Podróże z małym dzieckiem – Góry Izerskie

Podróże z małym dzieckiem – Góry Izerskie

Oboje z mężem bardzo lubimy góry – zanim urodziła się Helenka udało nam się nawet prawie zdobyć Koronę Gór Polski. Prawie, bo na urlopie w Tatrach, gdy mieliśmy zdobyć najwyższy i ostatni szczyt, Rysy, okazało się, że jestem w ciąży, więc odpuściliśmy. Już wtedy zastanawiałam się, kiedy następnym razem będziemy mieli okazję wybrać się w Tatry i czy w ogóle da się chodzić po górach z małym dzieckiem. Z perspektywy rodzica niespełna 9-miesięcznego niemowlaka mogę stwierdzić: da się:) Oczywiście nie polecam zaczynać od Tatr;)

Góry Izerskie z dzieckiem

My na pierwszą małą wyprawę górską z Helenką wybraliśmy się zimą, w nowy rok. Trasa musiała być więc lekka, a powrót w razie niepogody szybki i bezpieczny. Pod tym kątem Góry Izerskie są wręcz idealne. Ze Świeradowa na Stóg Izerski można wjechać wyciągiem z dużą, zamykaną gondolą, która bez problemu pomieści wózek spacerowy. Na górze czekają na nas mało wymagające,  łagodne trasy. Mapy dostępne np. tutaj. W sezonie letnim sporo ludzi jeździ po Izerach rowerami, a zimą na biegówkach, więc naprawdę nie ma tam dużych przewyższeń. Nawet zimą można więc liczyć na całkiem sympatyczny spacer.

Bezpośrednio przy górnej stacji wyciągu jest restauracja, a zaraz obok schronisko „Na Stogu Izerskim”, w których można nakarmić i przewinąć dziecko (przewijak dostępny w damskiej toalecie przy restauracji).

Co warto zabrać

Podstawą jest oczywiście wózek z dobrą amortyzacją. Duże pompowane koła ułatwiają poruszanie się po górach, szczególnie po śniegu. Świetną opcją jest też chusta lub nosidło ergonomiczne, ale według mnie zimą, kiedy podłoże jest śliskie wózek jest bezpieczniejszy (poślizgu rodzica z dzieckiem w chuście wolę sobie nie wyobrażać).

Do rączki wózka – jeżeli nie ma takiego wyposażenia w standardzie – warto przymocować mocną taśmę materiałową czy sznurek, który z drugiej strony przywiązujemy do przegubu naszej dłoni – wtedy wózek nam nie odjedzie w razie potknięcia, etc.

Jak ubrać dziecko? Nam w czasie podróży najlepiej sprawdzają się ubranka z wełny merynosa. Ubieramy w nie małą od stóp do głów – oprócz spodni, koszulki i butów-skarpetek mamy też czapkę, opaskę, szalik i kocyk zrobione przez babcię Helenki. Największą zaletą wełny z merynosa są jej właściwości termiczne: gdy jest zimno grzeje, a gdy ciepło –  chłodzi i dobrze odprowadza wilgoć, więc dziecko mniej się poci nawet mimo zmiennych warunków atmosferycznych. Wadą jest niestety cena, ale tak jak pisałam, część rzeczy można zrobić na drutach czy szydełku i sporo zaoszczędzić.

Nawet jeżeli pogoda jest ładna, to w góry – choćby tak niskie jak Izery – zawsze trzeba wziąć rzeczy na niepogodę. W przypadku malucha są to: cieplejsze ubranie, czapka, szalik, rękawiczki i dodatkowy kocyk, ochronna folia na wózek, a w zależności od pory roku - krem na niepogodę lub przeciwsłoneczny. Przydaje się też termos z ciepłą wodą – zarówno do picia,  jak i w razie potrzeby przemycia rączek i pupy.  O standardowych rzeczach,  jakie zabieramy dla dziecka przy jakimkolwiek wyjeździe oczywiście nie wspomnę, bo to zbyt długa lista;)

Inne atrakcje

My byliśmy na szlaku tylko kilka godzin, bo to nasze rodzinne strony, ale jeżeli w Izerach planujecie dłuższy urlop, wjazd gondolą to tylko jedna z opcji. Można rozpocząć też od Polany Jakuszyckiej, szczególnie ze starszym dzieckiem, które można wozić już na sankach – w sezonie śniegu w Jakuszycach zazwyczaj pod dostatkiem. W cieplejszych miesiącach warto natomiast odwiedzić Chatkę Górzystów znaną z puszystych naleśników z jagodami. W okolicy również nie brakuje atrakcji ciekawych dla dzieci, takich jak Zamek Czocha czy czeski Liberec z aquaparkiem. Zresztą – Góry Izerskie latem to temat na osobny tekst,  a my,  gdy zrobi się ciepło, na pewno jeszcze się tam wybierzemy:)

 

 

Podróże z małym dzieckiem – zapowiedź cyklu

Podróże z małym dzieckiem – zapowiedź cyklu

Początek roku to mój ulubiony czas na snucie marzeń i planów podróżniczych. Ten będzie pod tym kątem wyjątkowy, bo po raz pierwszy planujemy wakacje z Helenką, która w maju skończy roczek. Już podczas pierwszych wyjazdów do dziadków, nad morze i w góry ujawniła zapędy małego podróżnika, mamy zamiar więc pokazać jej już trochę świata (a raczej Polski).

Każdy wyjazd na wakacje wymaga trochę planowania, ale wyjazd z małym dzieckiem to już prawdziwe przedsięwzięcie logistyczne;) Z pierwszych prób wiemy, że dobrze przemyślana lista rzeczy do zabrania, miejsce dobrane do potrzeb i wieku dziecka oraz trochę podróżniczych life-hacków bardzo ułatwiają sprawę. W ramach tego cyklu będę dzielić się naszymi doświadczeniami: dokąd warto pojechać i jak ułatwić sobie podróże z maluchem. W tym roku planujemy podróże po Polsce – jest jeszcze mnóstwo miejsc, które chcielibyśmy odwiedzić, a myślę, że z niemowlakiem łatwiej takie wakacje zorganizować i w razie czego zmodyfikować. Później, kiedy Helenka będzie już bardziej świadoma, pewnie przyjdzie czas na wyjazdy zagraniczne.

Inspiracji do podróżowania z dziećmi nie brakuje – w sieci jest kilkadziesiąt blogów na ten temat. Spory przegląd znajdziecie na chyba najbardziej znanym blogu z tej kategorii The Family Without Borders). O dziwo tych o Polsce jest znacznie mniej, na uwagę zasługują według mnie Mały Podróżnik i Dziecko w drodze.

Znalazłam też ciekawy przewodnik Pascala Polska z dzieckiem, chociaż pisany jest on z myślą o nieco starszych dzieciach (atrakcje podzielone są wg wieku dziecka i zaczynają się od 2 lat).

W sumie fakt – podróżnicze potrzeby rocznego dziecka nie są wygórowane, więc odpowiednie przygotowanie potrzebne jest przede wszystkim dla… komfortu rodziców:) Dla przykładu – nad morzem można wybrać pierwszą lepszą miejscowość, ale dużo przyjemniej spaceruje się, jeżeli na plażę jest wygodne zejście dla wózków lub promenada wzdłuż plaży. W góry bezpieczniej wybrać się gdzieś, gdzie na trasie jest sporo schronisk, a w razie potrzeby można skorzystać z wyciągu, do którego zmieści się spacerówka. W restauracjach takie sprzęty jak przewijak czy krzesełko do karmienia ułatwiają rodzicom życie, a niestety nie wszędzie jest to jeszcze standard. W ramach tego cyklu chcę pisać właśnie o takich miejscach, a także o sprawdzonym ekwipunku dla malutkich podróżnych i innych praktycznych aspektach podróżowania.

Jeżeli znacie warte polecenia miejsca dla rodzin z dziećmi albo ciekawe publikacje i strony na temat podróżowania z niemowlakiem, zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach!

 

 

Superprezenty dla niemowlaka – DIY

Superprezenty dla niemowlaka – DIY

Zbliżają się święta, a więc czas prezentowego szaleństwa. Bez Mikołaja czy Gwiazdora trudno wyobrazić sobie Boże Narodzenie,  a podarunkami najbardziej obsypywane są oczywiście dzieci.

My próbujemy podejść do tematu z rozsądkiem, nie obdarowywać Helenki toną plastikowych zabawek, które zaraz pójdą w kąt, bo ani to ekologiczne, ani wychowawcze. Postanowiliśmy edukować naszą córkę od początku, że w przypadku zabawek mniej może znaczyć więcej. Może w przyszłości będzie umiała oprzeć się presji reklam i rówieśników, aby mieć wszystkiego więcej i więcej. Wybieramy dla niej dobrej jakości zabawki edukacyjne, takie, które posłużą dłużej, najchętniej drewniane.

A ja największą miłością dażę wszystkie zabawki przygotowane własnoręcznie – są ładne, niepowtarzalne i dokładnie takie, jakich dziecko potrzebuje na danym etapie rozwoju.

Oto nasze perełki – zabawki DIY przygotowane przez najbliższych Helenki. Może posłużą Wam jako inspiracja przy wyborze świątecznych prezentów dla Waszych maluchów?

Zabawki DIY dla niemowlaka


1. Kocyk z dobrej jakości włóczki

Prezent piękny i superpraktyczny. My mamy szczęście, bo w rodzinie męża co druga osoba ma talent do robienia na drutach i szydełkowania:) Helenka dostała aż trzy kocyki – cienki letni, grubszy bawełniany na jesień i zimowy z wełny merynosa. Myślę, że posłużą nam lata.

kocyki

2. Zabawki z baloników

Jedną z pierwszych zabawek, jakie dostała Helenka od swojej cioci były baloniki w różnych kolorach. Te czarno-białe służyły już od pierwszych dni jako kontrastowe zawieszki przyciągające wzrok. Kolorowe wykorzystałyśmy jako zabawkę sensoryczną, wsypując do środka trochę mąki.

3. Zabawki zrobione na szydełku

Prawdziwą perełką wśród prezentów z włóczki są różnokolorowe zabawki sensoryczne zrobione przez babcię Helenki:

  • szeleszcząca zawieszka w kształcie gwiazdek z ukrytym w środku celofanem, pod kolor wózka
  • grzechotka-sowa wypchana watą z ziarnami fasoli schowanymi w plastikowym opakowaniu po jaju-niespodziance

zabawki-z-wloczki

4. Gryzak z materiału

Kiedy Helenka zaczęła ząbkować i w ruch poszły gryzaki, zaczęłam szukać alternatyw do plastiku i gumy, z których najczęściej wykonane są te sklepowe. Strzałem w dziesiątkę okazał się gryzak materiałowy – wystarczy upleść go z kawałka bawełnianej lub lnianej tkaniny. Na jednym zawiesiłam też drewniane koraliki. Taki gryzak ma same zalety:

  • wykonany z naturalnego materiału (resztki po mojej bawełnianej bluzce)
  • bardziej przyjazny niż twarde plasikowe, nie podrażnia dziąsełek
  • w najtrudniejszych momentach ząbkowania można go lekko zwilżyć przegotowaną wodą, co przyniesie dziecku dodatkową ulgę

5. Proste zabawki z recyklingu

Od swojej 8-letniej kuzynki Helenka dostała zabawkę, która była naszym hitem podczas pierwszych miesięcy zabaw na macie. To prosty przedmiot wykonany z opakowania po jajku-niespodziance, działający jak wańka-wstańka dzięki umieszczonej w środku plastelinie.

Innym pomysłem są szmatki uszyte z różnych skrawków materiałów, najlepiej takich o wyrazistej teksturze. Naszą ulubioną czarno-białą szmatkę zrobiła zaprzyjaźniona pani krawcowa z resztek po poduszkach.

zabawki-z-recyklingu

6. Dekoracje do dziecięcego pokoju

Jeżeli jesteście uzdolnieni plastycznie tak jak druga z babć Helenki, czyli moja mama, świetnym pomysłem jest podarowanie dziecku własnoręcznie przygotowanego obrazka z wizerunkiem malucha, aniołka czy innym dziecięcym motywem. To również wyjątkowy prezent na chrzest – piękny ażurowy aniołek Helenki, który dostała od cioci cały czas stoi obok łóżeczka małej.

A jeżeli macie mniej czasu lub talentu (jak ja;)), zawsze można wydrukować i oprawić w ramkę gotową grafikę. Darmowe grafiki dziecięce znajdziecie np. na blogu My Pink Plum.

W pokoiku dziecięcym ładnie wyglądają także ozdoby z literek – kartonowych albo uszytych z materiału.

aniolki

7. Drewniany pałąk gimnastyczny

No i nasz kolejny superprezent, tym razem wykonany przez dziadka Helenki – drewniany pałąk gimnastyczny, na którym można zawieszać zabawki, wstążeczki, itp. Według mnie dużo lepsza alternatywa dla gotowych mat edukacyjnych z pałąkami, które często przestymulowują dziecko nadmiarem bodźców. Pomysł o tyle genialny, że można ustawić go właściwie wszędzie: na podłodze, w łóżeczku, przy bujaczku, na łóżku, przy kojcu, etc. Helenka potrafi bawić się sama różnymi zabawkami zawieszonymi na pałąku dobrych kilkanaście minut, a ja mam czas na zrobienie obiadu albo odpoczynek.

Jeżeli nie macie sprzętu albo umiejętności stolarskich, podobny pałąk w rozsądnej cenie można kupić tutaj – namawiam tym bardziej, że robi je mój tato;)

 

Jeżeli denerwuje Was świąteczny konsumpcjonizm, a chcecie podarować dzieciom coś wyjątkowego, bardzo polecam te lub inne prezenty DIY – na pewno przyniosą sporo frajdy i będą niepowtarzalną pamiątką z dziecięcych lat:) Pokażmy dzieciom, że magia świąt to wspólnie spędzony czas, kreatywna zabawa, a nie tony prezentów! 

 

 

W poszukiwaniu nowych smaków – KONKURS

W poszukiwaniu nowych smaków – KONKURS

Moja 7-miesięczna córka poznaje właśnie nowe smaki, inne niż mleko mamy. Rozszerzanie diety traktujemy raczej lekko, nie stosuję jakiegoś sztywnego schematu – najpierw wprowadziliśmy warzywa (marchew, dynia, ziemniak, burak, pietruszka), jabłko, trochę kaszy bez dodatków, a teraz, po kilku tygodniach po prostu daję jej spróbować rzeczy, które sami jemy i do których aż się wyrywa: trochę żółtka, awokado, batata, morele, gruszkę, gotowany szpinak, makaron, itd. Przyznam się, że dzisiaj polizała nawet trochę gorzkiej czekolady, którą zabrała mi z ręki;)

Pewnie nie jest to idealny wzorzec zgodny z zaleceniami ekspertów i „ekspertów”, nie polecam brać z nas przykładu;) Ale przynosi sporo radości i Helence, i nam.  Myślę, że fajnie jest poznawać tak świat i nowe smaki.

Przyznam, że trochę Małej pozazdrościłam tych pierwszych kulinarnych odkryć. A może po prostu odbijam sobie czas ciąży, kiedy albo czegoś nie można, albo nie ma się na to ochoty;) W każdym razie postanowiłam wrócić do kulinarnych eksperymentów i odkrywam na nowo, jaka to świetna sprawa!

Zaczęło się od kiszonych buraków. Pomieszanie z chrzanem smakują wg mnie lepiej niż tradycyjna ćwikła. Mam zamiar spróbować też innych,  mniej typowych kiszonek, takich jak kapusta pekińska czy kiszona marchew. Ostatnio w nowoodkrytym pobliskim gospodarstwie zakupiliśmy pasternak i skorzonerę – piekę je w piekarniku i jestem tymi smakami zachwycona. Poszukuję też nowych dodatków,  np. nigdy wcześniej nie używałam wędzonej papryki czy płatków drożdżowych –  do ich zakupu zachęciły mnie wegańskie przepisy Nowej Jadłonomii i okazało się, że to smakowy strzał w dziesiątkę. No i oczywiście to, co lubię najbardziej, czyli testowanie nowych przepisów na zdrowe słodkości takie jak kuminowe trufle, zdrowa wersja snickersa czy świąteczne ciasteczka pomarańczowe.

Aby odkryć nowe, ciekawe smaki nie trzeba kupować wyszukanych składników – czasem wystarczy zestawić ze sobą dwa zwykłe, często używane produkty,  by stworzyć niespotykane, oryginalne danie. Przykładem jest połączenie smaku jajek i cytryny albo mięty i czosnku.  Kopalnią takich inspiracji jest Leksykon smaków, o którym już pisałam ostatnio.

Jesień i zima to cudowny czas na gotowanie! Wierzę, że jeśli robimy to z miłością i odrobiną kreatywności, ta zwykła czynność wprowadza w codzienne życie trochę magii. A gotowanie przed świętami i unoszące się w kuchni zapachy korzennych przypraw i pomarańczy to najlepsza aromaterapia i psychoterapia w jednym:)

KONKURS – wygraj książkę „Nowa Jadłonomia” Marty Dymek

Jeżeli Wy także lubicie takie kuchenne czarowanie, zapraszam do udziału w konkursie.

Zasady są proste:

1. prześlij własny, autorski przepis na Twoją ulubioną, zaskakującą albo „magiczną” potrawę na adres ika.health.and.the.city@gmail.com

2. autor/ka najciekawszego przepisu otrzyma książkę Nowa Jadłonomia – kontynuację kultowej już książki Marty Dymek, która pełna jest inspiracji do poszerzania kulinarnych horyzontów

Na przepisy czekam do 20 grudnia, a rozstrzygnięcie konkursu nastąpi w ostatni dzień 2017 roku. Zastrzegam sobie możliwość publikacji wybranych przepisów na blogu. Powodzenia!

Edit: 31 grudnia – rozstrzygnięcie konkursu

Łatwo nie było, przesłałyście (same panie!) sporo oryginalnych przepisów, np. na omlet z gazowaną wodą albo potrawy, które mogą zjadać niemowlaki. „Nowa Jadłonomia” trafi do Małgosi, która podzieliła się sekretem na danie rodem z krainy Wikingów. W sezonie grillowym przetestuję i na pewno się tym przepisem podzielę:) Gratuluję!

A wszystkim czytelnikom życzę udanego wieczoru sylwestrowego oraz duuuużo zdrowia i szczęśliwego nowego roku!

 

 

#NieZawszeŁatwo: Karmienie piersią – trudne początki i SNS, metoda, która nas uratowała

#NieZawszeŁatwo: Karmienie piersią – trudne początki i SNS, metoda, która nas uratowała

Karmienie piersią – ta najbardziej pierwotna, wydawałoby się naturalna czynność związana z opieką nad noworodkiem - w pierwszych tygodniach wcale nie przychodzi tak łatwo. Ból brodawek, konieczność regulacji laktacji, uczenie się dziecka i jego potrzeb to jedno. Machina szpitalna z lekarzami i położnymi, którzy proponują dokarmianie dziecka mlekiem modyfikowanym, bo „wyśpi się pani” oraz wszystkich ciotek-dobra-rada, które polecają to samo, bo „płacze i wisi na cycku, na pewno jest głodne” – to drugie. O ile ta pierwsza część jest do przejścia stosunkowo szybko, o tyle uważam, że mity na temat karmienia, pokutujące w całym otoczeniu, od środowiska medycznego po najbliższe grono kobiety, są bardzo szkodliwe i powinno coś się w końcu w tym zakresie zmienić.

Moja historia

Opowiem dzisiaj o moim karmieniu piersią. Nie po to, żeby ponarzekać na personel szpitalny czy środowisko, ale po to, żeby jak najwięcej kobiet usłyszało, że mimo problemów są metody, które mogą pomóc im w naturalnym karmieniu. Bo przypuszczam, że wiele z nas w pierwszych miesiącach rezygnuje z karmienia piersią nie z własnego wyboru, ale pod presją tych wszystkich „głodne jest”, „nie najada się”, „masz za mało pokarmu” lub „pokarm jest za chudy”.

Ustalmy na początek, żeby było jasne: pokarmu na początku może być mało, laktację reguluje dziecko poprzez mechanizm ssania, a mleko produkowane jest na zasadzie popytu i podaży według aktualnych potrzeb dziecka. Tylko kilka procent kobiet ma za mało mleka z przyczyn fizjologicznych/ zdrowotnych. Jeżeli zdarzają się w tym procesie zakłócenia, a matka chce karmić naturalnie, trzeba znaleźć przyczynę, a nie natychmiast podać butlę z mieszanką jako jedyne słuszne rozwiązanie. Niby oczywiste, ale która z nas tam była, wie, że niestety wygląda to zupełnie inaczej.

Kiedy byłam w ciąży, od doświadczonych mam słyszałam wielokrotnie: „karmienie na początku nie jest łatwe”. Wzięłam sobie te słowa do serca i solidnie się do tej lekcji przygotowałam. Lektura fachowych książek (m.in. Warto karmić piersią Magdaleny Nehring-Gugulskiej, którą polecam), blogów opartych na najnowszej wiedzy naukowej (np. Hafija.pl czy Mataja.pl), psychiczne nastawienie na karmienie, a w razie „w” – kontakt do doradcy laktacyjnego. Czułam się przygotowana.

Całą tą pewność wziął szlag jeszcze w szpitalu, gdzie w pierwszej dobie po porodzie po nieco chamskim badaniu piersi usłyszałam, że „mało leci”, a moja przysypiająca przy piersi córka została obudzona przez położną wodą z glukozą! Miało to miejsce we wrocławskim szpitalu przyjaznym matce i dziecku. Potem, kiedy chciałam skonsultować się z innymi położnymi czy lekarką, bo moja córka faktycznie cały czas przysypiała podczas karmienia, usłyszałam tak wiele sprzecznych i często po prostu głupich porad, że skołowana i przerażona, że głodzę własne dziecko, pooddałam się i podałam mleko modyfikowane. Marzyłam tylko, aby wyjść już ze szpitala i ze wsparciem doradcy laktacyjnego zacząć naukę karmienia od nowa.

I rzeczywiście, jeszcze tego samego dnia odwiedziła nas Justyna, założycielka fundacji Mamy Moc. Otrzymaliśmy dużo wsparcia i praktycznych porad – tego nam było trzeba, wystarczyło. Niestety po 2 tygodniach wizyta położnej środowiskowej znowu zburzyła ten spokój – Helenka wolno przybierała na wadze, a akurat tamtego popołudnia dużo płakała. „Głodna, ja bym podała mieszankę” – zawyrokowała położna. Oczywiście nie sprawdziła techniki karmienia, nie słyszała też o czymś takim jak skok rozwojowy i o związanym z nim zwiększonym zapotrzebowaniu na mleko. Po zważeniu dziecka na naszej wadze łazienkowej (!), gdyż swojej dla noworodków nie wzięła, po prostu zrobiła to, co było najłatwiejsze – poleciła mieszankę. Powinnam ją wtedy pogonić z domu, ale cóż, zwątpiłam, czy mam wystarczająco dużo mleka i z płaczem zaczęłam dokarmiać.

Konsultacja z Justyną możliwa była dopiero za kilka dni, ale przez telefon ustaliłyśmy, że nie podaję butelki (dokarmiałam strzykawką) i po każdym karmieniu ściągam pokarm laktatorem. Myślę, że te dwie rady uratowały nasze karmienie. Po dwóch kolejnych konsultacjach u Justyny i neurologopedy okazało się, że mała faktycznie słabiej ssie, zbyt płytko chwyta brodawkę, nadal przysypia. Sprawdzono wędzidełko, otrzymaliśmy zestaw ćwiczeń dla poprawy napięć mięśniowych i porad, jak budzić zasypiające przy karmieniu dziecko. Kontynuowałam dokarmianie, ale już własnym, ściąganym laktatorem mlekiem i z wykorzystaniem metody SNS.

SNS – system wspierający karmienie

Tu parę słów na temat SNS, bo uważam, że ta metoda powinna być szeroko promowana i mamom mającym problem z karmieniem proponowana w pierwszej kolejności.

SNS (supplemental nursing system) to zestaw wspomagający karmienie za pomocą sondy wtykanej dziecku w kącik ust podczas karmienia piersią. W ten sposób podawane może być mleko mamy ściągnięte laktatorem lub mleko sztuczne. W Polsce dostępny jest gotowy zestaw SNS marki Medela, który kosztuje ok. 150 zł, można też taniej wykonać go własnoręcznie, łącząc cewnik dostępny w aptekach i butelkę z nakrętką lub smoczkiem z wykonanym małym otworem na cewnik.

Gdy z różnych przyczyn dokarmianie jest konieczne, SNS ma ogromną przewagę nad innymi metodami: stymuluje laktację i nie zaburza (jak butelka), a wręcz pomaga niemowlęciu ćwiczyć odruch ssania. Myślę też, że nie do przeceniania jest fakt, że przynajmniej część mleka płynie prosto z piersi – z całym dobrodziejstwem przeciwciał, witamin i innych najbardziej wartościowych składników odżywczych.

Oczywiście ta metoda nie jest pozbawiona wad. Po pierwsze, dziecko do niej także może się przyzwyczaić, bo mleko z rurki płynie łatwiej. Po drugie, ze ściąganiem mleka oraz myciem i sterylizowaniem wszystkich części zestawu jest dużo zachodu – to potrafi zajmować kilka godzin dziennie, więc bez wsparcia bliskich ani rusz. Ale korzyści w porównaniu do butelki według mnie są ogromne: utrzymanie laktacji, bliskość z dzieckiem, no i szansa na powrót do w pełni naturalnego karmienia.

Piszę „szansa”, bo w naszym przypadku się na to nie zapowiada: moja córeczka przyzwyczaiła się do łatwej podaży mleka;), a ja z kolei – do wszystkich związanych z tym czynności. Na początku mówiłam, że postaram się wytrzymać tak 3 pierwsze miesiące, teraz karmimy się już prawie pół roku, a po wprowadzeniu stałych pokarmów – zobaczymy jak będzie dalej.

Zwykle ściągam pokarm 5 razy dziennie po 20 minut, z małym zapasem na dni, w których wypadają wyjazdy, goście, etc. I chociaż nie jest łatwo, cieszę się, że Helenka dostaje moje mleko, laktacja daje radę, a ja jestem spokojna (chociaż z przyzwyczajenia regularnie kontroluję wagę małej). No i jeszcze jedno, czego zazdroszczę mamom karmiącym w pełni naturalnie: w przypadku dużego głodu podczas wyjść czy wyjazdów jestem w stanie nakarmić dziecko z piersi bez wożenia ze sobą mleka, butelek, etc. U nas jednak takie karmienie jest tylko „awaryjne”, a metoda SNS wspiera większość karmień – dzięki temu wiem, że mała najada się, przybiera na wadze i dobrze się rozwija. Jestem pewna, że bez SNS nasza przygoda z karmieniem naturalnym zakończyłaby się dużo wcześniej. 

Ciekawa jestem, czy u Was karmienie piersią przyszło naturalnie i bez większych problemów. A jeśli nie, czy spotkałyście się z metodą SNS? Mam wrażenie, że w Polsce wciąż niewiele się o niej mówi, w szpitalach chyba w ogóle. Podrzucam jeszcze bardzo ciekawy artykuł – relację innej mamy, która karmi w ten sposób oraz filmik, na którym widać, jak to działa.

Wśród personelu medycznego pewnie jeszcze długo dokarmianie mlekiem modyfikowanym będzie na porządku dziennym, nie wnikam nawet dlaczego. Ale jeżeli my, kobiety, będziemy odpowiednio wyedukowane i przygotowane na ewentualne trudności, możemy uniknąć tych niedźwiedzich przysług i porad przekreślających szanse na naturalne karmienie. Jeśli kobieta chce karmić, a pojawiają się jakiekolwiek problemy, warto skorzystać z porady doświadczonego doradcy laktacyjnego, którego wiedza na temat laktacji będzie znacznie bardziej aktualna niż to, co możemy usłyszeć w szpitalach. Dla zainteresowanych - tutaj lista certyfikowanych doradców laktacyjnych i promotorów karmienia piersią.

A na zakończenie – małe przypomnienie, dlaczego o karmienie piersią warto powalczyć, czyli co sprawia, że mleko matki jest takie wyjątkowe – zajrzyjcie tutaj.

 

 

#NieZawszeŁatwo: Kiedy w ciąży trzeba leżeć…

#NieZawszeŁatwo: Kiedy w ciąży trzeba leżeć…

Zawsze wyobrażałam sobie ciążę jako okres, w którym kobieta pozostaje aktywna – zawodowo, towarzysko, sportowo, mentalnie. Planowałam, że dla mnie będzie to czas przygotowań w sferze fizycznej (uporządkowanie wszystkich projektów zawodowych, przygotowanie mieszkania, wyjazd na małe wakacje z mężem, ćwiczenia przygotowujące do porodu) i sferze duchowej (czytanie mądrych książek, dużo relaksu i troski o siebie samą, wyciszanie się i kontemplowanie tej nadchodzącej wielkiej życiowej zmiany).

Wierzcie mi, osoba taka jak ja, lubiąca mieć wszystko pod kontrolą, znajdzie sobie na tym etapie życia całe mnóstwo „to do”;)

Ciąża to nie choroba?

Myślę, że spory wpływ na moją postawę w tej kwestii miała powtarzana przez wszystkich wokół opinia, że „ciąża to nie choroba”. Przecież kobiety rodzą od zawsze, nie ma co się ze sobą szczypać, w końcu nasze babki pracowały w polu do ostatnich tygodni, a koleżanka X pojechała na porodówkę prosto z biura, w taksówce negocjując jeszcze ostatni kontrakt z klientem!

Och, jak bardzo szlag mnie trafia jak słyszę teraz takie teksty!

Każda z nas jest inna, nasze organizmy różnie znoszą ciążową rewolucję hormonalną i nikt nie ma prawa tego oceniać – poszła za na zwolnienie za szybko/ za poźno, przytyła za dużo/ za mało, dbała o zdrowie niewystarczająco/ aż do przesady. Nie róbmy sobie tego, nie oceniajmy innych kobiet, bo ciąża i bez tego bywa trudna. Szczególnie gdy dzieje się coś nie tak…

Moja historia

Choć rzadko piszę tak osobiste teksty, w ramach cyklu #NieZawszeŁatwo postanowiłam podzielić się moją historią, bo wiem, jak dużo otuchy dodawały mi takie opowieści kiedy od lekarza usłyszałam „dla dobra ciąży musi pani leżeć”. Ale od początku…

W I trymestrze wszystko było wspaniale: pierwszego dnia urlopu w Tatrach zrobiłam test ciążowy i ta wiadomość zaczarowała nam tę podróż. Byliśmy z moim mężem zaskoczeni i szczęśliwi, a planowaną wyprawę na Rysy bez żalu zamieniliśmy na spacery po tatrzańskich dolinach. Po powrocie pierwsza wizyta u lekarza, potem kolejne, bardzo dobre wyniki badań, ogłaszanie nowiny najbliższym i dużo, dużo radości. Może z wyjątkiem małych zawirowań na tle zawodowym, czułam się spokojna. Nie miałam przykrych dolegliwości ciążowych, ćwiczyłam i gotowałam zdrowe pyszności.

Nagle w II trymestrze cały ten spokój wyparował. Z krwawieniem wylądowaliśmy na ostrym dyżurze. Tego stresu nie sposób opisać i nikomu nie życzę, żeby to przeżywał – to już nie tylko obawa o własne zdrowie, ale strach o tego małego człowieczka, do którego już zdążyliśmy się przywiązać. W szpitalu brak diagnozy, na szczęście z dzieckiem wszystko ok.

Niestety to nie epizod, plamię dalej. Może łożysko, może krwiak, może coś z szyjką macicy – ale pewności lekarze nie mają, bo podczas badań nie widać źródła krwawień. Na wszelki wypadek dostaję nakaz leżenia – mogę wstać do toalety, pod prysznic, podgrzać obiad, ale ogólnie leżeć jak najwięcej. Może się wydawać, że to nic strasznego – ot, poleżę sobie, poczytam ksiażki, nadrobię zaległości filmowe, a kochany mąż ogarnie mieszkanie, zakupy i obiady – nic tylko korzystać z tego przymusowego urlopu od obowiązków.

Dla mnie to był jednak niesamowicie trudny czas. Fizycznie jeszcze do udźwignięcia, chociaż niełatwo tak nagle przestać się ruszać, kręgosłup zaczął boleć już po paru dniach leżenia. Znacznie gorzej było u mnie z psychiką – przepełniał mnie lęk i poczucie, że mój organizm zawiódł, a ja na dodatek nie wychwyciłam żadnych znaków. Może powinnam bardziej się oszczędzać, może coś zaniedbałam… Nagle zaczęłam wsłuchiwać się w swoje ciało i wszelkie zmiany były dla mnie powodem do lęku.

Oswojenie tej sytuacji nie było łatwe, tym bardziej, że ciągle miałam plamienia, na dodatek przyplątała się jakaś infekcja. Starałam się myśleć pozytywnie, ale coś ciągle ten spokój burzyło. Tym bardziej, że diagnoza nadal nie była znana.

A gdy zdążyłam się już nieco uspokoić, pojawiło się kolejne większe krwawienie, znowu IP i decyzja lekarza: zostaję w szpitalu na obserwacji. Do poprzednich lęków doszedł stres związany z samym pobytem w szpitalu (dla mnie to był pierwszy raz w życiu, nie licząc moich narodzin).

Rzeczywistość na szczęście okazała się nie tak straszna jak moje wyobrażenia, a wszystkie najgorsze scenariusze zostały wyeliminowane (moje problemy wynikały najprawdopodobniej ze zmian hormonalnych). Jak wiecie, wszystko skończyło się dobrze, urodziłam zdrową i silną córeczkę, jednak ten strach o jej zdrowie będę jeszcze długo pamiętać.

Jednym z trudniejszych aspektów ciąży, w której pojawiają się komplikacje jest wg mnie mechanizm, który blokuje nawiązywanie więzi z dzieckiem. Na czas problemów wyłączyłam myślenie o przyszłości, snucie planów, nie mogłam czytać o macierzyństwie, rozmawiać o wyprawkach – chciało mi się wtedy tylko płakać. Chyba za bardzo bałam się, że mogę to utracić, a wtedy jeszcze trudniej będzie się pozbierać.

Dopiero po jakimś czasie stopniowo nauczyłam się na nowo cieszyć ciążą, przestałam bać się rozmawiać z dzieckiem i bez obaw głaskać rosnący brzuszek.

Nie mam zamiaru dawać tu nikomu rad jak przetrwać ciążę na leżąco, bo każda historia jest inna, a każda z nas reaguje inaczej i potrzebuje w takiej sytuacji czegoś innego. Wspomnę tylko o jednym: żeby być dla siebie bezwarunkowo dobrą i nie obciążać się niepotrzebnymi wyrzutami sumienia albo myśleniem, że miało być inaczej. Czasem jest jak jest i nie mamy na to żadnego wpływu. I chociaż w trakcie trudności trudno złapać inną perspektywę, często po czasie okazuje się, że wszystko to miało ukryty sens i wartość…

Co może przydać się podczas leżenia w ciąży

A z bardziej praktycznej strony, na czas leżenia czy polegiwania podczas ciąży mogę polecić parę rzeczy, które to leżenie ułatwią lub uprzyjemnią:

1. Poduszka ciążowa – ja mam taką w kształcie litery C od polskiego producenta SuperMami i myślę, że bez niej moje biodra i kręgosłup byłyby biedne. W ciąży używałam jej codziennie, a teraz służy jako kojec dla małej.

2. Ładna piżama – żeby czuć się chociaż trochę lepiej mimo sytuacji.

3. Pozytywne książki – pierwotnie miałam zamiar nadrobić zaległe ambitne lektury, ale okazało się, że lepszym pomysłem jest pozytywna, ciepła, kobieca literatura. Ja połykałam książki Fannie Flagg, Małgorzaty Musierowicz, Katarzyny Grocholi. Pozytywnie – w przeciwieństwie do informacji dostępnych w internecie – nastrajał mnie też poradnik „W oczekiwaniu na dziecko”.

4. Ładny notes, kolorowanki dla dorosłych i flamastry – żeby móc zająć się czymś kreatywnym albo „wypisać” złe myśli z głowy.

5. Telefon z internetem, ale z ograniczeniami – wiadomo, że w internecie szukamy informacji, ale w ciąży polecam omijać szerokim łukiem fora internetowe z opisami dolegliwości i przerażającymi diagnozami stawianymi sobie nawzajem przez użytkowników. Od tego jest lekarz. Za to polecam pozytywne blogi typu Manufaktura Radości, a jak ktoś lubi – mantry, słuchowiska, nagrania relaksacyjne na YouTube.

Jeżeli czytają mnie „leżące mamy”, zapraszam do podzielenia się Waszymi historiami, może kogos podtrzymają na duchu. A wszystkim oczekującym życzę jak najmniej trosk, dużo spokoju i pogody ducha.