Psychoterapia – moje doświadczenia i przemyślenia

Psychoterapia – moje doświadczenia i przemyślenia

Zdrowie psychiczne wreszcie przestaje być tematem tabu. Jeszcze kilka lat temu do osoby, która chodzi do psychologa lub psychiatry ludzie podchodzili z pełnym pakietem uprzedzeń i krzywdzących ocen (zawsze coś z nią było nie tak/ powinna po prostu wziąć się w garść/ problemy pierwszego świata, w d… się poprzewracało).

Wierzę, że to się zmienia. Dzisiaj nawet w mainstreamowych mediach mówi się o rosnącej skali zaburzeń psychicznych, leczeniu depresji, walce ze stresem i nikogo już chyba nie rusza, gdy ktoś ze znajomych uczestniczy w terapii. Mam wręcz wrażenie, że w niektórych kręgach „bycie na terapii” jest nieodłącznym elementem stylu życia, naturalną ścieżką rozwoju.

To nie zmienia faktu, że temat jest delikatny, złożony i wymagający dużej wrażliwości, aby mówić o nim mądrze. Nie czuję się kompetentna, aby doradzać Wam w tej sprawie albo oceniać zjawisko, jego skutki. Ale powiem jedno: mam za sobą psychoterapię i nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na te spotkania. To właśnie w lutym 2 lata temu trafiłam na pierwsze spotkanie z terapeutką i z okazji tej rocznicy postanowiłam podzielić się z Wami moimi doświadczeniami, może okażą się dla kogoś pomocne.

Dlaczego się zdecydowałam?

Nałożyło się na siebie kilka kwestii: stresujący, pełen niepewności okres w życiu zawodowym, powracające problemy w relacjach z najważniejszymi ludźmi, niezdiagnozowane jeszcze wtedy kłopoty z tarczycą. Myślę, że to były początki depresji, chociaż boję się nadużywać tego słowa.

Na co dzień funkcjonowałam jako tako, częś osób z mojego otoczenia nie wiedziało nawet, że coś jest nie tak, ale czułam, że coś truje mnie od środka. Byłam pełna lęku, który coraz częściej objawiał się także fizycznie. W najtrudniejszym, czarnym dole z tamtego okresu nie byłam w stanie podjąć jakiekolwiek wysiłku, ograniczałam kontakty z ludźmi do minimum i nie było mowy o tym, żebym po prostu znalazła kontakt do terapeuty, zadzwoniła i umówiła się na spotkanie. Ta decyzja przyszła później, częściowo za namową mojej mamy - uświadomiłam sobie, że nie radzę sobie sama ze sobą, a moją główną motywacją było „nigdy więcej nie czuć się tak źle”.

Co dała mi terapia?

Trafiłam do doświadczonej, ciepłej pani psycholog, która pomogła mi rozsypać się na kawałeczki, a potem poskładać do kupy:) Nie rozwiązała moich życiowych problemów, ale pomogła spojrzeć na nie z innej perspektywy i pewne rzeczy przewartościować. Ale przede wszystkim utwierdziła w przekonaniu, że wspaniale jest zrobić coś dla siebie. Właśnie ta myśl towarzyszyła mi cały czas, nawet w najtrudniejszych momentach terapii: robię to dla siebie, pomagam sobie, jestem z siebie dumna, bo umiałam się o siebie zatroszczyć. Ta świadomość, że mogę, że potrafię jest dla mnie chyba najcenniejszą wartością wyniesioną z terapii.

To doświadczenie nauczyło mnie jeszcze jednego: że o kondycję psychiczną mogę i powinnam dbać. Cóż, wcześniej nikt mi tego nie powiedział i sama na to nie wpadłam, ale higiena psychiczna jest nie mniej ważna niż higiena ciała. Szukanie sposobów na stres, pielęgnowanie ważnych relacji, oczyszczanie emocji i próba uporządkowania trudnych spraw - to stało się częścią mojego życia, wykonałam w tych obszarach spory wysiłek już po terapii, na własną rękę i widzę w tym wielki sens i wartość.

Nie czuję może jeszcze jakiejś spektakularnej zmiany, ale wiem, że wszystko jest na swoim miejscu, mam do siebie większe zaufanie i znacznie więcej troski.

Co mogę powiedzieć osobom, które zastanawiają się nad terapią?

Tylko jedno: warto.

I podrzucić cytat z bloga Krótki poradnik, jak ogarnąć życie:

(…) nie ma czegoś takiego, jak „odpowiedni moment na terapię”. Ten moment jest już wtedy, kiedy po raz któryś przechodzi ci przez myśl, że nie jesteś sobie w stanie poradzić ze sobą / z życiem / z jakąś sytuacją. Albo wtedy, kiedy jesteś przekonany, że dopóki „coś” się nie stanie, to nic ci się w życiu nie uda. Być może wcale nie skończy się na terapii, bo kilka spotkań rozjaśniających ci horyzont zupełnie załatwią sprawę, ale nawet jeśli na nią trafisz i będziesz musiał przekopać się przez pole gnoju, to na piąte pytanie odpowiem ci twierdząco: 

„Warto?”
Warto.

 

 

Jak medytować i komu to w ogóle potrzebne?

Jak medytować i komu to w ogóle potrzebne?

Medytacja była dla mnie od jakiegoś czasu prawidzwą idée fixe – chciałam zacząć, czułam, że tego potrzebuję, ale jednocześnie bałam się, że będzie to dla mnie zbyt trudne. Przyznam też, że miałam pewne bariery wynikające z tego, że ten temat zrobił się po prostu modny. O medytacji słyszę w radiu i od znajomych, czytam w co drugiej książce, kursy medytacji podpowiadają mi wg moich zainteresowań Facebook i Google. Nie zrozumcie mnie źle: nie potrzebuję czuć się niszowa w tym, co robię, ale miałam wątpliwości, czy moje zainteresowanie medytacją wynika z naturalnej potrzeby, czy jestem po prostu podatna na marketing tej idei.

Ale jednak, nieśmiało, małymi krokami, zaczęłam medytować. I wiecie do jakich doszłam wniosków? To, skąd płynie moja motywacja, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczą się efekty, choćby najmniejsze.

Medytację traktuję jak narzędzie – dobre tak samo jak każde inne – służące do oczyszczenia umysłu, rozluźnienia ciała. Nie musi być nadzwyczajnym, metafizycznym przeżyciem, nie musi przenosić na nieznane dotąd poziomy duchowości (chociaż nie jest to pewnie niemożliwe).

Komu potrzebna medytacja?

W ostatnim czasie dzieje się u mnie sporo i widzę ogromną różnicę między tygodniami, w których udało mi się wygospodarować trochę czasu na wieczorną medytację a tymi, w których tego zabrakło. Dzięki tym kilku chwilom nie staję się innym, lepszym człowiekiem, ale czuję się spokojniejsza, bardziej skoncentrowana, radosna i odporna na stres czy niepowodzenia.

Myślę, że korzyści z praktyk medytacyjnych może odnieść absolutnie każdy – od pracującego pod dużą presją menadżera po młodą mamę, której brakuje czasu dla siebie. Zachęcałabym do tego zarówno osoby zestresowane, melancholijne, jak i te żyjące w szybkim tempie, pełne energii, „nakręcone” wieloma aktywnościami. Znalezienie w sobie takiej przestrzeni, do której można w każdej chwili się schować, daje duże wsparcie i pomaga budować trwałe, niezależne od okoliczności poczucie bezpieczeństwa.

To może okazać się szczególnie ważne w czasach takich jak dziś, które są tak cholernie niespokojne, pełne niezrozumiałych wojen, nienawiści na tle rasowym, strachu przed tym, co może nas spotkać w przyszłości.

Jak medytować?

W sieci można znaleźć wiele technik i instrukcji medytacji, łącznie z filmikami na YouTube. Każdy z nas jest inny, więc warto szukać drogi najlepszej dla siebie. Osoby kochające śpiewać mogą czuć się dobrze podczas medytacji z mantrą, osoby, które rozpiera energia mogą wypróbować łagodne ćwiczenia, podczas których najważniejszą rzeczą będzie koncentracja na oddechu, dla osób silnie wierzących najlepszą formą medytacji może okazać się odmawianie różańca.

Ja opiszę dwie metody, z których sama korzystam i które okazały się dla mnie najłatwiejsze. Stworzyłam je dla siebie metodą prób i błędów, łącząc najbardziej naturalne dla mnie techniki, o których wcześniej czytałam z różnych źródeł.

 

Metoda 1.
Ćwiczenie oddechowe połączone z wizualizacją oczyszczającą umysł


Podstawą jest tu właściwy oddech – a wbrew pozorom nie każdy z nas wie, jak oddychać prawidłowo. Dobry, głęboki, relaksujący oddech bazuje przede wszystkim na ruchu przepony i żeber, nie zaś klatki piersiowej. Można się tego nauczyć układając na przeponie dłoń i pozwalając jej się z każdym wdechem unosić, a następnie opadać przy powolnym wydechu. Jogini zalecają oddech tylko nosem, można też wciągać powietrze nosem, a wypuszczać ustami.

A oto jak wygląda moja medytacja oddechowa:

Gaszę światło, zapalam kominek zapachowy. Układam się wygodnie w pozycji siedzącej lub leżącej. Koncentruję całą swoją uwagę na oddechu. Jeżeli nie mogę się zrelaksować i towarzyszy mi natłok niespokojnych myśli, staram się je obserwować i odsuwać od siebie z każdym kolejnym wydechem. Wyobrażam sobie, że wydychane powietrze to problemy i stresy, pozbywam się ich powoli, ale systematycznie z każdym wydechem. Wdychane powietrze natomiast napełnia mnie spokojem, pozytywną energią, wdzięcznością.

Praktykuję to zazwyczaj tuż przed snem, przez 10-15 minut.

 

Metoda 2.
Praktyka uważności całego ciała połączona z pozytywną afirmacją


Uważność ciała jako całości to jedno z ćwiczeń polecanych przez Jona Kabat-Zinna w „Praktyce uważności dla początkujących”. To medytacja oparta na oddechu rozszerzona o świadome odczuwanie całego ciała. Oto jak pisze o tym Kabat-Zinn: „Bez względu na to, czy doznania w różnych częściach ciała są przyjemne, czy przykre, (…) czy też tak neutralne, że z trudem je zauważasz, postaraj się obejmować je wszystkie świadomością, chwila po chwili, nie robiąc nic (…). Nie staraj się zrelaksować, nie staraj się do niczego dojść i na pewno nie staraj się wyeliminować myśli. Po prostu spoczywaj w świadomości, a  wszystko niech będzie właśnie takie, jakie jest”.

Przyznam, że trudno mi było koncentrować się na całym ciele, dlatego do tej metody dodałam jeszcze własną afirmację – zdanie, które mogę powtarzać i odczuwać całą sobą, np. „Wypełnia mnie spokój”. Przy tej prostej afirmacji wyobrażam sobie, jak ów spokój (lub inne uczucie, którego potrzebuję w danej chwili) napełnia całe moje ciało, centrymentr po centymetrze, od palców u stóp po mózg. Praktykuję przez 10-15 minut wieczorem, chociaż coraz częściej zdarza mi się korzystać z tej metody w różnych sytuacjach, np. w tramwaju stojącym w korku albo w poczekalni do lekarza;)

 

To wszystko może brzmieć dziwnie, a nawet „sekciarsko”, ale przynosi wyraźnie odczuwalne efekty. Korzyści z medytacji potwierdzają naukowcy, ale polecam po prostu bez większych oczekiwań spróbować i zobaczyć, co z tego wyniknie dla Ciebie.

A jeżeli nadal nie wiesz jak medytować, możesz po prostu pójść na spacer. Ale zamiast rozmyślać o tym, co się wydarzyło i co czeka Cię następnego dnia, skoncentruj się na tym, jak oddychasz, stawiasz kroki, co widzisz. Jesienne krajobrazy bardzo temu sprzyjają…

jak zacząć medytować w domu

wleń dolina bobru

wleń

jak zacząć medytować

Ps. Jesienne zdjęcia są autorstwa mojej siostry i pochodzą z miasteczka Wleń

 

 

PnZ#3 Jak stworzyć dobry i trwały związek?

PnZ#3 Jak stworzyć dobry i trwały związek?

Jedna z czytelniczek poprosiła mnie o rozwinięcie wątku, który poruszyłam w tym wpisie - zapytała, co mam na myśli pisząc „dbać o małżeństwo” i jaki jest mój pomysł na „związek idealny”. Cóż, odpowiedź nie jest łatwa, a mi daleko do poziomu eksperckiego w tej kwestii, ale podjęłam się wyzwania w postaci Posta na zamówienie, więc odpowiem najlepiej jak umiem:)

Dlaczego temat nie jest łatwy? Po pierwsze dlatego, że każdy człowiek i każda relacja są inne, nie ma zestawu uniwersalnych rad dla wszystkich par. Po drugie, nie wierzę w „związki idealne”. Udane, dojrzałe, trwałe, owszem, ale nawet w najlepszych związkach zdarzają się większe lub mniejsze problemy i nieporozumienia. Postaram się napisać wszystko, czego do tej pory nauczyłam się o tworzeniu dobrego związku - ale uprzedzam: nie liczcie na żadne uniwersalne prawdy i mądrości.

Po 1. - praca nad zmianą siebie, a nie partnera

To chyba nasza kobieca przypadłość, że chciałybyśmy wszystko zaplanować i zrealizować według własnej wizji. Jeżeli jakiś element do tej starannie opracowanej układanki nie pasuje, należy go zmienić. Problem zaczyna się, gdy chcemy zmienić drugiego człowieka i na siłę dopasować go do własnej koncepcji związku, rodziny, życia. Łatwo zgubić wtedy to, co w miłości najpiękniejsze: szacunek, chęć wysłuchania i zrozumienia, pełną akceptację drugiej osoby, z wszystkimi jej zaletami i wadami.

Często mądrzej i bardziej fair jest poszukać zmiany w sobie, popracować nad własnymi przekonaniami i reakcjami, zamiast koncentrować się na niedociągnięciach ze strony partnera. Nie twierdzę, że w taki sposób rozwiążemy wszystkie problemy związku – z pewnością nie. Ale może okazać się, żę część z nich to problemy totalnie wyimaginowane i nieistotne, wynikające z nadmiernych, nierealnych oczekiwań albo naszych własnych lęków. Zaczynam to coraz lepiej rozumieć, chociaż łatwo nie jest:)

Po 2. - wspólnie spędzany czas, ale nie cały czas razem

Niby nic odkrywczego, frazes jak z pierwszego lepszego poradnika dla par. W praktyce to może wcale nie być takie łatwe - sztuką jest znaleźć odpowiednie proporcje i pogodzić potrzeby dwóch osób (na dodatek zmienne w czasie). Z moich obserwacji wynika, że łatwo jest przegiąć w obie strony: koncentrować się tylko i wyłącznie na wspólnym życiu, bez przestrzeni na własny rozwój i relacje z innymi ludźmi, albo odwrotnie – realizować własne plany i pasje, tracąc gdzieś po drodze „porozumienie dusz” z naszym partnerem.

W każdym związku punkt równowagi leży pewnie gdzieś indziej. Można go szukać w różnych proporcjach między intensywnym, pełnym emocji czasem spędzanym razem, „normalną”, codzienną obecnością oraz prywatnością, czasem tylko dla siebie – optymalnych kombinacji może być mnóstwo. Dodam jeszcze, że do satysfakcjonującego związku nie zawsze potrzebna jest wspólna pasja czy hobby. Wysokiej jakości czas możemy spędzać razem niezależnie od tego, jaką czynność wykonujemy. Czy będzie to ekstremalny sport, podróż, seks, spacer, czytanie książki czy gotowanie - to kwestia drugorzędna.

Po 3. - umiejętność wychodzenia z kryzysów

Postawmy sprawę jasno: każdy związek czekają mniejsze lub większe kryzysy, nie wierzę w sielankę trwającą bezustannie. Nawet idealnie dopasowani partnerzy zmieniają się przecież całe życie i mogą na różnych etapach rozmijać się w swoich potrzebach i priorytetach. Szalenie ważne (i trudne) to umieć w takich chwilach ze sobą rozmawiać. I wspólnie pracować nad zmianami, a dopiero w ostateczności – jeżeli nie ma innej możliwości i taka jest świadoma decyzja – myśleć o rozstaniu.

Jak poradzić sobie z kryzysem w związku? Nie mam pojęcia. Może trzeba czasem kłócić się. Potem prawdziwie przepraszać, rozmawiać i słuchać uważniej niż zwykle. Wyciągać wnioski. Myślę też, że zawsze wskazany jest powrót do punktu nr 1 – najpierw przyjrzyjmy się sobie. Psychologowie w trudnych momentach polecają proste narzędzie: długopis + kartka, na którą można przerzucić swoje frustracje i uporządkować myśli.

Ale oczywiście czasem, w trakcie głębokich kryzysów, to za mało –  warto szukać wtedy rozwiązań poza związkiem, np. na terapii dla par (byle u dobrego terapeuty!). Niektórym może pomóc także fachowa literatura, np. Nowe zasady małżeństwa T. Real’a (niestety nakład już wyczerpany, trudno tę książkę kupić), Kochaj wystarczająco dobrze pod red. A. Jucewicz i G. Sroczyńskiego albo polecana już ostatnio Tęsknota silnej kobiety….

Podobno wartą rozważenia opcją – w przypadku osób wierzących – są też „dialogi” w duchu chrześcijańskim (dla zainteresowanych podrzucam link).

Po 4. - suma drobnych rzeczy

Kiedyś przeczytałam, że proporcja wysyłanych komunikatów pozytywnych do negatywnych powinna wynosić 3:1, żeby w relacji działo się dobrze. A może to była zupełnie inna proporcja? To w sumie nieistotne, chodzi o podejście – i myślę, że można je przenieść także na inne codzienne zachowania: drobne gesty, reakcje, przysługi. To oczywiście spore uproszczenie, ale może do tego sprowadza się powodzenie związku: aby „plusy” przewyższały „minusy”?

Po 5. - najważniejsze – wzajemny szacunek

Od tego właściwie powinnam zacząć, na tym mogę skończyć. Niezależnie od tego, czy w związku dzieje się dobrze czy źle, szacunek, taki normalny, ludzki, to podstawa. Chociaż pod wpływem emocji trudno o samokontrolę i ważenie słów (niestety wiem coś o tym), trzeba samemu sobie umieć postawić granicę. I mieć nadzieję, że ta granica jest akceptowalna przez naszego partnera.

 

Zastanawiam się od dłuższej chwili, jak powinnam ten tekst podsumować. Przyznam Wam, że okazał się on dla mnie trudniejszy niż przypuszczałam i bardziej osobisty niż miałam to w planie. Chcę powiedzieć jedno: absolutnie nie roszczę sobie praw do tego, aby komukolwiek radzić, jak ma żyć. Na pytanie postawione w tytule odpowiedziałam czysto subiektywnie i jestem przekonana, że wielu z Was ma zupełnie inne doświadczenia i przekonania. Jednego jestem pewna: nasze relacje z innymi ludźmi mają ogromny wpływ na nasze zdrowie psychiczne i – pośrednio także – fizyczne, dlatego warto przyglądać się im i nad nimi pracować. Tak samo jak pracujemy nad sylwetką czy nawykami żywieniowymi, możemy pracować także nad naszymi związkami. A może w tej kwestii powinniśmy starać się nawet bardziej, bo chodzi już nie tylko o nas, ale także o drugą, kochaną osobę.

 

 

W poszukiwaniu szczęścia i sensu życia

W poszukiwaniu szczęścia i sensu życia

W prasie, książkach, internecie, na szkoleniach i w prywatnych rozmowach – wszędzie dużo mówi się o samorozwoju, poszukiwaniu szczęścia i swojej drogi w życiu. Mam wrażenie, że im bardziej oddalamy się od naszej prawdziwej natury w codziennym życiu, tym więcej wskazówek i technik potrzebujemy, aby znaleźć odpowiedzi na pytania, które nas męczą.

Ja nie jestem w tym zakresie żadnym wyjątkiem, przeciwnie – myślę, że przede mną długa droga, aby dotrzeć do takiego głębokiego przekonania, że wszystko w moim życiu jest na swoim miejscu, a to co robię ma prawdziwą wartość i sens. Ale chcę iść tą drogą, bo czuję, że ona jest celem samym w sobie, jakkolwiek banalnie to nie brzmi.

Czego nauczyłam się do tej pory?

Chyba niczego odkrywczego, ale i tak to napiszę – chociażby po to, żeby za jakiś czas przypomnieć sobie, w jakim byłam miejscu:

  • nie ma czegoś takiego jak trwałe poczucie szczęścia – ono się zdarza, nie trwa, ale możemy nauczyć się poszukiwać radości w najmniejszych, najbanalniejszych sprawach
  • trudne doświadczenia mogą zarówno złamać, jak i wzmocnić – wiele zależy od nas samych
  • ogromna część naszych obaw nigdy się nie zrealizuje, dlatego warto działać tak, aby zabezpieczyć swoją przyszłość, ale nie zamartwiać się nią
  • okresy smutku czy niepewności nie są niczym złym, to naturalna część naszego życia i można sobie na nie pozwolić, a nawet je polubić, docenić
  • w moim przypadku poczucie sensu płynie przede wszystkim z relacji z innymi ludźmi - być może to do nich sprowadza się wszystko, co w życiu najistotniejsze, niezależnie od tego, czy mowa o relacji z partnerem, dzieckiem, rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami czy obcymi ludźmi
  • nadmierna koncentracja na poszukiwaniu szczęścia i samorozwoju może być procesem sztucznym i niepotrzebnym - czasem wystarczy sobie odpuścić, zaakceptować, skupić się na teraźniejszości, cieszyć się tym, co mamy, nawet jeżeli to „nic wielkiego”

Jak być szczęśliwym?

Jak nauczyć się akceptować i doceniać to, co mamy? Myślę, że pierwszym krokiem jest znalezienie swojej „odskoczni”, czy jak to niektórzy określają – wewnętrznego źródła mocy. Czegoś, co pozwoli nam oderwać się od codziennego pędu, uspokoić myśli. Poczuć głęboki spokój, miłość, zaufanie do świata i samego siebie.

Dzisiaj – dzięki szerokiemu dostępowi do informacji, innych kultur i wzorców – mamy całą masę możliwości. Jestem pewna, że każdy może wsród nich znaleźć drogę dla siebie, praktykę, która stanie się jego prawdziwą, naturalną potrzebą.

Praktyki duchowe

  • Trening uważności - ta trudna, ale bardzo cenna umiejętność obserwowania swoich myśli bez oceniania przydaje się w wielu okolicznościach i wierzę, że może diametralnie zmienić to, jak postrzegamy nasze życie. Jon Kabat Zinn, jeden z największych autorytetów tej dziedziny, uważa mindfulness za podstawę skutecznej redukcji stresu. Ja szukam w tej praktyce sposobu na kontrolowanie złości i natłoku czarnych myśli, które czasem się u mnie pojawiają. Chociaż jestem początkującym uczniem, już zdążyłam się przekonać: to pomaga.
  • Modlitwa, medytacja – chociaż pochodzą z pozornie zupełnie innych kultur i religii, zestawiam je w jednym punkcie, bo uważam, że w obu tych formach wyraża się ta sama ludzka naturalna potrzeba i mądrość, polegająca na wchodzeniu w powtarzalny, dobrze znany i oswojony stan, który nas uspakaja. Modlitwy, których uczymy się jako dzieci, odmawianie różańca – w okresie dorastania często negowane i odrzucane – w którymś momencie życia mogą być nam znów bardzo potrzebne. Podobnie mogą działać zresztą mantry, medytacja oparta na koncentracji na wybranym przedmiocie lub ćwiczenia oddechowe. Myślę, że forma nie ma większego znaczenia, grunt to nie odcinać się od tych narzędzi, które przecież służą ludziom na całym świecie od niepamiętnych czasów.
  • Inne praktyki religijne - takie jak udział w rekolekcjach, pielgrzymkach, odwiedzanie świątyń, okresowe posty lub inne rytuały, które pomagają oczyścić umysł. Wszystko to, od czego nasz zachodni świat trochę się odwrócił  (a przynajmniej niektóre jego kręgi), a czego teraz coraz częściej poszukuje.

Pasje

Duchowość nie jest jedyną drogą, aby oczyścić umysł. Niektórzy z Was znają pewnie doskonale stan zwany „flow”, czyli poczucie uskrzydlenia i całkowitej koncentracji na danej czynności. Jestem pewna, że jeżeli kochacie coś robić – pisać, biegać, malować, gotować czy pracować w ogrodzie – nie raz zdarzyło Wam się zatracić w tym zupełnie, zapominając o zmartwieniach i upływającym czasie. To właśnie „flow”, który – podobnie jak medytacja – pomaga uspokoić myśli i cieszyć się tym, co mamy, tu i teraz.

Dla mnie takim zbliżonym stanem jest także bycie w podróży, blisko natury, daleko od codziennego świata i miejskich krajobrazów. Nigdzie nie resetuję umysłu lepiej niż w górach albo w lesie. Czasem wystarczy już godzinny spacer, żeby złapać zupełnie inną perspektywę patrzenia na świat i własne problemy.

Twórczość – własna i innych ludzi

Może się wydawać, że umiejętność kontemplacji sztuki dostępna jest dla wybranych – ludzi o wysokiej wrażliwości, „artystycznej duszy”. Ale to, że nie zachwyca nas muzyka klasyczna albo dzieła wybitnych malarzy nie oznacza, że nie poruszy nas coś zupełnie innego. Mogą to być współczesne fotografie, poezja, dowolny rodzaj muzyki, ważna książka, bajka dla dzieci – cokolwiek. Ja bardzo lubię sięgać po słowa, cytaty – takie jak tutaj - i otaczać się nimi w różnych okolicznościach.

Uważam, że raz na jakiś czas warto takich inspiracji i „momentów” poszukać, to nasz wielki przywilej! Podobnie jak możliwość stworzenia czegoś własnego: obrazu, wiersza, rzeźby, kompozycji z kwiatów. Wierzę, że wielu z nas potrzebuje takiej ekspresji do satysfakcjonującego życia.

Codzienne życie

Tak naprawdę wartości i sensu możemy szukać cały czas, w codziennym życiu i prozaicznych czynnościach: parzeniu herbaty, jedzeniu kolacji z kochaną osobą, opiece nad dzieckiem, kontakcie ze zwierzętami. Może życie jest sztuką wynajdywania takich małych okazji, aby poczuć się szczęśliwie? Każdy z nas może to rozumieć i realizować na swój sposób: w relacjach z bliskimi, w pomocy innym, w spokojnym trwaniu albo w działaniu. Ważne tylko, żeby robić to w zgodzie ze sobą, docierając do swojej własnej natury. To trudna, ale jednocześnie fascynująca podróż:)

Jestem pewna, że kiedy choć raz uda nam się dotrzeć do naszego wnętrza, głęboko uspokoić się i zrelaksować, będziemy chcieli wracać „tam” częściej. I myślę, że to może być jeden z kluczowych warunków spełnionego, szczęśliwego życia: regularna, dowolna praktyka/ praktyki pozwalające nam pielęgnować w sobie stan spokoju, nadziei i miłości. Tylko i aż tyle.

 

 

Twoja hierarchia wartości – ćwiczenie coachingowe

Twoja hierarchia wartości – ćwiczenie coachingowe

Żyjemy w świecie, który oferuje mnóstwo możliwości. Możemy wybrać kraj, w którym mieszkamy, bardziej lub mniej standardowy sposób zarabiania na życie, model związków, jakie tworzymy, hobby, któremu poświęcamy czas wolny, źródła informacji, po które sięgamy. A kiedy zechcemy, łatwiej niż kiedykolwiek, możemy spakować manatki i zacząć wszystko od nowa.

Taka wolność wyborów to z jednej strony luksus, na który pracowały pokolenia, a z drugiej – paradoksalnie – sytuacja, która może rodzić wewnętrzny konflikt i dużą presję. Obserwuję to u siebie, moich znajomych, czytam o tym w publikacjach psychologów. Posiadanie nieograniczonych niemal możliwości wyboru czasem powstrzymuje nas od działania albo nie pozwala się cieszyć tym, co już mamy.

Dzisiaj chcę podzielić się z Wami ćwiczeniem, które może troszeczkę pomóc w uporządkowaniu życiowych priorytetów i znalezieniu odpowiedzi na pytanie: czego pragnę, o co mi tak naprawdę w życiu chodzi?  To nie sztuka realizować kolejne ambitne cele i wyzwania. Znacznie trudniej jest właściwie te cele wybierać - tak, aby były prawdziwie „nasze”, a nie wynikające z narzuconych nam ram społecznych, wzorców lansowanych przez media i opinii innych ludzi.

To zadanie polega na stworzeniu prywatnej hierarchii wartości, które są w naszym życiu najważniejsze, nadrzędne. Zaproponował mi je Michał, z którym odbyłam kilka sesji w ramach współpracy z firmą LunchCoach (pisałam o tym tutaj). Choć ćwiczenie odwołuje się do niby oczywistych spraw, dało mi trochę do myślenia – mam nadzieję, że Was też w jakiś sposób zainspiruje i pozwoli złapać szerszą perspektywę.

Ćwiczenie: Twoja hierarchia wartości


Spośród 48 wartości w tabeli skreśl te, które są dla Ciebie najmniej istotne, tak, aby pozostało 10 pozycji. Nie będzie to oznaczało, że skreślone komórki nie są dla Ciebie wcale ważne – celem jest pozostawienie wartości, które pełnią dla Ciebie najistotniejszą rolę w życiu na tu-i-teraz.

Miłość Balans Energia
Akceptacja Harmonia Satysfakcja
Zaufanie Intuicja Radość
Wiara Motywacja Szczęście
Zdrowie Pasja Bogactwo
Piękno Niezależność Dostatek
Intymność Elastyczność Sukces
Spokój Wolność Perfekcjonizm
Szczerość Mądrość Stabilność finansowa
Wdzięczność Wygoda Rozwój osobisty
Wsparcie Dobra zabawa Wykształcenie
Wrażliwość Humor Kreatywność
Wyobraźnia Marzenia Bezpieczeństwo
Komfort Transcendencja Pewność
Sprawiedliwość Lojalność Duma
Przygoda Ryzyko Wyzwania

Oczywiście ta tabela nie wyczerpuje wszystkich wartości, o których możemy mówić w kontekście naszego życia. Jeżeli już na pierwszy rzut oka widzicie, że czegoś brakuje, po prostu uzupełnijcie tę listę, a potem spróbujcie zawęzić ją do dziesięciu najważniejszych punktów. Aby wygodniej Wam było wykonać to zadanie, możecie wydrukować listę wartości z tego pliku albo stworzyć na kartce własną listę.

Dajcie sobie na to dowolną ilość czasu, aby wszystkie wartości przemyśleć i wybrać te, które są dla Was najbardziej istotne.

Kiedy będziecie już pewni 10 najważniejszych wartości, spróbujcie następnie uszeregować je w kolejności od najważniejszej, nadając im numery od 1 do 10 (gdzie 1 to wartość absolutnie najważniejsza w Waszym życiu).

To nie jest takie proste, prawda?

Po wykonaniu tego ćwiczenia zajrzyjcie jeszcze pod wskazany poniżej link - ale uwaga! NIE róbcie tego przed wykonaniem zadania.
[ po wykonaniu zadania zajrzyj tutaj ]

Kiedy określimy już naszą hierarchę wartości, pozostaje jeszcze „tylko” jedno zadanie – odpowiedzieć sobie na pytanie: czy i w jaki sposób realizuję je w moim życiu?

 

 

Diet coaching – czy i kiedy warto? [+ KONKURS: wygraj 8 sesji z dietetykiem i coachem]

Diet coaching – czy i kiedy warto? [+ KONKURS: wygraj 8 sesji z dietetykiem i coachem]

[ Tekst powstał w wyniku współpracy z firmą LunchCoach ] 

Jakiś czas temu napisała do mnie pani Agata z firmy LunchCoach z propozycją przetestowania ich usługi – diet coachingu. Ciekawe propozycje współprac na blogu, które przyniosłyby korzyści i mnie, i przede wszystkim Wam, nie zdarzają się często, więc kiedy w końcu taka się pojawiła, postanowiłam w to wejść.

Diet coaching to zjawisko stosunkowo nowe w Polsce, ale cieszące się coraz większą popularnością. O co w tym chodzi? Mówiąc krótko, diet coaching to połączenie konsultacji dietetycznych z procesem coachingowym wzmacniającym motywację klienta do zmian. Według mnie takie podejście jest bardzo słuszne, bo przecież „nie samą dietą człowiek żyje” – na nasze zdrowie wpływa bardzo wiele czynników i warto szukać różnych zależności nawet tam, gdzie się ich nie spodziewamy. Diet coaching może być do tego doskonałą okazją i narzędziem.

Jak piszą na swojej stronie Agata i Michał, właściciele LunchCoach:

Z pomocą dietetyka nauczysz się prawidłowych nawyków żywieniowych, (…) dowiesz się, jak komponować własny, dostosowany do Twoich potrzeb i preferencji jadłospis, jak rozkładać proporcje składników w diecie. Poznasz, jaką rolę ma w niej aktywność fizyczna oraz odkryjesz tajniki świadomego wyboru produktów spożywczych. (…) W towarzyszącym edukacji dietetycznej procesie coachingowym wzmocnisz swoją motywację, zaplanujesz szczegółowe cele związane z dietą oraz odnajdziesz zasoby, które pozwolą Ci zamienić rygor na zdrowy nawyk, zaś słowo „Muszę…” zamienisz w „Chcę!”

Brzmi nieźle, a jak jest w rzeczywistości? Miałam okazję przekonać się o tym na własnej skórze, odbywając 6 sesji: 4 dietetyczne z Agatą i 2 ogólnorozwojowe z Michałem. Oto moje przemyślenia na temat usługi LunchCoaching i ogólnie – idei coachingu dietetycznego.

Plusy:

Mówiąc bardzo ogólnie: cieszę się, że z oferty LunchCoachingu skorzystałam. Mimo że od lat staram się zdrowo odżywiać, pani Agata po przeanalizowaniu moich jadłospisów podrzuciła mi kilka ciekawych wskazówek: sugestie, jak skorygować proporcje węglowodany/ białko/ tłuszcze, aby stracić na stałe ok. 3-4 kg, co jeść po treningach, jakie robić przerwy między posiłkami a np. piciem (najlepiej ok. 1 godziny – nie wiedziałam!). Przyznam, że nie stosuję się do tych zaleceń w 100%, ale są one zgodne z moim stanem wiedzy o diecie przy niedoczynności tarczycy - i wiem, że mam do poprawy to i owo, np. powinnam zwiększyć ilość białka w mojej diecie. Jeżeli za kilka miesięcy będę widziała konkretne, trwałe efekty, pokażę Wam moje przykładowe menu przed i po korekcie dietetyka.

A przechodząc do konkretów, na plus oceniam:

  • samą ideę połączenia sesji z dietetykiem i coachem – to dosyć innowacyjne podejście, ale bardzo zgodne z moim sposobem patrzenia na zdrowie holistycznie, zarówno na potrzeby ciała, jak i psychiki
  • elastyczne podejście do klienta – nie było żadnego problemu ze zmianą standardowej oferty LunchCoachingu i zmiksowanie korzystniejszej w moim przypadku opcji konsultacji dietetycznych i coachingu osobistego
  • praktyczny wymiar konsultacji – szczególnie od Agaty dostałam dużo konkretnych informacji, dzięki czemu zweryfikowałam/ uporządkowałam moją wiedzę na niektóre tematy
  • profesjonalne i pełne zaangażowania podejście Agaty i Michała – nawet wtedy, gdy podrzucałam mało typowe wątki, na które odpowiedzi nie mieli od razu, dostawałam rzetelną odpowiedź przy kolejnej sesji
  • fajna, luźna atmosfera spotkań

Wątpliwości:

Na początku miałam trochę obaw związanych z diet coachingiem, ale w dużej mierze udało się je rozwiać podczas sesji – oto one:

  • kontakt przez Skype – ponieważ biuro LunchCoach mieści się w Bytomiu, nie było opcji na spotkania face-to-face, pozostawał więc nam kontakt przez Skype. Chociaż w innych okolicznościach wolałabym pewnie kontakt bezpośredni, tutaj okazało się to całkiem wygodne – na przykład jedną z sesji odbyłam w piżamie;)
  • dosyć młody wiek właścicieli LunchCoach - łapię się na tym, że na początku przy ocenie firmy zwracam na to uwagę, a to niekoniecznie świadczy o jakości usługi, czasem wręcz przeciwnie – młodym przedsiębiorcom chce się więcej i myślę, że potwierdza się to w przypadku Agaty i Michała
  • odpowiedni moment – nie ukrywam, że gdyby pani Agata nie zwróciła się do mnie z propozycją przetestowania ich usługi, sama raczej bym teraz takich możliwości nie poszukiwała, chociaż w coaching bardzo wierzę. Myślę, że uczestnictwo w takich sesjach wymaga „dobrego momentu” i wewnętrznego przekonania, że jest to Wam potrzebne, że jesteście gotowi na zmiany. U mnie życiowe plany ustawiają mi w głowie pewne priorytety, nie wszystko mogę osiągnąć natychmiast i podczas sesji z Michałem dodatkowo się w tym przekonaniu utwierdziłam.

Kiedy warto rozważyć diet coaching?

Znalezienie optymalnego modelu odżywiania nie jest sprawą łatwą, często nie możemy połapać się w tych wszystkich dietach i często sprzecznych zaleceniach naukowców czy lekarzy. Sądzę więc, że coaching dietetyczny nie zaszkodzi nikomu;) – jak dla mnie, takie zajęcia mogłyby się odbywać już w szkole podstawowej, a nawet w przedszkolu. Komu szczególnie polecałabym diet coaching?

  • osobom, które czują, że przyszedł czas na zmiany w stylu życia – chcą zrzucić sporo kilogramów albo były już na wielu dietach, które w dłuższej perspektywie nie przynosiły efektów
  • osobom, które poprzez dietę, ćwiczenia i inne naturalne metody chcą wesprzeć leczenie konkretnych dolegliwości/ chorób
  • osobom takim jak ja, które interesują się zdrowym stylem życia, poszukują lub chciałyby zweryfikować swoją wiedzę albo… upewnić się, że żyją zdrowo i trochę z tym wyluzować :)

KONKURS:
wygraj sesję z dietetykiem i coachem z firmy LunchCoach


LunchcoachJeżeli idea diet coachingu do Was przemawia i chcielibyście pod okiem profesjonalistów wprowadzić trochę zmian w swoim życiu i sposobie odżywiania, mam dla Was dobrą wiadomość: macie szansę zrobić to za darmo. Razem z Agatą i Michałem zapraszamy do udziału w konkursie, w którym możecie wygrać pełnowartościową usługę LunchCoaching, czyli 8 półtoragodzinnych sesji dietetyczno-coachingowych („na żywo” w Bytomiu lub online przez Skype).

Nagrodzimy 1 najciekawszą odpowiedź na pytanie konkursowe:

Dlaczego chciałbyś/ chciałabyś spróbować diet coachingu?


Odpowiedzi przesyłajcie do końca lipca na adres mailowy:
ika.health.and.the.city@gmail.com.

Regulamin konkursu dostępny jest tutaj.

Dodatkowo, na hasło „health and the city”, otrzymacie 10% rabat na wszystkie usługi firmy LunchCoach - do wykorzystania do końca września 2015 r.

Jeżeli skorzystacie, będzie mi bardzo miło, gdy wrócicie tu podzielić się swoimi doświadczeniami:)


[edit 7.08.2015]

Po naradzie z Agatą i Michałem zdecydowaliśmy się zaprosić na bezpłatną sesję diet coachingu w firmie LunchCoach panią Magdę, która w uroczy sposób przekonała nas, że przyszedł w jej życiu czas na zmiany:) Ze zwyciężczynią skontaktuję się w dniu dzisiejszym mailowo.