Jak oswoić zmianę?

Jak oswoić zmianę?

W niesamowitym filmie „Samsara” jest scena, która szczególnie utkwiła mi w pamięci. Buddyjscy mnisi pracowicie usypują mandalę. W tej pracy liczy się każdy detal, idealna symetria i harmonia kształtów, gra kolorów. Powstaje coś pięknego. Potem kilkoma szybkimi ruchami niszczą ją – z tego małego dzieła sztuki nie zostaje nic oprócz kolorowego pyłu.

Buddyjska symbolika tworzenia i niszczenia mandali bardzo do mojej wyobraźni przemawia. Mandala symbolizująca „okrąg życia i śmierci” pozwala zwizualizować sobie przemijalność rzeczy oraz różnych aspektów życia i może nawet… zacząć taki stan akceptować.

Skąd bierze się niechęć do zmian

Z moich obserwacji wynika, że ludzie często wpadają w pułapkę złudnej stabilizacji. Wydaje nam się, że jakiś dobrze znany schemat zapewni nam poczucie bezpieczeństwa i pełnię szczęścia. A przecież w każdym, wydawałoby się idealnym modelu, jest ogromna przestrzeń na niespodziewane zwroty akcji. Bywają to zmiany trudne i bolesne, rozczarowujące, bywają też okazje i zbiegi okoliczności, które mogą prowadzić do czegoś pozytywnego.

Od jakiegoś czasu w takich okresach staram się przyjrzeć mojemu nastawieniu do zmian, moim przekonaniom. Myślę, że zbyt często bronimy się przed zmianami z zasady albo przez długi, długi czas nie chcemy zaakceptować tego, co już się wydarzyło, rozdrapujemy rany i ciągle coś rozpamiętujemy. A to ogranicza i blokuje jak cholera.

Pozytywne nastawienie do zmian

Osobiście bardzo wierzę w to, że zmiany są potrzebne i mogą wnieść do naszego życia mnóstwo pozytywnej, ożywczej energii – nawet, jeżeli rozpoczynają się od trudności czy rozczarowań.

Aby nastawić się pozytywnie do zmian, czasem wystarczy spojrzeć na życie z nieco innej perspektywy. Ja próbuję robić to kreując wokół siebie – na początku może nawet trochę na siłę – dobrą energię, pozytywne myślenie. Niby banał, ale wiem po sobie, że takie czarowanie rzeczywistości może mieć wielką moc. Oto moje sposoby, chociaż myślę, że każdy powinien szukać metod najbardziej skutecznych dla niego:

1. Regularne praktykowanie wdzięczności

Podziękowanie za to, co mam jest najszybszym znanym mi sposobem na to, aby poczuć się lepiej, nawet gdy ostatnio nie działo się za dobrze. Regularna praktyka natomiast to jeszcze większa siła – nasyca nas dobrymi myślami i siłą nawyku zaczynamy tak myśleć coraz częściej. Pisałam o tym tutaj.

2. Czytanie inspirujących treści

Słowo pisane zawsze było dla mnie ważne i wnosiło wiele w moje życie. W trudniejszych momentach pilnuję, żeby były to pozytywne treści i świadomie unikam ambitnych, ale niepokojących lektur. Ostatnio odkryłam też serwis dobrewiadomosci.net.pl, pełen pozytywnych i podbudowujących historii, w których zmiana często przedstawiana jest jako początek czegoś wspaniałego. Polecam zamiast porannej prasówki z serwisów informacyjnych;)

3. Tworzenie i otaczanie się pozytywnymi symbolami

Lubię mieć w mojej przestrzeni drobne rzeczy, które niosą dla mnie pozytywną energię i którym nieco naiwnie przypisuję różne znaczenia. Znoszę do domu kamienie, rozkwitające gałązki, drukuję i wieszam na ścianach kształty, które w danym momencie coś dla mnie znaczą. Wykonuję też kolorowe mandale, często w jakiejś konkretnej intencji – właśnie w okresach stresu lub dużych zmian produkuję ich najwięcej, bo naprawdę mi to pomaga.

 

Ta wiosna będzie dla mnie pełna zmian, dlatego pozytywne nastawienie do tego procesu zaczynam wdrażać natychmiast. Życzę sobie i Wam akceptacji tego, co jest i co będzie oraz… umiejętności spojrzenia na wszystko z nieco bardziej buddyjskiej perspektywy:)

 

 

7 noworocznych lekcji dla mojego racjonalnego mózgu

7 noworocznych lekcji dla mojego racjonalnego mózgu

Od zawsze jestem typem planera – lubię mieć wszystko ustalone, osadzone na kalendarzu i pod pełną kontrolą. To oznacza, że czasami analizuję zbyt wiele, tworzę w głowie różne scenariusze i chcę czuć się na nie przygotowana. W wielu kwestiach bywam też nieznośną Zosią-samosią – wolę zrobić coś dokładnie tak, jak uważam, że powinno to zostać zrobione, a jeżeli już muszę oddać inicjatywę komuś innemu, nie potrafię powstrzymać się od instrukcji i komentarzy.

Parę tygodni temu życie postanowiło spłatać mi figla, a raczej – dać kilka cennych lekcji, takich, które powinnam zapamiętać na długo. Niespodziewanie – z przyczyn zdrowotnych, o których jeszcze pewnie za jakiś czas napiszę – zostałam unieruchomiona na dobrych kilka tygodni, a kiedy już wydawało się, że jest lepiej, los dał mi kolejnego prztyczka w nos i wylądowałam w szpitalu.

Nie przypuszczałam nawet, że ten czas – mimo że trudny i pełen niepewności oraz stresu – okaże się pod wieloma względami tak bardzo wartościowy.

Lekcja 1

Mimo chęci, nie wszystko w życiu mogę zaplanować

A skoro tak, może nie warto wkładać w to aż tak wiele energii? Zamiast planować wszystko od A do Z, może lepiej skoncentrować się nad tym co „tu i teraz”, a nie na tym, co „być może kiedyś”. I chociaż nadal uważam, że w wielu przedsięwzięciach dobry plan to podstawa, uczę się jednak, że czasami warto pozostawić sprawy własnemu biegowi i po prostu zaufać nurtowi życia.

Lekcja 2

Większość zmartwień, które spędzają mi sen z powiek, w obliczu prawdziwych problemów okazuje się zupełnie nieistotna

Muszę o tym pamiętać, gdy następnym razem przejmę się tak przejściowymi i w zasadzie nieistotnymi sprawami jak pieniądze, formalności urzędowe, nieporozumienia w pracy czy inne. Właściwie to większość z nich – gdy przychodzi co do czego – rozwiązuje się bez mojego udziału albo okazują się nie tak poważne, jak to się wcześniej wydawało. Chcę nauczyć się ustawiać sobie w głowie priorytety, kierując się wartościami, które są dla mnie naprawdę ważne – nie czekając, aż prawdziwe problemy mi o tych priorytetach brutalnie przypomną.

Lekcja 3

Zdrowie własne i bliskich to coś, z czego powinnam cieszyć się każdego dnia

Nie traktować jak oczywistość, ale nauczyć się doceniać i być wdzięczną każdego dnia. W codziennym pędzie trudno jest o tym pamiętać, ale myślę, że ten nawyk warto w sobie pielęgnować. Mój słoik wdzięczności na pewno przyjmie to wyzwanie:)

Lekcja 4

Bliskie osoby, które mam obok siebie, to prawdziwy skarb…

Aż mi się łezka w oku kręci, gdy myślę, ile wsparcia i ciepła dostałam od rodziny i przyjaciół w tych ostatnich tygodniach, jak wspaniale spisał się w tej sytuacji mój mąż, jak potrzebna jest rodzina i przyjaciele. Niby zawsze miałam świadomość tego, że mogę na nich wszystkich liczyć, ale teraz, gdy leżąc w łóżku zdana byłam niemal w 100% na czyjąś pomoc, to przybrało tak realny i znaczący kształt, że nie sposób się nie zachwycić. I nauczyć się tę pomoc przyjmować.

Lekcja 5

… a prawdziwych przyjaciół (i znajomych) faktycznie poznaje się w biedzie

To prawda stara jak świat – problemy weryfikują nasze relacje z innymi ludźmi. I to moja kolejna lekcja: teraz jeszcze bardziej klarowne jest dla mnie to, które znajomości to te prawdziwe, „na dobre i na złe”, o które warto zadbać mocniej, może nawet kosztem innych.

Lekcja 6

Konwencjonalna medycyna to nie jest samo zło

Często tu na tym blogu i w prywatnych rozmowach krytykuję dzisiejszych lekarzy za rutynowe podejście do pacjenta, brak zainteresowania człowiekiem jako całością. W ostatnich tygodniach, nie tylko na własnej skórze, ale też słuchając relacji innych pacjentów w szpitalu, przekonałam się, że takie generalizowanie jest krzywdzące. W wielu przypadkach konwencjonalna medycyna może wiele zdziałać, a lekarze i pielęgniarki bywają aniołami. Słowem – zyskałam cenną, szerszą perspektywę i więcej pokory. Mam nadzieję, że intuicja dobrze mi podpowie, kiedy warto zdać się na lekarzy, kiedy szukać naturalnych metod jako wsparcia, a kiedy – jako alternatywy dla konwencjonalnego leczenia.

Lekcja 7

W trudnych chwilach dobrze móc zaufać „sile wyższej”

Wiara w Boga czy inne formy duchowości to prywatna sprawa każdego z nas, ale moim najbliższym i samej sobie właśnie tego życzę – wiary. W stresującej sytuacji, w warunkach dużej niepewności to prawdziwe błogosławieństwo – móc powierzyć swój problem komuś lub czemuś większemu, mieć nadzieję, że znajdzie się dla nas rozwiązanie i chociaż na chwilę wyciszyć własny umysł.

 

To tyle na dziś, na przywitanie po dłuższej przerwie. Cieszę się z powrotu do pisania, bardzo już za tym tęskniłam. Przede mną jeszcze sporo wyzwań, ale myślę, że teraz będę mogła pisać częściej. Mam nadzieję, że nadal tu jesteście i że dla Was rok rozpoczął się spokojniej, ale równie wartościowo:)

 

 

Wystarczająco – moje nowe „lepiej”

Wystarczająco – moje nowe „lepiej”

Kiedyś wydawało mi się, że wszystko to, co „wystarczające”, ma w sobie jakąś cząstkę bylejakości, smutny kompromis między ideą a rzeczywistością. Coś jak trója na świadectwie – niby dostatecznie, ale jednak sporo poniżej oczekiwań własnych i innych ludzi. Zazwyczaj czułam, że chcę „lepiej”, „wyżej”, „pełniej”, „dalej” – w związkach, w pracy, w codziennym życiu. Moi znajomi do dziś śmieją się z mojego „zróbmy coś fajnego”;)

Ta presja, aby mieć „więcej”, „lepiej” i ciągły niedosyt są chyba zresztą znakami naszych czasów. Konsumpcji wykraczającej poza prawdziwe potrzeby, nieograniczonych niemal możliwości, z którymi w którymś momencie nie wiadomo co zrobić i związanego z tym niepokoju.

Czytam teraz Sztukę szczęścia. Poradnik życia – rozmowy z Dalajlamą. Kolejna książka, która – kropla po kropli – coś zmienia w moim, jakby nie patrzeć, uwarunkowanym umyśle. Wg Dalajlamy przyczyną ciągłego niedosytu jest nasze naturalne dążenie do zadowolenia i stojący temu na przeszkodzie  „umysł porównujący” – tendencja do porównywania naszej sytuacji z przeszłością, z sytuacją innych ludzi. Z jednej strony dobry bodziec do rozwoju, z drugiej – taka pogoń za własnym szczęściem może skończyć się niezłą zadyszką.

Myślę o tym, jak wyrwać się z tego schematu.

Buddyjska koncepcja zakłada „wyzbycie się pragnień”, szukanie spełnienia we własnym, spokojnym umyśle. Ma sens, ale jednocześnie jest szalenie trudne do zrealizowania w naszym społeczeństwie. Czuję zresztą, że jakaś część mnie „chce chcieć”, mierzyć wyżej niż potrzeba, rozwijać się. Również gromadzić to, co dla mnie ważne – nie do końca wpisuję się więc w modny ostatnio nurt minimalizmu (który swoją drogą powoli zaczyna przypominać marketingowy produkt, z tym że stopniowanie teraz następuje w dół: chciejmy „mniej” zamiast „więcej” – ale nie poprzestawajmy na tym, co jest).

Ostatnie doświadczenia moje, moich bliskich kierują mnie w nieco inną stronę. Tam, gdzie jest „wystarczająco”. A czasem tylko ch…, ale stabilnie;) Bez ciągłej presji, że coś trzeba zmienić, udoskonalić, zbudować na nowo.

Jak to rozumiem?

W podejściu do zdrowia – chcę szukać równowagi między tym, co zdrowe, a tym, co komfortowe, kojące. Nie zawsze niestety te dwie rzeczy będą się pokrywać i powoli zaczynam godzić się na to.

Kiedy ponad 3 lata temu okazało się, że mam problemy z tarczycą, do leczenia postanowiłam podejść poważnie i kompleksowo: nie żadne tabletki, tylko zmiana diety, eliminacja wszystkiego, co może niekorzystnie wpływać na tarczycę, oczyszczanie i wsparcie organizmu, a mówiąc ogólnie – prowadzenie zdrowego stylu życia, często bez miejsca na jakiekolwiek odstępstwa.

Chociaż absolutnie nie uważam tego za błąd i cieszę się z wielu moich dobrych nawyków, które zostaną ze mną, mam nadzieję, na zawsze, nie chcę już czuć tej ciągłej presji, że „powinnam” albo „nie powinnam” czegoś jeść, chcieć, robić. Chcę być dla siebie dobra (a więc odżywiać się zdrowo, ćwiczyć), ale z pełną zgodą na odstępstwa, z wyrozumiałością do samej siebie.

W relacjach z innymi ludźmi – chcę godzić się z tym, co jest, nawet jeżeli nie zawsze jest dobrze. Doceniać obecność albo wspomnienie tej obecności i dziękować za to. Bardziej kochać niż myśleć. Nie wymagać więcej niż potrzeba i nie poświęcać się bardziej niż wystarczająco.

W kontekście pracy, bloga – chcę pielęgnować w sobie potrzebę działania, odczuwania satysfakcji z dobrze wykonanego zadania i doceniać samą siebie. Stawiać sobie realne cele i nie blokować ich realizacji nadmiernym perfekcjonizmem. Czasem odpuścić. Pisać wystarczająco często, aby nie stracić wątku, ale też przyjemności.

To „wystarczająco” zawiera także zgodę na przeciętność, pozostawanie w miejscu tak długo, jak będę czuć się w nim komfortowo oraz na trudne doświadczenia, bez których nie można docenić tych dobrych. Zawsze wydawało mi się to strasznym banałem, ale coraz lepiej rozumiem to, że „piękno tkwi w niedoskonałości”.

Wystarczy. Lubię to słowo:)

 

 

3 lekcje radości i… mój słoik wdzięczności

3 lekcje radości i… mój słoik wdzięczności

Początek tego roku okazał się dla mnie i bliskich mi osób niespodziewanie trudny. Aż chce się powiedzieć, że „nieszczęścia chodzą parami”. Ale dzięki tym doświadczeniom uświadomiłam sobie też, jak wiele mam i ilu pozornie oczywistych rzeczy na co dzień najzwyczajniej w świecie nie doceniam, nie cieszę się nimi.

Praktyka wdzięczności

O praktyce wdzięczności napisano już wiele. Do mnie najbardziej trafia to, jak o wdzięczności mówi Brene Brown w jednej ze wspanialszych książek, jakie ostatnio miałam okazję przeczytać - „Z wielką odwagą. Jak odwaga bycia wrażliwym zmienia to, jak żyjemy i kochamy, jakimi jesteśmy rodzicami i jak przewodzimy”.

W oparciu o wieloletnie badania jakościowe, czyli wywiady z setkami kobiet i mężczyzn, Brene rozprawia się ze stereotypami na temat wrażliwości i zachęca do zdobycia się na odwagę bycia wrażliwym. W swojej książce definiuje też 3 lekcje radości, której nieodłączną częścią jest właśnie wdzięczność.

3 lekcje radości według Brene Brown

1. Radość przychodzi do nas w postaci chwil – codziennych chwil. Ryzykujemy utratę radości, gdy jesteśmy zbyt zajęci pogonią za czymś nadzwyczajnym. Kultura niedostatku może napawa nas lękiem przed skromnym, zwykłym życiem, lecz gdy rozmawiasz z osobami, które doświadczyły największej straty, staje się jasne, że radość nie trwa wiecznie. Wszyscy uczestnicy bez wyjątku, którzy opowiadali mi o tym, co utracili i za czym najbardziej tęsknią, mówili o zwykłych, codziennych chwilach. (…)

 

2. Bądź wdzięczny za to, co masz. (…)  Nie traktuj tego, co masz jako coś oczywistego – ciesz się tym. Nie przepraszaj za to, co masz. Bądź wdzięczny za to i dziel się swoją wdzięcznością z innymi.

 

3. Nie trwoń radości. Nie możemy przygotować się na tragedię i stratę. (…) Jednak za każdym razem, gdy pozwalamy sobie zanurzyć się w radości i ulegamy tym momentom, budujemy odporność i pielęgnujemy nadzieję. Radość staje się częścią tego, kim jesteśmy, a gdy dzieje się coś złego – a czasem się dzieje – wtedy stajemy się silniejsi.

Jak pielęgnować w sobie tę radość i wdzięczność?

Sposobów jest wiele. Może to być codzienna modlitwa lub medytacja, pisanie dziennika wdzięczności. Ba, są nawet aplikacje, które mają nam w tym pomóc.

Mi jednak najbardziej spodobał się sposób, o którym przeczytałam pierwszy raz właśnie w książce Brene – słoik wdzięczności. To doskonały symbol całej idei: wdzięczność – regularnie praktykowana – staje się prawdziwym, namacalnym kapitałem, po który możemy sięgnąć zawsze wtedy, gdy tego potrzebujemy.

Słoik wdzięczności – zrób to sam

Wystarczy prosty lub dekoracyjny słoik, który dowolnie przyozdobimy oraz malutkie kartki papieru, na których codziennie będziemy zapisywać nasze małe i duże radości. Jak się okazało, w sieci można znaleźć sporo inspiracji  - wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „gratitude jar”. Poniżej mała próbka - źródła i więcej pomysłów znajdziecie na mojej tablicy na Pinterest.

słoik wdzięczności inspiracje

 

Mój słoik wdzięczności na razie jest obwiązany zwykłym sznurkiem, z jego ozdabianiem poczekam na artystyczną wenę;) Ale jego wnętrze zapełniam już karteczkami i cieszę się z tego jak dziecko, któremu właśnie udało się dorzucić parę groszy do skarbonki:)

 

 

 

Psychoterapia – moje doświadczenia i przemyślenia

Psychoterapia – moje doświadczenia i przemyślenia

Zdrowie psychiczne wreszcie przestaje być tematem tabu. Jeszcze kilka lat temu do osoby, która chodzi do psychologa lub psychiatry ludzie podchodzili z pełnym pakietem uprzedzeń i krzywdzących ocen (zawsze coś z nią było nie tak/ powinna po prostu wziąć się w garść/ problemy pierwszego świata, w d… się poprzewracało).

Wierzę, że to się zmienia. Dzisiaj nawet w mainstreamowych mediach mówi się o rosnącej skali zaburzeń psychicznych, leczeniu depresji, walce ze stresem i nikogo już chyba nie rusza, gdy ktoś ze znajomych uczestniczy w terapii. Mam wręcz wrażenie, że w niektórych kręgach „bycie na terapii” jest nieodłącznym elementem stylu życia, naturalną ścieżką rozwoju.

To nie zmienia faktu, że temat jest delikatny, złożony i wymagający dużej wrażliwości, aby mówić o nim mądrze. Nie czuję się kompetentna, aby doradzać Wam w tej sprawie albo oceniać zjawisko, jego skutki. Ale powiem jedno: mam za sobą psychoterapię i nie żałuję ani jednej złotówki wydanej na te spotkania. To właśnie w lutym 2 lata temu trafiłam na pierwsze spotkanie z terapeutką i z okazji tej rocznicy postanowiłam podzielić się z Wami moimi doświadczeniami, może okażą się dla kogoś pomocne.

Dlaczego się zdecydowałam?

Nałożyło się na siebie kilka kwestii: stresujący, pełen niepewności okres w życiu zawodowym, powracające problemy w relacjach z najważniejszymi ludźmi, niezdiagnozowane jeszcze wtedy kłopoty z tarczycą. Myślę, że to były początki depresji, chociaż boję się nadużywać tego słowa.

Na co dzień funkcjonowałam jako tako, częś osób z mojego otoczenia nie wiedziało nawet, że coś jest nie tak, ale czułam, że coś truje mnie od środka. Byłam pełna lęku, który coraz częściej objawiał się także fizycznie. W najtrudniejszym, czarnym dole z tamtego okresu nie byłam w stanie podjąć jakiekolwiek wysiłku, ograniczałam kontakty z ludźmi do minimum i nie było mowy o tym, żebym po prostu znalazła kontakt do terapeuty, zadzwoniła i umówiła się na spotkanie. Ta decyzja przyszła później, częściowo za namową mojej mamy - uświadomiłam sobie, że nie radzę sobie sama ze sobą, a moją główną motywacją było „nigdy więcej nie czuć się tak źle”.

Co dała mi terapia?

Trafiłam do doświadczonej, ciepłej pani psycholog, która pomogła mi rozsypać się na kawałeczki, a potem poskładać do kupy:) Nie rozwiązała moich życiowych problemów, ale pomogła spojrzeć na nie z innej perspektywy i pewne rzeczy przewartościować. Ale przede wszystkim utwierdziła w przekonaniu, że wspaniale jest zrobić coś dla siebie. Właśnie ta myśl towarzyszyła mi cały czas, nawet w najtrudniejszych momentach terapii: robię to dla siebie, pomagam sobie, jestem z siebie dumna, bo umiałam się o siebie zatroszczyć. Ta świadomość, że mogę, że potrafię jest dla mnie chyba najcenniejszą wartością wyniesioną z terapii.

To doświadczenie nauczyło mnie jeszcze jednego: że o kondycję psychiczną mogę i powinnam dbać. Cóż, wcześniej nikt mi tego nie powiedział i sama na to nie wpadłam, ale higiena psychiczna jest nie mniej ważna niż higiena ciała. Szukanie sposobów na stres, pielęgnowanie ważnych relacji, oczyszczanie emocji i próba uporządkowania trudnych spraw - to stało się częścią mojego życia, wykonałam w tych obszarach spory wysiłek już po terapii, na własną rękę i widzę w tym wielki sens i wartość.

Nie czuję może jeszcze jakiejś spektakularnej zmiany, ale wiem, że wszystko jest na swoim miejscu, mam do siebie większe zaufanie i znacznie więcej troski.

Co mogę powiedzieć osobom, które zastanawiają się nad terapią?

Tylko jedno: warto.

I podrzucić cytat z bloga Krótki poradnik, jak ogarnąć życie:

(…) nie ma czegoś takiego, jak „odpowiedni moment na terapię”. Ten moment jest już wtedy, kiedy po raz któryś przechodzi ci przez myśl, że nie jesteś sobie w stanie poradzić ze sobą / z życiem / z jakąś sytuacją. Albo wtedy, kiedy jesteś przekonany, że dopóki „coś” się nie stanie, to nic ci się w życiu nie uda. Być może wcale nie skończy się na terapii, bo kilka spotkań rozjaśniających ci horyzont zupełnie załatwią sprawę, ale nawet jeśli na nią trafisz i będziesz musiał przekopać się przez pole gnoju, to na piąte pytanie odpowiem ci twierdząco: 

„Warto?”
Warto.

 

 

Jak medytować i komu to w ogóle potrzebne?

Jak medytować i komu to w ogóle potrzebne?

Medytacja była dla mnie od jakiegoś czasu prawidzwą idée fixe – chciałam zacząć, czułam, że tego potrzebuję, ale jednocześnie bałam się, że będzie to dla mnie zbyt trudne. Przyznam też, że miałam pewne bariery wynikające z tego, że ten temat zrobił się po prostu modny. O medytacji słyszę w radiu i od znajomych, czytam w co drugiej książce, kursy medytacji podpowiadają mi wg moich zainteresowań Facebook i Google. Nie zrozumcie mnie źle: nie potrzebuję czuć się niszowa w tym, co robię, ale miałam wątpliwości, czy moje zainteresowanie medytacją wynika z naturalnej potrzeby, czy jestem po prostu podatna na marketing tej idei.

Ale jednak, nieśmiało, małymi krokami, zaczęłam medytować. I wiecie do jakich doszłam wniosków? To, skąd płynie moja motywacja, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczą się efekty, choćby najmniejsze.

Medytację traktuję jak narzędzie – dobre tak samo jak każde inne – służące do oczyszczenia umysłu, rozluźnienia ciała. Nie musi być nadzwyczajnym, metafizycznym przeżyciem, nie musi przenosić na nieznane dotąd poziomy duchowości (chociaż nie jest to pewnie niemożliwe).

Komu potrzebna medytacja?

W ostatnim czasie dzieje się u mnie sporo i widzę ogromną różnicę między tygodniami, w których udało mi się wygospodarować trochę czasu na wieczorną medytację a tymi, w których tego zabrakło. Dzięki tym kilku chwilom nie staję się innym, lepszym człowiekiem, ale czuję się spokojniejsza, bardziej skoncentrowana, radosna i odporna na stres czy niepowodzenia.

Myślę, że korzyści z praktyk medytacyjnych może odnieść absolutnie każdy – od pracującego pod dużą presją menadżera po młodą mamę, której brakuje czasu dla siebie. Zachęcałabym do tego zarówno osoby zestresowane, melancholijne, jak i te żyjące w szybkim tempie, pełne energii, „nakręcone” wieloma aktywnościami. Znalezienie w sobie takiej przestrzeni, do której można w każdej chwili się schować, daje duże wsparcie i pomaga budować trwałe, niezależne od okoliczności poczucie bezpieczeństwa.

To może okazać się szczególnie ważne w czasach takich jak dziś, które są tak cholernie niespokojne, pełne niezrozumiałych wojen, nienawiści na tle rasowym, strachu przed tym, co może nas spotkać w przyszłości.

Jak medytować?

W sieci można znaleźć wiele technik i instrukcji medytacji, łącznie z filmikami na YouTube. Każdy z nas jest inny, więc warto szukać drogi najlepszej dla siebie. Osoby kochające śpiewać mogą czuć się dobrze podczas medytacji z mantrą, osoby, które rozpiera energia mogą wypróbować łagodne ćwiczenia, podczas których najważniejszą rzeczą będzie koncentracja na oddechu, dla osób silnie wierzących najlepszą formą medytacji może okazać się odmawianie różańca.

Ja opiszę dwie metody, z których sama korzystam i które okazały się dla mnie najłatwiejsze. Stworzyłam je dla siebie metodą prób i błędów, łącząc najbardziej naturalne dla mnie techniki, o których wcześniej czytałam z różnych źródeł.

 

Metoda 1.
Ćwiczenie oddechowe połączone z wizualizacją oczyszczającą umysł


Podstawą jest tu właściwy oddech – a wbrew pozorom nie każdy z nas wie, jak oddychać prawidłowo. Dobry, głęboki, relaksujący oddech bazuje przede wszystkim na ruchu przepony i żeber, nie zaś klatki piersiowej. Można się tego nauczyć układając na przeponie dłoń i pozwalając jej się z każdym wdechem unosić, a następnie opadać przy powolnym wydechu. Jogini zalecają oddech tylko nosem, można też wciągać powietrze nosem, a wypuszczać ustami.

A oto jak wygląda moja medytacja oddechowa:

Gaszę światło, zapalam kominek zapachowy. Układam się wygodnie w pozycji siedzącej lub leżącej. Koncentruję całą swoją uwagę na oddechu. Jeżeli nie mogę się zrelaksować i towarzyszy mi natłok niespokojnych myśli, staram się je obserwować i odsuwać od siebie z każdym kolejnym wydechem. Wyobrażam sobie, że wydychane powietrze to problemy i stresy, pozbywam się ich powoli, ale systematycznie z każdym wydechem. Wdychane powietrze natomiast napełnia mnie spokojem, pozytywną energią, wdzięcznością.

Praktykuję to zazwyczaj tuż przed snem, przez 10-15 minut.

 

Metoda 2.
Praktyka uważności całego ciała połączona z pozytywną afirmacją


Uważność ciała jako całości to jedno z ćwiczeń polecanych przez Jona Kabat-Zinna w „Praktyce uważności dla początkujących”. To medytacja oparta na oddechu rozszerzona o świadome odczuwanie całego ciała. Oto jak pisze o tym Kabat-Zinn: „Bez względu na to, czy doznania w różnych częściach ciała są przyjemne, czy przykre, (…) czy też tak neutralne, że z trudem je zauważasz, postaraj się obejmować je wszystkie świadomością, chwila po chwili, nie robiąc nic (…). Nie staraj się zrelaksować, nie staraj się do niczego dojść i na pewno nie staraj się wyeliminować myśli. Po prostu spoczywaj w świadomości, a  wszystko niech będzie właśnie takie, jakie jest”.

Przyznam, że trudno mi było koncentrować się na całym ciele, dlatego do tej metody dodałam jeszcze własną afirmację – zdanie, które mogę powtarzać i odczuwać całą sobą, np. „Wypełnia mnie spokój”. Przy tej prostej afirmacji wyobrażam sobie, jak ów spokój (lub inne uczucie, którego potrzebuję w danej chwili) napełnia całe moje ciało, centrymentr po centymetrze, od palców u stóp po mózg. Praktykuję przez 10-15 minut wieczorem, chociaż coraz częściej zdarza mi się korzystać z tej metody w różnych sytuacjach, np. w tramwaju stojącym w korku albo w poczekalni do lekarza;)

 

To wszystko może brzmieć dziwnie, a nawet „sekciarsko”, ale przynosi wyraźnie odczuwalne efekty. Korzyści z medytacji potwierdzają naukowcy, ale polecam po prostu bez większych oczekiwań spróbować i zobaczyć, co z tego wyniknie dla Ciebie.

A jeżeli nadal nie wiesz jak medytować, możesz po prostu pójść na spacer. Ale zamiast rozmyślać o tym, co się wydarzyło i co czeka Cię następnego dnia, skoncentruj się na tym, jak oddychasz, stawiasz kroki, co widzisz. Jesienne krajobrazy bardzo temu sprzyjają…

jak zacząć medytować w domu

wleń dolina bobru

wleń

jak zacząć medytować

Ps. Jesienne zdjęcia są autorstwa mojej siostry i pochodzą z miasteczka Wleń