Medytować każdy może, nawet świeżo upieczona mama;)

Medytować każdy może, nawet świeżo upieczona mama;)

Bycie mamą kosztuje mnie mnóstwo energii, codziennie daję z siebie więcej niż chyba kiedykolwiek wcześniej. Czuję, że dla równowagi muszę mieć jakąś przestrzeń dla siebie, czas, w którym choć przez chwilę zatroszczę się o własne ciało i psychikę.

Postanowiłam wrócić do codziennej praktyki medytacyjnej. Moje dawne metody nie bardzo się sprawdzają, bo, hmmm, niezbyt często udaje mi się wygospodarować 15 min na leżenie, a jeśli już – zwycięża sen, a nie potrzeby duchowe;) Szukając rozwiązania, natknęłam się na książkę „100 najlepszych medytacji na świecie”. Mogę z czystym sumieniem polecić ją wszystkim poszukującym swojej drogi medytacyjnej – znajdziecie tam przekrój różnych technik, spośród których każdy wybierze coś dla siebie.

Moja ulubiona medytacja

Ja zakochałam się w medytacji, którą praktykuje się… pod prysznicem. Nie tylko dlatego, że nie potrzeba na nią wygospodarowywać ekstra czasu, ale również dlatego, że działa na wyobraźnię bez większych wysiłków, wizualizacji, etc. Taki medytacyjny konkret – to lubię;)

Medytacja nazywa się Zmyj z siebie codzienną złość, ale ja stosuję ją także do każdej innej emocji i stanu, które dają mi się w danym momencie we znaki. „Zmywam” więc tak z siebie wszelkie napięcia, zniecierpliwienie, poirytowanie, zmęczenie, smutek, niepokój.

Jak wykonywać tę medytację? Oto jakie instrukcje znajdziemy w polecanej przeze mnie lekturze.

  1. Stań pod prysznicem i pozwól gorącej wodzie spływać na ciebie. Przywołaj w myślach jakąś sytuację, która wytrąca cię z równowagi. Pomyśl o tej irytacji jak o brudzie, który uczepił się twojego ciała.
  2. Gdy gorąca woda spływa po twoim ciele, wyobraź sobie, że spłukuje twoje obawy, złość i irytację. Namydlając ciało wyobraź sobie, że oczyszczasz się jednocześnie ze stresu.
  3. Poczuj jak twoje mięśnie się rozluźniają, ciało staje się lżejsze i swobodniejsze, gdy strumień wody masuje twoje barki, plecy i tak dalej.
  4. Rozsmarowując szampon na głowie wyobraź sobie, że w ten sposób usuwasz wszystkie troski i rozdrażnienie z twoich włosów. Poczuj jak twój umysł oczyszcza się i uspokaja, kiedy spłukujesz szampon z włosów.
  5. Wizualizuj wszystkie troski spływające przez odpływ prysznica, jak brudna woda.
  6. Stój pod kojącym strumieniem prysznica tak długo jak zechcesz, aż poczujesz się wolny od złości, niepokoju i poirytowania.
  7. Kiedy poczujesz się gotów, wyjdź spod prysznica i poczuj rozluźnienie i świeżość.

Jestem co prawda przyzwyczajona do oszczędzania wody pod prysznicem, więc nie leję jej non stop, ale w niczym to nie przeszkadza. Zresztą autorzy sami sugerują, że taki „prysznic” można „wziąć” także w myślach, oczyszczając się w ten sposób ze złych emocji w dowolnym momencie;)

Oczywiście to tylko jedna z wielu technik, jakie znajdziecie w „100 najlepszych medytacjach…”. Wspaniałe wydają mi się także np. medytacja Kontroluj swój gniew, w której wyobrażamy sobie czerwone guziki odpowiadające za reagowanie złością i gniewem albo medytacja na poprawę funkcjonowania systemu odpornościowego, w której wizualizuje się neutralizowanie patogenów.

Myślę, że każdy, kto chce poszukać medytacji dopasowanej do jego potrzeb znajdzie coś dla siebie. Na mnie już same opisy działają relaksująco i pomagają pozytywnie myśleć;)

 

[PS. Tekst powstał przy współpracy z księgarnią internetową BookMaster, która udostępniła mi ww. książkę.]

 

 

 

Zmiany, zmiany, zmiany…

Zmiany, zmiany, zmiany…

Ostatnie 2 miesiące przyniosły nam małą życiową rewolucję i w końcu przyszedł czas, żeby podzielić się tymi nowinami z Wami. Tym bardziej, że na blogu siłą rzeczy szykuje się trochę zmian.

Po pierwsze – najważniejsze – w maju powitaliśmy na świecie naszą córeczkę. Ciążowe trudności z pobytem w szpitalu włącznie sprawiły, że postanowiłam zachować tę wiadomość dla siebie jak najdłużej, ale w końcu chcę się z Wami podzielić tą radością. Helenka, bo takie imię wybraliśmy dla naszej córeczki, urodziła się zdrowa, silna i kudłata, robiąc długimi włoskami prawdziwą furorę w szpitalu i wśród naszych bliskich;) Nie będę zanudzać Was ochami i achami na temat mojego dziecka, ale, cóż, jak każdy rodzic mogę powiedzieć jedno: jest cudowna.

Po drugie – wyprowadzamy się z Wrocławia. Plan, żeby do czterdziestki wyprowadzić się z dużego miasta i zamieszkać w jakimś spokojnym, cichym miejscu, postanowiliśmy zrealizować nieco wcześniej. Przyjście na świat Helenki tylko ułatwiło nam podjęcie tej decyzji, bo oboje wolimy wychowywać dziecko w spokojniejszej miejscowości, ze świeżym powietrzem i bliskością natury.

Po trzecie – przyszłość bloga. W związku ze zmianami w moim życiu prywatnym, na blogu też możecie spodziewać się paru zmian. Będę nadal pisać o zdrowym stylu życia w (mniejszym) mieście i poszukiwaniu życiowej równowagi, ale pojawi się też nowa tematyka – związana z rodzicielstwem. Żadna ze mnie ekspertka, nie znajdziecie więc tu porad jak wychowywać dziecko i co trzeba, a czego nie wolno – myślę, że każdy wie, co dla jego dziecka najlepsze. Chcę jednak pisać o tym, co dla mnie ważne - o budowaniu bliskości z dzieckiem, naturalnej pielęgnacji, minimalizowaniu „dzieciowego konsumpcjonizmu” i innych tematach, które pewnie dopiero za jakiś czas staną się moim udziałem.

Muszę też Was uprzedzić, że na razie bedę pewnie miała mało czasu i teksty będą pojawiać się rzadziej i nieregularnie. Za jakiś czas jednak chciałabym popracować nad blogiem jeszcze intensywniej i pomyśleć o jego kierunkach rozwoju.

Mam nadzieję, ze poczekacie:) A tymczasem – serdecznie Was pozdrawiam i życzę lata pełnego radości i witamin!

 

 

Jak oswoić zmianę?

Jak oswoić zmianę?

W niesamowitym filmie „Samsara” jest scena, która szczególnie utkwiła mi w pamięci. Buddyjscy mnisi pracowicie usypują mandalę. W tej pracy liczy się każdy detal, idealna symetria i harmonia kształtów, gra kolorów. Powstaje coś pięknego. Potem kilkoma szybkimi ruchami niszczą ją – z tego małego dzieła sztuki nie zostaje nic oprócz kolorowego pyłu.

Buddyjska symbolika tworzenia i niszczenia mandali bardzo do mojej wyobraźni przemawia. Mandala symbolizująca „okrąg życia i śmierci” pozwala zwizualizować sobie przemijalność rzeczy oraz różnych aspektów życia i może nawet… zacząć taki stan akceptować.

Skąd bierze się niechęć do zmian

Z moich obserwacji wynika, że ludzie często wpadają w pułapkę złudnej stabilizacji. Wydaje nam się, że jakiś dobrze znany schemat zapewni nam poczucie bezpieczeństwa i pełnię szczęścia. A przecież w każdym, wydawałoby się idealnym modelu, jest ogromna przestrzeń na niespodziewane zwroty akcji. Bywają to zmiany trudne i bolesne, rozczarowujące, bywają też okazje i zbiegi okoliczności, które mogą prowadzić do czegoś pozytywnego.

Od jakiegoś czasu w takich okresach staram się przyjrzeć mojemu nastawieniu do zmian, moim przekonaniom. Myślę, że zbyt często bronimy się przed zmianami z zasady albo przez długi, długi czas nie chcemy zaakceptować tego, co już się wydarzyło, rozdrapujemy rany i ciągle coś rozpamiętujemy. A to ogranicza i blokuje jak cholera.

Pozytywne nastawienie do zmian

Osobiście bardzo wierzę w to, że zmiany są potrzebne i mogą wnieść do naszego życia mnóstwo pozytywnej, ożywczej energii – nawet, jeżeli rozpoczynają się od trudności czy rozczarowań.

Aby nastawić się pozytywnie do zmian, czasem wystarczy spojrzeć na życie z nieco innej perspektywy. Ja próbuję robić to kreując wokół siebie – na początku może nawet trochę na siłę – dobrą energię, pozytywne myślenie. Niby banał, ale wiem po sobie, że takie czarowanie rzeczywistości może mieć wielką moc. Oto moje sposoby, chociaż myślę, że każdy powinien szukać metod najbardziej skutecznych dla niego:

1. Regularne praktykowanie wdzięczności

Podziękowanie za to, co mam jest najszybszym znanym mi sposobem na to, aby poczuć się lepiej, nawet gdy ostatnio nie działo się za dobrze. Regularna praktyka natomiast to jeszcze większa siła – nasyca nas dobrymi myślami i siłą nawyku zaczynamy tak myśleć coraz częściej. Pisałam o tym tutaj.

2. Czytanie inspirujących treści

Słowo pisane zawsze było dla mnie ważne i wnosiło wiele w moje życie. W trudniejszych momentach pilnuję, żeby były to pozytywne treści i świadomie unikam ambitnych, ale niepokojących lektur. Ostatnio odkryłam też serwis dobrewiadomosci.net.pl, pełen pozytywnych i podbudowujących historii, w których zmiana często przedstawiana jest jako początek czegoś wspaniałego. Polecam zamiast porannej prasówki z serwisów informacyjnych;)

3. Tworzenie i otaczanie się pozytywnymi symbolami

Lubię mieć w mojej przestrzeni drobne rzeczy, które niosą dla mnie pozytywną energię i którym nieco naiwnie przypisuję różne znaczenia. Znoszę do domu kamienie, rozkwitające gałązki, drukuję i wieszam na ścianach kształty, które w danym momencie coś dla mnie znaczą. Wykonuję też kolorowe mandale, często w jakiejś konkretnej intencji – właśnie w okresach stresu lub dużych zmian produkuję ich najwięcej, bo naprawdę mi to pomaga.

 

Ta wiosna będzie dla mnie pełna zmian, dlatego pozytywne nastawienie do tego procesu zaczynam wdrażać natychmiast. Życzę sobie i Wam akceptacji tego, co jest i co będzie oraz… umiejętności spojrzenia na wszystko z nieco bardziej buddyjskiej perspektywy:)

 

 

7 noworocznych lekcji dla mojego racjonalnego mózgu

7 noworocznych lekcji dla mojego racjonalnego mózgu

Od zawsze jestem typem planera – lubię mieć wszystko ustalone, osadzone na kalendarzu i pod pełną kontrolą. To oznacza, że czasami analizuję zbyt wiele, tworzę w głowie różne scenariusze i chcę czuć się na nie przygotowana. W wielu kwestiach bywam też nieznośną Zosią-samosią – wolę zrobić coś dokładnie tak, jak uważam, że powinno to zostać zrobione, a jeżeli już muszę oddać inicjatywę komuś innemu, nie potrafię powstrzymać się od instrukcji i komentarzy.

Parę tygodni temu życie postanowiło spłatać mi figla, a raczej – dać kilka cennych lekcji, takich, które powinnam zapamiętać na długo. Niespodziewanie – z przyczyn zdrowotnych, o których jeszcze pewnie za jakiś czas napiszę – zostałam unieruchomiona na dobrych kilka tygodni, a kiedy już wydawało się, że jest lepiej, los dał mi kolejnego prztyczka w nos i wylądowałam w szpitalu.

Nie przypuszczałam nawet, że ten czas – mimo że trudny i pełen niepewności oraz stresu – okaże się pod wieloma względami tak bardzo wartościowy.

Lekcja 1

Mimo chęci, nie wszystko w życiu mogę zaplanować

A skoro tak, może nie warto wkładać w to aż tak wiele energii? Zamiast planować wszystko od A do Z, może lepiej skoncentrować się nad tym co „tu i teraz”, a nie na tym, co „być może kiedyś”. I chociaż nadal uważam, że w wielu przedsięwzięciach dobry plan to podstawa, uczę się jednak, że czasami warto pozostawić sprawy własnemu biegowi i po prostu zaufać nurtowi życia.

Lekcja 2

Większość zmartwień, które spędzają mi sen z powiek, w obliczu prawdziwych problemów okazuje się zupełnie nieistotna

Muszę o tym pamiętać, gdy następnym razem przejmę się tak przejściowymi i w zasadzie nieistotnymi sprawami jak pieniądze, formalności urzędowe, nieporozumienia w pracy czy inne. Właściwie to większość z nich – gdy przychodzi co do czego – rozwiązuje się bez mojego udziału albo okazują się nie tak poważne, jak to się wcześniej wydawało. Chcę nauczyć się ustawiać sobie w głowie priorytety, kierując się wartościami, które są dla mnie naprawdę ważne – nie czekając, aż prawdziwe problemy mi o tych priorytetach brutalnie przypomną.

Lekcja 3

Zdrowie własne i bliskich to coś, z czego powinnam cieszyć się każdego dnia

Nie traktować jak oczywistość, ale nauczyć się doceniać i być wdzięczną każdego dnia. W codziennym pędzie trudno jest o tym pamiętać, ale myślę, że ten nawyk warto w sobie pielęgnować. Mój słoik wdzięczności na pewno przyjmie to wyzwanie:)

Lekcja 4

Bliskie osoby, które mam obok siebie, to prawdziwy skarb…

Aż mi się łezka w oku kręci, gdy myślę, ile wsparcia i ciepła dostałam od rodziny i przyjaciół w tych ostatnich tygodniach, jak wspaniale spisał się w tej sytuacji mój mąż, jak potrzebna jest rodzina i przyjaciele. Niby zawsze miałam świadomość tego, że mogę na nich wszystkich liczyć, ale teraz, gdy leżąc w łóżku zdana byłam niemal w 100% na czyjąś pomoc, to przybrało tak realny i znaczący kształt, że nie sposób się nie zachwycić. I nauczyć się tę pomoc przyjmować.

Lekcja 5

… a prawdziwych przyjaciół (i znajomych) faktycznie poznaje się w biedzie

To prawda stara jak świat – problemy weryfikują nasze relacje z innymi ludźmi. I to moja kolejna lekcja: teraz jeszcze bardziej klarowne jest dla mnie to, które znajomości to te prawdziwe, „na dobre i na złe”, o które warto zadbać mocniej, może nawet kosztem innych.

Lekcja 6

Konwencjonalna medycyna to nie jest samo zło

Często tu na tym blogu i w prywatnych rozmowach krytykuję dzisiejszych lekarzy za rutynowe podejście do pacjenta, brak zainteresowania człowiekiem jako całością. W ostatnich tygodniach, nie tylko na własnej skórze, ale też słuchając relacji innych pacjentów w szpitalu, przekonałam się, że takie generalizowanie jest krzywdzące. W wielu przypadkach konwencjonalna medycyna może wiele zdziałać, a lekarze i pielęgniarki bywają aniołami. Słowem – zyskałam cenną, szerszą perspektywę i więcej pokory. Mam nadzieję, że intuicja dobrze mi podpowie, kiedy warto zdać się na lekarzy, kiedy szukać naturalnych metod jako wsparcia, a kiedy – jako alternatywy dla konwencjonalnego leczenia.

Lekcja 7

W trudnych chwilach dobrze móc zaufać „sile wyższej”

Wiara w Boga czy inne formy duchowości to prywatna sprawa każdego z nas, ale moim najbliższym i samej sobie właśnie tego życzę – wiary. W stresującej sytuacji, w warunkach dużej niepewności to prawdziwe błogosławieństwo – móc powierzyć swój problem komuś lub czemuś większemu, mieć nadzieję, że znajdzie się dla nas rozwiązanie i chociaż na chwilę wyciszyć własny umysł.

 

To tyle na dziś, na przywitanie po dłuższej przerwie. Cieszę się z powrotu do pisania, bardzo już za tym tęskniłam. Przede mną jeszcze sporo wyzwań, ale myślę, że teraz będę mogła pisać częściej. Mam nadzieję, że nadal tu jesteście i że dla Was rok rozpoczął się spokojniej, ale równie wartościowo:)

 

 

Wystarczająco – moje nowe „lepiej”

Wystarczająco – moje nowe „lepiej”

Kiedyś wydawało mi się, że wszystko to, co „wystarczające”, ma w sobie jakąś cząstkę bylejakości, smutny kompromis między ideą a rzeczywistością. Coś jak trója na świadectwie – niby dostatecznie, ale jednak sporo poniżej oczekiwań własnych i innych ludzi. Zazwyczaj czułam, że chcę „lepiej”, „wyżej”, „pełniej”, „dalej” – w związkach, w pracy, w codziennym życiu. Moi znajomi do dziś śmieją się z mojego „zróbmy coś fajnego”;)

Ta presja, aby mieć „więcej”, „lepiej” i ciągły niedosyt są chyba zresztą znakami naszych czasów. Konsumpcji wykraczającej poza prawdziwe potrzeby, nieograniczonych niemal możliwości, z którymi w którymś momencie nie wiadomo co zrobić i związanego z tym niepokoju.

Czytam teraz Sztukę szczęścia. Poradnik życia – rozmowy z Dalajlamą. Kolejna książka, która – kropla po kropli – coś zmienia w moim, jakby nie patrzeć, uwarunkowanym umyśle. Wg Dalajlamy przyczyną ciągłego niedosytu jest nasze naturalne dążenie do zadowolenia i stojący temu na przeszkodzie  „umysł porównujący” – tendencja do porównywania naszej sytuacji z przeszłością, z sytuacją innych ludzi. Z jednej strony dobry bodziec do rozwoju, z drugiej – taka pogoń za własnym szczęściem może skończyć się niezłą zadyszką.

Myślę o tym, jak wyrwać się z tego schematu.

Buddyjska koncepcja zakłada „wyzbycie się pragnień”, szukanie spełnienia we własnym, spokojnym umyśle. Ma sens, ale jednocześnie jest szalenie trudne do zrealizowania w naszym społeczeństwie. Czuję zresztą, że jakaś część mnie „chce chcieć”, mierzyć wyżej niż potrzeba, rozwijać się. Również gromadzić to, co dla mnie ważne – nie do końca wpisuję się więc w modny ostatnio nurt minimalizmu (który swoją drogą powoli zaczyna przypominać marketingowy produkt, z tym że stopniowanie teraz następuje w dół: chciejmy „mniej” zamiast „więcej” – ale nie poprzestawajmy na tym, co jest).

Ostatnie doświadczenia moje, moich bliskich kierują mnie w nieco inną stronę. Tam, gdzie jest „wystarczająco”. A czasem tylko ch…, ale stabilnie;) Bez ciągłej presji, że coś trzeba zmienić, udoskonalić, zbudować na nowo.

Jak to rozumiem?

W podejściu do zdrowia – chcę szukać równowagi między tym, co zdrowe, a tym, co komfortowe, kojące. Nie zawsze niestety te dwie rzeczy będą się pokrywać i powoli zaczynam godzić się na to.

Kiedy ponad 3 lata temu okazało się, że mam problemy z tarczycą, do leczenia postanowiłam podejść poważnie i kompleksowo: nie żadne tabletki, tylko zmiana diety, eliminacja wszystkiego, co może niekorzystnie wpływać na tarczycę, oczyszczanie i wsparcie organizmu, a mówiąc ogólnie – prowadzenie zdrowego stylu życia, często bez miejsca na jakiekolwiek odstępstwa.

Chociaż absolutnie nie uważam tego za błąd i cieszę się z wielu moich dobrych nawyków, które zostaną ze mną, mam nadzieję, na zawsze, nie chcę już czuć tej ciągłej presji, że „powinnam” albo „nie powinnam” czegoś jeść, chcieć, robić. Chcę być dla siebie dobra (a więc odżywiać się zdrowo, ćwiczyć), ale z pełną zgodą na odstępstwa, z wyrozumiałością do samej siebie.

W relacjach z innymi ludźmi – chcę godzić się z tym, co jest, nawet jeżeli nie zawsze jest dobrze. Doceniać obecność albo wspomnienie tej obecności i dziękować za to. Bardziej kochać niż myśleć. Nie wymagać więcej niż potrzeba i nie poświęcać się bardziej niż wystarczająco.

W kontekście pracy, bloga – chcę pielęgnować w sobie potrzebę działania, odczuwania satysfakcji z dobrze wykonanego zadania i doceniać samą siebie. Stawiać sobie realne cele i nie blokować ich realizacji nadmiernym perfekcjonizmem. Czasem odpuścić. Pisać wystarczająco często, aby nie stracić wątku, ale też przyjemności.

To „wystarczająco” zawiera także zgodę na przeciętność, pozostawanie w miejscu tak długo, jak będę czuć się w nim komfortowo oraz na trudne doświadczenia, bez których nie można docenić tych dobrych. Zawsze wydawało mi się to strasznym banałem, ale coraz lepiej rozumiem to, że „piękno tkwi w niedoskonałości”.

Wystarczy. Lubię to słowo:)

 

 

3 lekcje radości i… mój słoik wdzięczności

3 lekcje radości i… mój słoik wdzięczności

Początek tego roku okazał się dla mnie i bliskich mi osób niespodziewanie trudny. Aż chce się powiedzieć, że „nieszczęścia chodzą parami”. Ale dzięki tym doświadczeniom uświadomiłam sobie też, jak wiele mam i ilu pozornie oczywistych rzeczy na co dzień najzwyczajniej w świecie nie doceniam, nie cieszę się nimi.

Praktyka wdzięczności

O praktyce wdzięczności napisano już wiele. Do mnie najbardziej trafia to, jak o wdzięczności mówi Brene Brown w jednej ze wspanialszych książek, jakie ostatnio miałam okazję przeczytać - „Z wielką odwagą. Jak odwaga bycia wrażliwym zmienia to, jak żyjemy i kochamy, jakimi jesteśmy rodzicami i jak przewodzimy”.

W oparciu o wieloletnie badania jakościowe, czyli wywiady z setkami kobiet i mężczyzn, Brene rozprawia się ze stereotypami na temat wrażliwości i zachęca do zdobycia się na odwagę bycia wrażliwym. W swojej książce definiuje też 3 lekcje radości, której nieodłączną częścią jest właśnie wdzięczność.

3 lekcje radości według Brene Brown

1. Radość przychodzi do nas w postaci chwil – codziennych chwil. Ryzykujemy utratę radości, gdy jesteśmy zbyt zajęci pogonią za czymś nadzwyczajnym. Kultura niedostatku może napawa nas lękiem przed skromnym, zwykłym życiem, lecz gdy rozmawiasz z osobami, które doświadczyły największej straty, staje się jasne, że radość nie trwa wiecznie. Wszyscy uczestnicy bez wyjątku, którzy opowiadali mi o tym, co utracili i za czym najbardziej tęsknią, mówili o zwykłych, codziennych chwilach. (…)

 

2. Bądź wdzięczny za to, co masz. (…)  Nie traktuj tego, co masz jako coś oczywistego – ciesz się tym. Nie przepraszaj za to, co masz. Bądź wdzięczny za to i dziel się swoją wdzięcznością z innymi.

 

3. Nie trwoń radości. Nie możemy przygotować się na tragedię i stratę. (…) Jednak za każdym razem, gdy pozwalamy sobie zanurzyć się w radości i ulegamy tym momentom, budujemy odporność i pielęgnujemy nadzieję. Radość staje się częścią tego, kim jesteśmy, a gdy dzieje się coś złego – a czasem się dzieje – wtedy stajemy się silniejsi.

Jak pielęgnować w sobie tę radość i wdzięczność?

Sposobów jest wiele. Może to być codzienna modlitwa lub medytacja, pisanie dziennika wdzięczności. Ba, są nawet aplikacje, które mają nam w tym pomóc.

Mi jednak najbardziej spodobał się sposób, o którym przeczytałam pierwszy raz właśnie w książce Brene – słoik wdzięczności. To doskonały symbol całej idei: wdzięczność – regularnie praktykowana – staje się prawdziwym, namacalnym kapitałem, po który możemy sięgnąć zawsze wtedy, gdy tego potrzebujemy.

Słoik wdzięczności – zrób to sam

Wystarczy prosty lub dekoracyjny słoik, który dowolnie przyozdobimy oraz malutkie kartki papieru, na których codziennie będziemy zapisywać nasze małe i duże radości. Jak się okazało, w sieci można znaleźć sporo inspiracji  - wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „gratitude jar”. Poniżej mała próbka - źródła i więcej pomysłów znajdziecie na mojej tablicy na Pinterest.

słoik wdzięczności inspiracje

 

Mój słoik wdzięczności na razie jest obwiązany zwykłym sznurkiem, z jego ozdabianiem poczekam na artystyczną wenę;) Ale jego wnętrze zapełniam już karteczkami i cieszę się z tego jak dziecko, któremu właśnie udało się dorzucić parę groszy do skarbonki:)