam wtedy do mojego wcześniejszego kremu, tj.

Avene Antirougers Jour SPF 20

 

To tyle. Zauważcie, że tych produktów nie jest wiele, a w każdym razie znacznie mniej niż wynikałoby to z sugestii producentów linii do cery naczynkowej – ale zapewniam, że jest to pielęgnacja wystarczająca i w moim przypadku skuteczna.

Oprócz tego stosuję kilka podstawowych zasad pielęgnacji cery naczynkowej: unikam przegrzewania (sauna, solarium, opalanie twarzy), dymu papierosowego i dużych ilości alkoholu, bardzo pikantnych potraw, pocierania twarzy szorstkimi ręcznikami czy wszelkich mechanicznych peelingów i szczoteczek do twarzy. Staram się też wspierać moje kruche naczynka dietą bogatą w witaminę C i antyoksydanty.

A jakie są Wasze doświadczenia związane z naturalną pielęgnacją cery problematycznej? Widzicie więcej plusów czy minusów? Jakie naturalne kosmetyki możecie polecić wrażliwcom?

 

 

Zbieramy dzikie rośliny – dla zdrowia i urody

Zbieramy dzikie rośliny – dla zdrowia i urody

Przedwiośnie to dobry czas, żeby zacząć planować zbiory dziko rosnących roślin z polskich lasów i łąk. A jest ich całe mnóstwo i na przestrzeni roku można sporo przegapić. Końcówka marca i początek kwietnia na przykład to czas na pozyskiwanie soku z brzozy – kolejna okazja na ten pełen witamin i mikroelementów koktajl nadarzy się dopiero za rok, więc nie ma na co czekać:)

Ja w tym roku postanowiłam się przygotować, tym bardziej, że zbiory chcemy wkomponować w plany naszych podróży po Polsce. Opracowałam kalendarz zbiorów dziko rosnących roślin, które mam zamiar zajadać albo przygotowywać z nich różne zdrowe mikstury.

kalendarz miniaturaKalendarzem dzielę się oczywiście z Wami - klikając w obrazek obok, możecie pobrać gotowy PDF do wydrukowania.

Oczywiście nie jest to pełna lista jadalnych roślin rosnących na naszych terenach - wybrałam te, które znam albo które szczególnie zainteresowały mnie ze względu na swoje prozdrowotne działanie.

W kolejnych postach napiszę trochę więcej na temat niektórych roślin, ich niesamowitych właściwości, sposobów pozyskiwania oraz potraw, domowych lekarstw i kosmetyków, które można z nich przyrządzić.

Przy tworzeniu kalendarza posiłkowałam się genialną Dziką kuchnią Łukasza Łuczaja oraz znalezioną w zakamarkach rodzinnej biblioteczki książką Zerwij ziele z dziewięciu miedz Adama Palucha o ziołolecznictwie ludowym w Polsce XIX i początkach XX wieku. Warta uwagi jest też książka Pyszne chwasty Małgorzaty Kalemby-Dróżdż – na razie tylko ją przeglądałam i przyznam, że przepisy są świetne.

Mój kalendarz zbiorów dziko rosnących roślin


marzec

sok z młodej brzozy (tzw. oskoła)

kwiecień

czosnek niedźwiedzi – liście

maj

mniszek lekarski (kwiaty i liście)
pokrzywa
komosa (lebioda)
młode pędy sosny

czerwiec

pokrzywa
czarny bez (kwiaty)
lipa (kwiaty i liście)
macierzanka (kwitnące pędy)

lipiec

mięta
dzikie maliny
rumianek
czeremcha (owoce)

sierpień

dzikie jeżyny

wrzesień

dzikie gruszki
rokitnik
czarny bez (owoce)

październik

głóg
topinambur
łopian (liście)

listopad

dzika róża (owoce)

 

Mam nadzieję, że łąki i lasy przyniosą nam w tym roku obfite zbiory:) A nawet jeżeli nie wszystkie z roślin uda się rozpoznać i pozbierać, jednego jestem pewna: już samo poszukiwanie to supersprawa i pomysł na aktywne spędzenie wolnego czasu.

A to mała kolekcja suszonych roślin z ubiegłego roku – na zachętę:)

sloiki-2

 

 

PnZ#5 Kosmetyki mineralne do makijażu – miniprzewodnik dla początkujących /gościnnie: Idalia/

PnZ#5 Kosmetyki mineralne do makijażu – miniprzewodnik dla początkujących /gościnnie: Idalia/

Jakiś czas temu obiecałam jednej z Czytelniczek wpis poświęcony minerałom. Kosmetyki mineralne są u nas dostępne i popularne od dobrych kilku lat, ale wiem, że nie wszystkim kobietom pasują. Napiszę Wam trochę o moich doświadczeniach z makijażem mineralnym, bo – chociaż po ponad roku stosowania widzę mnóstwo plusów - miałam trochę trudności przy pierwszym zakupie i użytkowaniu.

Zależy mi na tym, żeby tekst dostarczył Wam praktycznej wiedzy, dlatego o wsparcie poprosiłam również „specjalistkę od minerałów”, Magdę z bloga IdaliaStyle.pl. Magda nie tylko od dawna sama używa kosmetyków mineralnych, ale też zna z pierwszej ręki opinie setek swoich czytelniczek, które testują minerały na sobie. Mówiąc krótko – początki z kosmetykami mineralnymi bywają trudne, ale według mnie warto przynajmniej spróbować.

Dlaczego sięgnęłam po kosmetyki mineralne do makijażu?

Oczywiście sytuacja idealna to taka, w której nasza cera wygląda ładnie au naturel, a jedyne, czego jej trzeba to odpowiednia ilość snu i nawilżenia;) Większość znanych mi kobiet potrzebuje jednak czegoś więcej, aby zatuszować większe lub mniejsze niedoskonałości skóry i czuć się lepiej dzięki chociaż delikatnemu makijażowi. Ja, jako posiadaczka cery naczynkowej, również zdecydowanie częściej ‚występuję’ w lekkim makijażu niż bez – nie tylko ze względu na wygląd, ale też dodatkową ochronę naczynek przed słońcem, wiatrem, mrozem.

Jeszcze parę lat temu używałam typowych, drogeryjnych podkładów z, powiedzmy, średniej półki. Kiedy czytam teraz skład mojego starego podkładu cieszę się, że ten kosmetyczny etap mam już za sobą;)

Same zobaczcie: Aqua, Cyclomethicone, Titanium Dioxide, Propylene Glycol, Dimethicone, Talc, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Dimethicone Copolyol, Sodium Chloride, PVP, Laureth-7, Arachidyl Behenate, Sodium Dehydroacetate, Trihydroxystearin, Propylparaben, Methicone, Methylparaben, Synthetic Wax, Silica, Cetyl Dmethicone Copolyol, Polyglyceryl-4 Isostearate, Hexyl Laurate, Ethylene/Methacrylate Copolymer, Ethylene Brassylate, Sodium Acetate, Aluminum Hydroxide, Stearic Acid, Isopropyl Titanium Triisostearate. [+/- CI 77491, CI 77492, CI 77499]

Trochę straszy, prawda? Ale jeszcze 2-3 lata temu nie widziałam dla siebie żadnej alternatywy. Testowałam płynne podkłady z kategorii naturalnych, ale zupełnie nie spełniały swojej funkcji – brzydko rolowały się, zmieniały kolor na skórze i nie zapewniały krycia. Parę lat temu miałam też przymiarkę do „pudru mineralnego”, ale wtedy w swojej nieświadomości sięgnęłam po puder drogeryjny znanej marki, wypełniony przy okazji syfiastymi dodatkami. Efekt był niezadowalający i w ten sposób zniechęciłam do minerałów na dobrych kilka lat. Na szczęście:) jakieś 2 lata temu coś złego zaczęło dziać się z moją cerą. Poszarzała, zaczęła się nieładnie błyszczeć mimo używania peelingów i pudrów matujących, pojawiały się wypryski i zaskórniki. Myślałam, że producent zmienił coś w składzie mojego podkładu, przetestowałam kilka innych, ale problem pozostawał.

Zaczęłam szukać jak najczystszych, naturalnych produktów do makijażu i w końcu postanowiłam przeprosić się z podkładem mineralnym. W tej chwili nie zamieniłabym go już na żaden inny.

Podkład mineralny - zalety

1. Czysty, naturalny skład

Dla wszystkich osób, które zwracają uwagę na jak najkrótszy, naturalny skład produktu, kosmetyki mineralne to niemal ideał (oczywiście mówimy o czystych minerałach, a nie produktach drogeryjnych, które w składzie mają szereg innych dodatków). W moim podkładzie jest tylko 5 składnikówMica (naturalny surowiec mineralny), Titanium Dioxide (dwutlenek tytanu, który jest naturalnym filtrem UV), Zinc Oxide (tlenek cynku o właściwościach matujących), Iron Oxide (mineralny barwnik), Ultramarine (barwnik matujący, najprawdopodobniej jednak – jako jedyny z całej listy – pozyskiwany w warunkach laboratoryjnych). 

2. Lepszy stan skóry

U siebie zaobserwowałam przede wszystkim ograniczenie świecenia się skóry i – po dłuższym czasie – dużo lepszy koloryt cery (wcześniej tak jak pisałam była szara, zmęczona). Moim zdaniem to zasługa prostego składu i dobroczynnych właściwości łagodzących i antybakteryjnych tlenku cynku. Wiem, że sporo dziewczyn z cerą tłustą, trądzikową i wrażliwą ceni sobie minerały ze względu na lekkie działanie wysuszające i gojące. Oto opinia Magdy:

Kosmetyki mineralne najbardziej polecałabym osobom ze skórą borykającą się z niedoskonałościami, skłonnością do zapychania porów, zmianami trądzikowymi i uczuleniem na składniki zawarte w pudrach tradycyjnych. „Minerały” są wolne od konserwantów, talku i innych substancji, które mogą szkodzić wrażliwej skórze. 

3. Ochrona przeciwsłoneczna

To kolejny wielki atut minerałów: dwutlenek tytanu i tlenek cynku stanowią naturalne filtry fizyczne chroniące przed promieniowaniem UVA i UVB. Więej na ten temat pisałam już w tekście na temat naturalnej ochrony przeciwsłonecznej.

4. Wydajność

A przez to też oszczędność pieniędzy – mi jedno opakowanie 10g wystarcza na 8-9 miesięcy (przy prawie codziennym używaniu).

5. Naturalny wygląd makijażu

Dla mnie to jedna z ważniejszych zalet podkładu mineralnego – w przeciwieństwie do „zwykłego” fluidu w płynie, bardzo łatwo go aplikować bez widocznego odcinania się przy szyi (ja zawsze miałam z tym problem, bo mam bardzo jasną cerę). Podkład mineralny – dużo lepiej niż zwykłe pudry matujące – stapia się ze skórą, nie tworzy efektu maski.

puder mineralny

… i kilka wad

Wśród największych minusów, na jakie wskazują przeciwniczki minerałów jest komedogenność, czyli zapychanie porów. Ja też na początku myślałam, że mam ten problem, ale poczytałam na ten temat i okazało się, że rozwiązaniem jest regularny peeling i częstsze mycie pędzla. Poprosiłam też o opinię na temat „zapychania” skóry Magdę – oto jej odpowiedź:

W mojej ocenie jest to mit. Faktycznie, zdarzają się przypadki, gdy krótki czas po przejściu z podkładów tradycyjnych na mineralne pojawia się drobna wysypka lub kilka niedoskonałości, ale nie łączyłabym tego ze zjawiskiem „zapychania” porów. Moim zdaniem, przyczyna jest wręcz odwrotna. Skóra, która przez wiele lat była przykrywana nie zawsze naturalnymi substancjami, nagle malowana jest kosmetykami oddychającymi, lekkimi, bazującymi na składnikach pochodzących z natury. Można więc przypuszczać, że w takiej sytuacji raczej zacznie się oczyszczać (tak zwany purging (ang.)). Podobne zjawisko może mieć miejsce przy zmianie kremu czy innego kosmetyku pielęgnacyjnego. Rada? Przeczekać. 

Jedyną dużą wadą, jaką widzę, może być trudność z doborem odcienia podkładu - szczególnie u osób z ciemną karnacją, bo minerały z natury mają jasne barwy, począwszy od tlenku cynku, który jest biały. Coraz więcej firm specjalizujących się w produkcji naturalnych kosmetyków mineralnych ma jednak szeroką ofertę kolorystyczną, w tym ciemniejsze, bardziej napigmentowane odcienie, polecam więc po prostu szukać.

Inne produkty mineralne do makijażu

Oczywiście kosmetyki mineralne do makijażu to nie tylko podkład – w ofercie można znaleźć różnież korektor mineralny, róż do policzków i cienie do powiek. Ich też używam (choć nie codziennie) i jestem bardzo zadowolona – z podobnych przyczyn, co podkładu:

  • mają czysty skład
  • dają delikatny, naturalny efekt wykończenia makijażu
  • korektor dodatkowo bardzo dobrze kryje i zastępuje bazę pod makijaż, np. imprezowy (trzeba tylko uważać, żeby nie nałożyć go zbyt dużo)
  • cień do powiek lepiej stapia się ze skórą, nie roluje się, jest szeroki wybór kolorów

Są też pudry mineralne, ale ja - biorąc pod uwagę matujące właściwości samego podkładu – zupełnie nie widzę potrzeby stosowania dodatkowego pudru, przynajmniej na co dzień.

Na co warto zwrócić uwagę przy zakupie minerałów?

1. Skład, skład i jeszcze raz skład

Słowo „mineralny” to niestety często tylko zabieg marketingowy, a w składzie produktu, obok tlenku cynku, dwytlenku tytanu czy miki, pojawiają się emolienty, substancje zapachowe czy niepotrzebne wypełniacze. Dobry kosmetyk mineralny powinien mieć wg mnie jak najkrótszy skład: minerały + pigmenty, nic więcej mu nie trzeba.

2. Formuła vs. typ skóry 

W zależności od rodzaju cery i tego, jaki efekt chcemy osiągnąć, do wyboru mamy podkład mineralny w wersji matującej, kryjącej i rozświetlającej. Oto co radzi Magda:

Z moich doświadczeń i obserwacji wynika, że kosmetyki mineralne mogą znaleźć zastosowanie u posiadaczek zarówno cery suchej jak i tłustej. Wszystko zależy od formuły kosmetyku. Coraz więcej marek oferuje kilka wykończeń, które, poza efektem końcowym, różnią się między sobą poziomem napigmentowania czy konsystencją. Cerę odwodnioną i poszarzałą rozświetli lekki podkład z odbijającym światło pyłkiem, a mieszaną będzie trzymała w ryzach formuła matująca. 

3. Odcienie

Najlepiej zacząć od zakupu próbek kilku różnych odcieni i typów wykończeń (matowe, kryjące, rozświetlające) – większość firm ma próbniki w dobrych cenach. Ja znalazłam swój odcień w zasadzie od razu (beige fair, wersja matowa), ale raz na jakiś czas kupuję też próbki podkładu w kolorze ciemniejszym – używam go jako delikatne, supernaturalne wykończenie i w wersji rozświetlającej – używam czasem do rozświetlenia.

Polecane marki

Od kilku lat oferta kosmetyków mineralnych o dobrym składzie jest na polskim rynku całkiem niezła. Najczęściej polecane marki to Lily Lolo, Meow, Annabelle Minerals, Bare Minerals, Everyday Cosmetics, Pixie Cosmetics, Amilie Mineral Cosmetics, produkty z Kolorowka.com. Ja od początku stosuję minerały polskiej marki Annabelle Minerals i bardzo je sobie chwalę – mają krótkie składy, szeroki wybór odcieni (w tym tonacje beige fair i beige fairest, które dla mojej karnacji są idealne), konkurencyjne ceny, bardzo dobrą obsługę.

Jak stosować i o czym pamiętać?

1. Aplikacja kosmetyków mineralnych 

Technik jest wiele – na sucho, na mokro, różnymi pędzlami, z różnym typem wykończenia. Ja do podkładu i różu używam tego samego pędzla (kabuki), w przyszłości mam zamiar zakupić także pędzel flat top, który zapewnia podobno lepsze krycie. Jeżeli używam korektora, aplikuję go punktowo małym cienkim pędzelkiem, a cień do powiek nakładam po prostu palcami.

2. Ważne informacje dodatkowe 

Z mojego doświadczenia wynika, że aby nasza skóra mogła w pełni korzystać z dobroczynnego działania minerałów, musimy pamiętać o:

  • regularnym peelingu twarzy – dobór peelingu zależy oczywiście od typu Waszej cery, ja używam 1-2 razy w tygodniu peelingu enzymatycznego z owoców tropikalnych
  • częstym myciu pędzli – wystarczy wypłukać w letniej wodzie z odrobiną łagodnego szamponu do włosów, tu z regularnością mam problem, ale widzę, że gdy zaniedbam ten element, na skórze pojawiają się drobne wypryski

Oto na co dodatkowo zwraca uwagę Magda:

Podstawa to higiena – regularne mycie pędzli, czyszczenie pojemnika, w którym pędzle trzymamy, używanie delikatnego mydła do czyszczenia włosia, od czasu do czasu dezynfekcja pojemników, słoiczków, nakrętek, których używamy podczas codziennego makijażu (na przykład, gdy wysypujemy podkład na nakrętkę opakowania pudru). Co jeszcze? Warto zadbać o przygotowanie miejsca, w którym się malujemy. Kosmetyki mineralne to produkty sypkie i nie trudno o wpadkę przy nieostrożnym otwieraniu lub rozsypanie proszku podczas nabierania produktu pędzlem. Dlatego dobrze na blat toaletki czy biurka położyć płat ręcznika papierowego lub rozłożoną suchą chusteczkę higieniczną, a w razie czego mieć w pobliżu wilgotne chusteczki, którym szybko zetrzemy bałagan. 

Po jeszcze więcej informacji na temat kosmetyków mineralnych odsyłam na bloga Idalia Style, szczególnie do tekstu Podkład mineralny – jak dobrać, nakładać, nosić oraz inne praktyczne wskazówki 

Jak zawsze zapraszam do dzielenia się Waszymi opiniami – używacie kosmetyków mineralnych, macie jakieś dodatkowe wskazówki dla nowych użytkowniczek?

 

 

Naturalne perfumy z olejków eterycznych – DIY

Naturalne perfumy z olejków eterycznych – DIY

Niedawno dostałam od mojej siostry świetny prezent: ręcznie robione, naturalne perfumy zamknięte w pięknym słoiczku. Mimo że składają się w 100% z naturalnych składników, są zaskakująco trwałe i dobrze wyczuwalne – już parę razy ktoś pytał mnie, czy zmieniłam zapach, sama też czuję je na skórze nawet po całym dniu. Jeżeli jeszcze nie próbowaliście tworzyć własnych perfum, tym wpisem mam zamiar Was do tego przekonać:)

Dlaczego warto?

Po pierwsze dlatego, że w drogeryjnych perfumach kryją się substancje chemiczne podejrzewane o negatywny wpływ na nasze zdrowie: alergizujące zapachy syntetyczne, ftalany powodujące zaburzenia hormonalne czy syntetyczne piżmo wykazujące działanie neurotoksyczne. Więcej na ten temat możecie przeczytać np. tutaj.

Przyznam, że sama nigdy się nad tym specjalnie nie zastanawiałam, ale intuicyjnie od wielu lat zwykłe perfumy aplikuję na ubranie, a nie bezpośrednio na skórę. To z kolei trochę mija się z celem, bo zapachy powinny być nakładane na miejsca „ciepłe”, dobrze ukrwione – np. za uszami, na szyi, na nadgarstkach, wtedy zapach będzie dobrze wyczuwalny. W przypadku naturalnych perfum nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak właśnie robić:)

Po drugie – zapachy, które sami wyczarujemy będą niepowtarzalne i „skrojone na miarę”, dokładnie takie, jak nam się podobają. Nie mówiąc już o tym, że przygotowywanie własnych perfum to świetna zabawa!

Jak zrobić naturalne perfumy?

Do ich wykonania potrzebujemy:

1 łyżeczkę wosku pszczelego
1,5 łyżeczki oleju, np.  migdałowego, rafinowanego kokosowego lub zwykłej oliwy z oliwek
ok. 50 kropli naturalnych olejków eterycznych – w moich perfumach są to olejki: paczulowy, waniliowy, ylang-ylang, z drzewa różanego, lawendowy, pomarańczowy i sandałowy, ale zachęcam Was do szukania własnych ulubionych kompozycji;)
opcjonalnie: płatki kwiatów, np. lawendy, róży, etc.

Jak się zabrać za wykonanie perfum? W kąpieli wodnej rozpuszczamy wosk pszczeli i olej. Po rozpuszczeniu dodajemy wybrane olejki eteryczne i dokładnie mieszamy. Przelewamy do szklanego słoiczka i pozostawiamy miksturę do stężenia. 

Moje perfumy po zastygnięciu wyszły dosyć twarde (konsystencja oleju kokosowego wyciągniętego z lodówki), ale po ogrzaniu w dłoniach dają się rozsmarować na skórze. Jeżeli będzie Wam to przeszkadzać, można dodać nieco więcej oleju lub mniej wosku pszczelego, ale przypuszczam, że dzięki tej konsystencji perfumy są takie trwałe.

Zasady tworzenia kompozycji zapachowych

Producentka moich perfum, czyli moja siostra twierdzi, że najlepiej kierować się własną intuicją zapachową i… po prostu mieszać i wąchać:) Cytuję: coś ciężkiego (paczula, drzewo różane, sandałowe, lawenda) + słodkiego (wanilia, kwiatki) + świeżego (cytrusy, bergamotka, herbata) i musi się udać:) Im więcej różnych olejków, tym zapach będzie bardziej zbliżony do zwykłych perfum (a im mniej i im bardziej dominuje jeden zapach, tym bardziej przypomina to kadzidełka).

Jeżeli chcecie zabrać się za komponowanie zapachów bardziej metodologicznie, oto mała ściąga. Generalnie większość perfum tworzy się na bazie trzech nut zapachowych

  • Nuta górna (nazywana też nutą głowy) - odpowiada za pierwsze wrażenie, najbardziej ulotna i szybko znikająca. Znajdziemy tu zapachy:
    - cytrusowe (cytryna, bergamotka, pomarańcza, limonka, mandarynka, grejpfrut, cytrynowe drzewo herbaciane)
    - owocowe-lekkie (melon, arbuz, ananas, kaktus)
    - zielone (mięta, melisa)
    - ziołowe (lawenda, tymianek)
    - leśne z drzew iglastych (jodła, sosna).
  • Nuta środkowa (nuta serca) – to dominujący zapach o średniej lotności, taki „core” całej kompozycji. Znajdziemy tu głównie aromaty:
    - kwiatowe (róża, ylang, jaśmin, drzewo różane, geranium, tuberoza, gardenia, lotos, neroli, lilie, bez lilak, konwalia, fiołek, hiacynt, narcyz, lipa, magnolia)
    - korzenne (goździk, cynamon, imbir, kardamon)
    - zielone (szałwia, rozmaryn, cyprys, jałowiec).
  • Nuta dolna (bazowa) – wzmacnia i stabilizuje zapach, nadaje mu ciężkości i głębi, wyczuwa się ją słabo i późno, ale jest najbardziej trwała. Mogą to być aromaty z grup:
    - drewniana (sandał, cedr, paczula)
    - balsamiczna (kadzidło, galbanum, mirra)
    - aromatyczno-słodka (wanilia, koniak, kawa, kakao, herbata, miód, migdały, marcepan).

Typowa kompozycja zapachowa w perfumach damskich wieczorowych zawiera takie proporcje: nuty dolne 45%, nuty środkowe 30%, nuty górne 25%, a w perfumach damskich lekkich: nuty dolne 25%, nuty środkowe 35%, nuty górne 40%.

Więcej tajników tworzenia kompozycji zapachowych możecie zgłębić tutaj, chociaż podobnie jak moja siostra myślę, że niezawodnym przewodnikiem do stworzenia idealnych naturalnych perfum będzie po prostu węch – moje są tego najlepszym przykładem:) Przyjemnych eksperymentów!

 

 

 

PnZ#4 Sprytne i zdrowe life-hacki do stosowania na co dzień i od święta

PnZ#4 Sprytne i zdrowe life-hacki do stosowania na co dzień i od święta

Jak co roku mam zamiar wykorzystać zbliżające się święta Bożego Narodzenia na mały internetowy detoks. Ostatnie dosyć intensywne miesiące sprawiły, że bardzo tego teraz potrzebuję - od jutra znikam zatem ze świata online i przenoszę się do świata przedświątecznych przygotowań oraz świątecznych spotkań z rodziną i przyjaciółmi.

Najpierw jednak – w ramach Posta na Zamówienie - mam mały prezent dla Was;) To lista praktycznych i może jeszcze nieznanych Wam porad w stylu „jak zrobić to zdrowiej, taniej i bardziej eko”. Kilka osób pytało mnie o takie zdrowe life-hacki, przedstawiam więc parę moich patentów – i oczywiście zachęcam do podzielenia się Waszymi!

1. Naturalny odświeżacz oddechu


Reklamy przekonują nas, że dla higieny jamy ustnej gumę żuć powinniśmy po każdym posiłku, ale cóż, wystarczy przeczytać skład pierwszej lepszej gumy miętowej, żeby szybko zmienić zdanie. Świetną, tanią i 100% naturalną alternatywą są… goździki. Aby odświeżyć oddech po posiłku wystarczy przegryźć i przez chwilę żuć 1-3 goździki. Super jest to, że można mieć je zawsze pod ręką tak jak zwykłą paczkę gum – miły, korzenny zapach w naszej torebce gratis;)

2. Zamiast tabletki na ból głowy


Kiedyś dosyć często cierpiałam na silne bóle głowy, ostatnio na szczęście zdarzają się mi coraz rzadziej, ale jednak się zdarzają. Tabletek przeciwbólowych staram się unikać (chyba, że ból jest nieznośny), mam więc spraktykowanych kilka naturalnych sposobów. Najprostszym jest… świeży imbir. Jeżeli na ból zareaguję odpowiednio szybko, mocny napar z imbiru i przegryzienie 2-3 plastrów zwykle pomaga zapobiec migrenie.

3. Patent na tanie sprzątanie


Uwielbiam life-hacki, które pozwalają oszczędzać pieniądze, są przyjazne środowisku i nie wymagają dużego wysiłku. W dziedzinie sprzątania metod spełniających wszystkie te kryteria znajdziemy wiele. Zamiast sklepowego płynu do czyszczenia kuchni i łazienki świetnie sprawdzi się połączenie sody oczyszczonej z cytryną, zamiast proszku do zmywarki – mieszanka soli morskiej, sody oczyszczonej i paru kropli olejku eterycznego. Proszek do prania z powodzeniem zastępuję znacznie tańszą i ekologiczną wersją z sody, boraksu i płatków mydlanych, a płyn do płukania tkanin – wodą rozcieńczoną z octem i odrobiną pachnącego olejku eterycznego.

4. Kiedy skończy się kosmetyk…


Chociaż nie jestem w tej kwestii jakimś ortodoksem, coraz chętniej sięgam po tanie, domowe kosmetyki, a coraz mniej kręci mnie zawartość drogeryjnych półek. Nie ukrywajmy jednak, przygotowywanie własnych, naturalnych kosmetyków jest dosyć czasochłonne. Jest jednak kilka wyjątków. Oto superszybkie i skuteczne patenty kosmetyczne, które stosuję bardzo często:

  • zamiast odżywki i/lub nabłyszczacza, po umyciu spłukuję włosy wodą z octem jabłkowym
  • kiedy kończy mi się pomadka, smaruję usta gęstym naturalnym miodem
  • zbieram fusy z kawy i robię z nich świetny, domowy peeling antycellulitowy (dodaję cukier, oliwę z oliwek i naturalny olejek pomarańczowy)
  • mydło w płynie do łazienkowego dozownika można zrobić ze startego na tarce naturalnego mydła w kostce z wodą i paroma kroplami pachnącego olejku eterycznego
  • jeżeli nie mam w domu balsamu lub kremu do rąk/ stóp, używam spożywczego oleju kokosowego (najlepszy extra virgin)
  • podobnie kiedy skończy się płyn do demakijażu – wystarczy w palcach rozpuścić trochę oleju kokosowego, nałożyć na twarz, wmasować i zmyć wodą

5. Delikatne naturalne perfumy


Podobno Marilyn Monroe pytana o to, w czym śpi, odpowiadała: „w Chanel No.5″. Ja tam – mimo że do konwencjonalnych perfum nic nie mam – na noc nie lubię syntetycznych zapachów. Zamiast tego wolę „ubrać się” w parę kropli naturalnego olejku eterycznego, np. lawendowego albo… spożywczego aromatu do ciast (np. o zapachu waniliowym lub pomarańczowym).

6. Darmowe meble z odzysku


Jeżeli urządzacie mieszkanie i lubicie starocie, musicie poznać facebookową grupę Uwaga, śmieciarka jedzie. Poleciła mi ją przyjaciółka z Warszawy (w stolicy to podobno hit), ale grupa obejmuje także inne miasta. Jak to działa? Bardzo prosto:) Ludzie, którzy w pobliskich śmietnikach wypatrzą jakieś meblowe perełki, robią zdjęcie i wrzucają je na Facebooka z opisem lokalizacji owego śmietnika. Podobno niektóre meble znikają z wystawek w ciągu paru minut! Jak dla mnie piękna sprawa: recykling 100% i sposób na tanie, unikatowe wyposażenie wnętrz!

7.  „Śmieci” przydatne przy pakowaniu prezentów


W przedświątecznym zestawieniu life-hacków nie może zabraknąć pomysłów na recyklingowe pakowanie prezentów. Wykorzystać można niemal wszystko – wystarczy uruchomić wyobraźnię. Oto jakie „śmieci” ja wykorzystałam przy pakowaniu tegorocznych prezentów:

  • słoiki z zepsutymi zakrętkami
  • materiałowe tasiemki, które producenci wszywają w ubraniach, aby ułatwić ich wieszanie
  • cenówki-bileciki umieszczane przy różnych produktach – czasami wykonane są z bardzo ładnego, sztywnego papieru – można nakleić na nie własny bilecik np. z imieniem obdarowywanego
  • papier ze starych katalogów reklamowych (np. przepięknego katalogu Sylveco – patent mojej siostry)
  • fragmenty zniszczonych ubrań, np. podarta koszulka (wycięty z niej kwadrat ładnie wygląda jako szmatka na wieczku słoika z ciasteczkami)

8. Zużywanie tylko 1 ręcznika papierowego


Do tej pory wycierając ręce w miejscach publicznych albo marnowałam za dużo papieru, albo cierpiały na tym moje dłonie (niedosuszona skóra, szczególnie zimą, to nic fajnego). Zmieniło się to po obejrzeniu tego filmiku – okazuje się, że wystarczy odpowiednia technika:

 

To tyle na dziś – chociaż takich life-hacków znalazło by się z pewnością duuużo więcej. Uwielbiam takie podejście: niby nic, a jednak – kiedy spojrzeć na to z szerszej perspektywy – robi różnicę.

I właśnie tego Wam życzę z okazji zbliżających się świąt i nowego roku: małych, codziennych, mądrych wyborów, które przybliżą Was do zdrowszego, szczęśliwego życia. Wszystkiego dobrego!:)

 

 

Moje poszukiwania zdrowej ochrony przeciwsłonecznej i przepis na krem z filtrem DIY

Moje poszukiwania zdrowej ochrony przeciwsłonecznej i przepis na krem z filtrem DIY

Mam bardzo jasną karnację i zawsze unikałam słońca, a jeżeli już – chroniłam skórę kremami z wysokim filtrem. Przyznam jednak, że odkąd zwracam większą uwagę na składy kosmetyków (pisałam o tym tutaj), kremy przeciwsłoneczne trochę mnie niepokoją. To zazwyczaj bardzo długa lista, a co drugi składnik wygląda podejrzanie. Weźmy pierwszy lepszy, popularny kosmetyk ochronny, wodoodporny, SPF 30:

Aqua, C12-15 Alkyl Benzoate, Isopropyl Palmitate, Octyl Methoxycinnamate, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Ethoxydiglycol, Potassium Cetyl Phosphate, Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Titanium Dioxide, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, Glyceryl Stearate, Cetearyl Alcohol, Hydrogenated Polydecene, Hydroxystearic Acid, PVP/Eicosene Copolymer, Hydroxyethylacrylate/Sodium Acryloyldimethyltaurate Copolymer, Squalane, Polysorbate 60, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Laminaria Ochroleuca Extract, Hydrogenated Stearyl Olive Esters, Tocopheryl Acetate, Phenoxyethanol, Propylparaben,Butylparaben, Methylparaben, Ethylparaben, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylates Crosspolymer, TEA, Disodium Edta, PEG-8, Tocopherol, Ascorbic Acid, Ascorbyl Palmitate, Citric Acid

Czy ta lista trochę Was nie przeraża? Mnie owszem. Wolę ograniczać stosowanie takich kremów, szczególnie tych z zawartością filtrów przenkających, które mogą „namieszać” w naszej gospodarce hormonalnej. Do filtrów przenikających należą:

Etylhexyl Methoxycinnamate znany też jako Octylmethoxycinnamate, Benzophenone-3,
4-Methylbenzylidene Camphor, Octyl Dimethyl PABA

Ale moja niechęć do drogeryjnych kremów z filtrem nie dotyczy tylko filtrów przenikających: najzwyczajniej w świecie uważam, że w ich składzie trochę tego wszystkiego za dużo jak na regularne stosowanie na całą powierzchnię ciała.

Nie namawiam Was, żeby raz na zawsze zapomnieć o kremach z filtrami, absolutnie! Do sprawy warto podejść zdroworozsądkowo. Przy długiej ekspozycji na słońce musimy chronić naszą skórę przed poparzeniami i ryzykiem nowotworów skóry na wszelkie możliwe sposoby. Ale czy potrzebujemy takiej specjalnej ochrony na co dzień? I czy jest jakaś naturalna alternatywa dla drogeryjnych kremów? Oto wyniki mojego researchu na ten temat.

Jak naturalnie chronić skórę przed promieniowaniem słonecznym?

 

1. Oleje z naturalnymi filtrami SPF

Zacznijmy może od tego, czym jest SPF (Sun Protection Factor). Ten czynnik wskazuje, w jakim stopniu/ przez jaki czas nasza skóra chroniona jest przed promieniowaniem UVB. Dla przykładu, krem z SPF 20 wydłuża ten czas 20-krotnie.

Naturalne filtry przeciwsłoneczne o różnym szacowanym SPF – od kilku do nawet 50 SPF – posiadają także oleje. Te o najwyższej ochronie przeciwsłonecznej to:

olej z pestek malin – SPF 28-50
olej z nasion dzisiej marchwi – SPF 38-40
olej z kiełków pszenicy – SPF 10

oleje z naturalnym filtremNiższy SPF (poniżej 10) posiadają na przykład oliwa z oliwek (SPF 8), masło shea (3-6 SPF), olej kokosowy (2-3 SPF). Jeżeli chcecie poznać inne naturalne oleje z filtrami, kliknijcie w infografikę zamieszczoną obok (źródło tu).  

Kiedy to odkryłam, byłam skłonna natychmiast wyrzucić wszystkie kremy z SPF i przerzucić się na „bezpieczne” oleje. Okazuje się jednak, że sprawa nie wygląda tak różowo. Przy długiej ekspozycji na słońce oleje naturalne, nawet te o wysokim szacowanym SPF, mogą nie zapewniać wystarczającej ochrony.

Nawet na stronie jednego ze sklepów internetowych oferujących naturalne oleje wyczytałam, że „(olej z pestek malin) nie ma dokładnie określonego faktora SPF i nie może być traktowany jako samodzielny olej ochronny podczas opalania lub intensywnego kontaktu ze słońcem. Natomiast produkty z dodatkiem oleju malinowego, mogą być stosowane na co dzień, jako samodzielny produkt wzmacniający ochronę przeciwsłoneczną w przypadku osób nie używających produktów z filtrami anty-UV lub jako serum pod kremy z filtrami.” 

2. Naturalne wyciągi roślinne 

Podobnie ma się sprawa z wyciągami roślinnymi.  Ich obecność w kremach ochronnych jest korzystna dla naszej skóry, a część z nich to antyutleniacze, które niszczą wolne rodniki powstałe pod wpływem promieni UVA. Większość z nich jednak nie chroni skóry przed promieniowaniem. 

Pewną ochronę przeciwsłoneczną zapewniają np. melanina, wyciąg z tarczycy bajkalskiej, juglon czy barwnik z liści i łupin orzecha włoskiego, ale jest to ochrona na niskim poziomie: 2-4 SPF (źródło: mediweb) - w podobnym stopniu chroni nas sebum wydzielane przez skórę.

3. Filtry mineralne

Oprócz ochrony przed UVB potrzebujemy też ochrony przed promieniowaniem UVA. Jaka jest między nimi różnica? Promieniowanie UVA dociera do skóry właściwej, uszkadzając włókna kolagenowe, co powoduje starzenie się skóry, powstawanie zmarszczek i przebarwień. Promieniowanie UVB odpowiedzialne jest natomiast za „zewnętrzne” skutki opalania, takie jak rumień, poparzenia słoneczne i uszkodzenia naskórka. Oba typy promieniowania mogą być groźne i prowadzić do nowotworów skóry (źródło: skincancer.org).

Ochronę przed promieniowaniem UVA i UVB znajdziemy w filtrach mineralnych (fizycznych). Ich ochrona sprowadza się tworzenia na skórze warstwy, która odbija/ rozprasza promienie słoneczne. Są to:

dwutlenek tytanu (Titanium Dioxide) – chroni przez promieniowaniem UVA i UVB
tlenek cynku (Zinc Oxide) – chroni głównie przed promieniowaniem UVA

Z niektórych źródeł wynika, że najlepiej, gdy oba filtry występują razem, wtedy się wzajemnie uzupełniają w zakresie ochrony UVA i UVB (źródło: mediweb). Jest jednak trochę kontrowersji na ten temat. Mówi się np. o paradoksalnym, przyspieszającym starzenie skóry wpływie dwutlenku tytanu – dla zainteresowanych źródło tutaj. Czytałam też o toksyczności tlenków nanocząsteczek, ale znalazłam badanie z 2009 r. obalające tę tezę (źródło tutaj). Jednym słowem – temat filtrów mineralnych nie jest niestety jednoznaczny, chociaż według mnie nie trzeba ich demonizować, szczególnie kiedy potrzebujemy solidnej, wielogodzinnej ochrony przeciwsłonecznej.

4. Gotowe naturalne kremy z filtrem

W sklepach z kosmetykami naturalnymi można oczywiście kupić kremy z wysokim filtrem, bazujące najczęściej na filtrach mineralnych i naturalnych składnikach roślinnych. Wiem, że mają grono zwolenniczek, na pewno jest to warta rozważenia alternatywa do kremów z filtrami przenikającymi. Przyznam jednak, że ja sama mam do nich dystans z kilku powodów.

Po pierwsze, są drogie (nie znalazłam tańszego niż 50 zł/ 125 ml), po drugie – moje doświadczenia z ich używaniem nie należą do najprzyjemniejszych, jeżeli chodzi o zapach i konsystencję, po trzecie – ich skład także nie jest idealny (biorąc pod uwagę chociażby kontrowersje dotyczące filtrów mineralnych, o których pisałam powyżej).

5. Naturalny, tani krem z filtrem własnej produkcji (ok. 20-30 SPF)

Dla osób, które lubią własnoręcznie przygotowywane kosmetyki niezłą opcją może być krem z filtrem przygotowany własnoręcznie z naturalnych składników. Wiele polskich i zagranicznych blogerek zachwyca się nim jako bezpieczną alternatywą dla drogeryjnych kosmetyków przeciwsłonecznych. Mi też spodobał się pomysł stworzenia własnego kremu z filtrem, „ukręciłam” małe opakowanie i jestem całkiem zadowolona. Oto moja wersja, która powstała po modyfikacji tych dwóch przepisów: (1) i (2):

Składniki:

45 ml (ok. 3 łyżek) naturalnego oleju kokosowego
30 ml (ok. 2 łyżek) oliwy z oliwek
15 ml (1 łyżka) olejku z pestek malin
5 ml (1 łyżeczka) olejku z orzechów macadamia lub oleju arganowego
10 g wosku pszczelego
20-30 g tlenku cynku
*
opcjonalnie: dodatek masła shea, witaminy E, kilka kropli olejku eterycznego, np. z lawendy 

* 20% mikronizowanego tlenku cynku zapewnia ochronę na poziomie ok. SPF 20

mój przepis na naturalny krem z filtrem Wykonanie:

Wszystkie składniki oprócz tlenku cynku i olejku eterycznego rozpuszczamy w słoiku w kąpieli wodnej (słoik wstawiamy do miski z gorącą wodą). Krem należy odstawić do ostygnięcia, a następnie, kiedy jest jeszcze płynny, dodać tlenek cynku. Uwaga – nie powinniśmy wdychać nanocząsteczek, najlepiej więc robić to w maseczce na twarz! Na końcu – jeżeli chcecie – do kremu dodać można jeszcze witaminę E i olejek eteryczny, a następnie dokładnie wymieszać.

Na oko tej ilości kremu wystarczy na 4-5 użyć (do całego ciała). Koszt przygotowania takiej ilości to dosłownie parę złotych, można też zrezygnować z droższych olei, bo główną barierą ochronną jest tu filtr mineralny zawarty w tlenku cynku - wtedy wychodzi jeszcze taniej.

Konsystencja wyszła mi dosyć gęsta, ale krem dobrze się rozprowadza, nie zostawia białych śladów, świetnie odżywia skórę i – dzięki paru kroplom olejku eterycznego – pięknie pachnie. Jak dla mnie – dużo lepszy w stosowaniu niż drogeryjne kremy, ale podczas dłuższej ekspozycji na słońce nie miałam jeszcze okazji go przetestować. Minusem kremu jest fakt, że powinno się przechowywać go w lodówce, co nie jest zbyt praktyczne – kosmetyki z filtrem przecież zazwyczaj potrzebne są nam podczas plażowania, dłuższej aktywności na słońcu i w czasie podróży, gdy o lodówkę trudno.

Znalazłam na to sposób: tlenek cynku i olejek z pestek malin dodałam też do mojego zwykłego, naturalnego balsamu do ciała, tworząc w ten sposób krem z filtrem 20-25 SPF. Sprawdza się nieźle, ale kontrowersje wokół filtrów mineralnych, o których była mowa powyżej, nadal nie pozwalają mi uznać tego za opcję idealną;)

Cóż, co tu dużo mówić: temat naturalnej ochrony przeciwsłonecznej okazał się dużo bardziej złożony niż sądziłam. Jeżeli macie jakieś własne doświadczenia i wiedzę, chętnie dalej się podszkolę w tym temacie. A póki co przedstawiam moje wnioski w skrócie.

Podsumowanie – mój wybór w zakresie ochrony przeciwsłonecznej

- do twarzy nadal używam kremów aptecznych z filtrem 20-30 SPF – pilnuję tylko, żeby nie miały w składzie filtrów przenikających
- na co dzień, kiedy na słońcu jestem nie dłużej niż 1h, szczególnie rano lub późnym popołudniem, nie używam niczego specjalnego, a w razie potrzeby osłaniam ciało chustą
- kiedy jestem na słońcu dłużej, ale nie wiele godzin – stosuję krem własnej produkcji lub balsam wzbogacony o tlenek cynku i parę kropli olejku z malin
- kiedy wyjeżdżam na wakacje, szczególnie w góry albo przy całodniowej ekspozycji na słońce, sięgam po dobrej jakości, chemiczny krem z wysokim filtrem (30-50 SPF), zwracam tylko uwagę, aby nie było w nim filtrów przenikających.

I jeszcze jedno: rozsądna, krótka (ok. 30-minut dziennie) ekspozycja na słońce nie powinna stanowić dla naszej skóry problemu, wręcz przeciwnie – to potrzebne, abyśmy mogli syntetyzować witaminę D. Powinniśmy chronić się przede wszystkim przed poparzeniami słonecznymi.

W tym celu do dyspozycji mamy nie tylko kremy z filtrem, ale też inne sposoby. Ja chronię się przed słońcem nosząc lekkie, osłaniające ciało ubrania, okulary słoneczne, kapelusz z dużym rondem – moi znajomi często się z tego śmieją, ale ja tam swoje wiem – warto:) Latem często sięgam też po warzywa i owoce zawierające betakaroten oraz likopen, które w naturalny sposób, „od środka” wspierają naszą skórę w bronieniu się przed szkodliwymi skutkami opalania – tym bardziej, że to same pyszności: pomidory, marchew,, morele. Ale to już temat na inny post:)