#NieZawszeŁatwo: Karmienie piersią – trudne początki i SNS, metoda, która nas uratowała

#NieZawszeŁatwo: Karmienie piersią – trudne początki i SNS, metoda, która nas uratowała

Karmienie piersią – ta najbardziej pierwotna, wydawałoby się naturalna czynność związana z opieką nad noworodkiem - w pierwszych tygodniach wcale nie przychodzi tak łatwo. Ból brodawek, konieczność regulacji laktacji, uczenie się dziecka i jego potrzeb to jedno. Machina szpitalna z lekarzami i położnymi, którzy proponują dokarmianie dziecka mlekiem modyfikowanym, bo „wyśpi się pani” oraz wszystkich ciotek-dobra-rada, które polecają to samo, bo „płacze i wisi na cycku, na pewno jest głodne” – to drugie. O ile ta pierwsza część jest do przejścia stosunkowo szybko, o tyle uważam, że mity na temat karmienia, pokutujące w całym otoczeniu, od środowiska medycznego po najbliższe grono kobiety, są bardzo szkodliwe i powinno coś się w końcu w tym zakresie zmienić.

Moja historia

Opowiem dzisiaj o moim karmieniu piersią. Nie po to, żeby ponarzekać na personel szpitalny czy środowisko, ale po to, żeby jak najwięcej kobiet usłyszało, że mimo problemów są metody, które mogą pomóc im w naturalnym karmieniu. Bo przypuszczam, że wiele z nas w pierwszych miesiącach rezygnuje z karmienia piersią nie z własnego wyboru, ale pod presją tych wszystkich „głodne jest”, „nie najada się”, „masz za mało pokarmu” lub „pokarm jest za chudy”.

Ustalmy na początek, żeby było jasne: pokarmu na początku może być mało, laktację reguluje dziecko poprzez mechanizm ssania, a mleko produkowane jest na zasadzie popytu i podaży według aktualnych potrzeb dziecka. Tylko kilka procent kobiet ma za mało mleka z przyczyn fizjologicznych/ zdrowotnych. Jeżeli zdarzają się w tym procesie zakłócenia, a matka chce karmić naturalnie, trzeba znaleźć przyczynę, a nie natychmiast podać butlę z mieszanką jako jedyne słuszne rozwiązanie. Niby oczywiste, ale która z nas tam była, wie, że niestety wygląda to zupełnie inaczej.

Kiedy byłam w ciąży, od doświadczonych mam słyszałam wielokrotnie: „karmienie na początku nie jest łatwe”. Wzięłam sobie te słowa do serca i solidnie się do tej lekcji przygotowałam. Lektura fachowych książek (m.in. Warto karmić piersią Magdaleny Nehring-Gugulskiej, którą polecam), blogów opartych na najnowszej wiedzy naukowej (np. Hafija.pl czy Mataja.pl), psychiczne nastawienie na karmienie, a w razie „w” – kontakt do doradcy laktacyjnego. Czułam się przygotowana.

Całą tą pewność wziął szlag jeszcze w szpitalu, gdzie w pierwszej dobie po porodzie po nieco chamskim badaniu piersi usłyszałam, że „mało leci”, a moja przysypiająca przy piersi córka została obudzona przez położną wodą z glukozą! Miało to miejsce we wrocławskim szpitalu przyjaznym matce i dziecku. Potem, kiedy chciałam skonsultować się z innymi położnymi czy lekarką, bo moja córka faktycznie cały czas przysypiała podczas karmienia, usłyszałam tak wiele sprzecznych i często po prostu głupich porad, że skołowana i przerażona, że głodzę własne dziecko, pooddałam się i podałam mleko modyfikowane. Marzyłam tylko, aby wyjść już ze szpitala i ze wsparciem doradcy laktacyjnego zacząć naukę karmienia od nowa.

I rzeczywiście, jeszcze tego samego dnia odwiedziła nas Justyna, założycielka fundacji Mamy Moc. Otrzymaliśmy dużo wsparcia i praktycznych porad – tego nam było trzeba, wystarczyło. Niestety po 2 tygodniach wizyta położnej środowiskowej znowu zburzyła ten spokój – Helenka wolno przybierała na wadze, a akurat tamtego popołudnia dużo płakała. „Głodna, ja bym podała mieszankę” – zawyrokowała położna. Oczywiście nie sprawdziła techniki karmienia, nie słyszała też o czymś takim jak skok rozwojowy i o związanym z nim zwiększonym zapotrzebowaniu na mleko. Po zważeniu dziecka na naszej wadze łazienkowej (!), gdyż swojej dla noworodków nie wzięła, po prostu zrobiła to, co było najłatwiejsze – poleciła mieszankę. Powinnam ją wtedy pogonić z domu, ale cóż, zwątpiłam, czy mam wystarczająco dużo mleka i z płaczem zaczęłam dokarmiać.

Konsultacja z Justyną możliwa była dopiero za kilka dni, ale przez telefon ustaliłyśmy, że nie podaję butelki (dokarmiałam strzykawką) i po każdym karmieniu ściągam pokarm laktatorem. Myślę, że te dwie rady uratowały nasze karmienie. Po dwóch kolejnych konsultacjach u Justyny i neurologopedy okazało się, że mała faktycznie słabiej ssie, zbyt płytko chwyta brodawkę, nadal przysypia. Sprawdzono wędzidełko, otrzymaliśmy zestaw ćwiczeń dla poprawy napięć mięśniowych i porad, jak budzić zasypiające przy karmieniu dziecko. Kontynuowałam dokarmianie, ale już własnym, ściąganym laktatorem mlekiem i z wykorzystaniem metody SNS.

SNS – system wspierający karmienie

Tu parę słów na temat SNS, bo uważam, że ta metoda powinna być szeroko promowana i mamom mającym problem z karmieniem proponowana w pierwszej kolejności.

SNS (supplemental nursing system) to zestaw wspomagający karmienie za pomocą sondy wtykanej dziecku w kącik ust podczas karmienia piersią. W ten sposób podawane może być mleko mamy ściągnięte laktatorem lub mleko sztuczne. W Polsce dostępny jest gotowy zestaw SNS marki Medela, który kosztuje ok. 150 zł, można też taniej wykonać go własnoręcznie, łącząc cewnik dostępny w aptekach i butelkę z nakrętką lub smoczkiem z wykonanym małym otworem na cewnik.

Gdy z różnych przyczyn dokarmianie jest konieczne, SNS ma ogromną przewagę nad innymi metodami: stymuluje laktację i nie zaburza (jak butelka), a wręcz pomaga niemowlęciu ćwiczyć odruch ssania. Myślę też, że nie do przeceniania jest fakt, że przynajmniej część mleka płynie prosto z piersi – z całym dobrodziejstwem przeciwciał, witamin i innych najbardziej wartościowych składników odżywczych.

Oczywiście ta metoda nie jest pozbawiona wad. Po pierwsze, dziecko do niej także może się przyzwyczaić, bo mleko z rurki płynie łatwiej. Po drugie, ze ściąganiem mleka oraz myciem i sterylizowaniem wszystkich części zestawu jest dużo zachodu – to potrafi zajmować kilka godzin dziennie, więc bez wsparcia bliskich ani rusz. Ale korzyści w porównaniu do butelki według mnie są ogromne: utrzymanie laktacji, bliskość z dzieckiem, no i szansa na powrót do w pełni naturalnego karmienia.

Piszę „szansa”, bo w naszym przypadku się na to nie zapowiada: moja córeczka przyzwyczaiła się do łatwej podaży mleka;), a ja z kolei – do wszystkich związanych z tym czynności. Na początku mówiłam, że postaram się wytrzymać tak 3 pierwsze miesiące, teraz karmimy się już prawie pół roku, a po wprowadzeniu stałych pokarmów – zobaczymy jak będzie dalej.

Zwykle ściągam pokarm 5 razy dziennie po 20 minut, z małym zapasem na dni, w których wypadają wyjazdy, goście, etc. I chociaż nie jest łatwo, cieszę się, że Helenka dostaje moje mleko, laktacja daje radę, a ja jestem spokojna (chociaż z przyzwyczajenia regularnie kontroluję wagę małej). No i jeszcze jedno, czego zazdroszczę mamom karmiącym w pełni naturalnie: w przypadku dużego głodu podczas wyjść czy wyjazdów jestem w stanie nakarmić dziecko z piersi bez wożenia ze sobą mleka, butelek, etc. U nas jednak takie karmienie jest tylko „awaryjne”, a metoda SNS wspiera większość karmień – dzięki temu wiem, że mała najada się, przybiera na wadze i dobrze się rozwija. Jestem pewna, że bez SNS nasza przygoda z karmieniem naturalnym zakończyłaby się dużo wcześniej. 

Ciekawa jestem, czy u Was karmienie piersią przyszło naturalnie i bez większych problemów. A jeśli nie, czy spotkałyście się z metodą SNS? Mam wrażenie, że w Polsce wciąż niewiele się o niej mówi, w szpitalach chyba w ogóle. Podrzucam jeszcze bardzo ciekawy artykuł – relację innej mamy, która karmi w ten sposób oraz filmik, na którym widać, jak to działa.

Wśród personelu medycznego pewnie jeszcze długo dokarmianie mlekiem modyfikowanym będzie na porządku dziennym, nie wnikam nawet dlaczego. Ale jeżeli my, kobiety, będziemy odpowiednio wyedukowane i przygotowane na ewentualne trudności, możemy uniknąć tych niedźwiedzich przysług i porad przekreślających szanse na naturalne karmienie. Jeśli kobieta chce karmić, a pojawiają się jakiekolwiek problemy, warto skorzystać z porady doświadczonego doradcy laktacyjnego, którego wiedza na temat laktacji będzie znacznie bardziej aktualna niż to, co możemy usłyszeć w szpitalach. Dla zainteresowanych - tutaj lista certyfikowanych doradców laktacyjnych i promotorów karmienia piersią.

A na zakończenie – małe przypomnienie, dlaczego o karmienie piersią warto powalczyć, czyli co sprawia, że mleko matki jest takie wyjątkowe – zajrzyjcie tutaj.

 

 

#NieZawszeŁatwo: Kiedy w ciąży trzeba leżeć…

#NieZawszeŁatwo: Kiedy w ciąży trzeba leżeć…

Zawsze wyobrażałam sobie ciążę jako okres, w którym kobieta pozostaje aktywna – zawodowo, towarzysko, sportowo, mentalnie. Planowałam, że dla mnie będzie to czas przygotowań w sferze fizycznej (uporządkowanie wszystkich projektów zawodowych, przygotowanie mieszkania, wyjazd na małe wakacje z mężem, ćwiczenia przygotowujące do porodu) i sferze duchowej (czytanie mądrych książek, dużo relaksu i troski o siebie samą, wyciszanie się i kontemplowanie tej nadchodzącej wielkiej życiowej zmiany).

Wierzcie mi, osoba taka jak ja, lubiąca mieć wszystko pod kontrolą, znajdzie sobie na tym etapie życia całe mnóstwo „to do”;)

Ciąża to nie choroba?

Myślę, że spory wpływ na moją postawę w tej kwestii miała powtarzana przez wszystkich wokół opinia, że „ciąża to nie choroba”. Przecież kobiety rodzą od zawsze, nie ma co się ze sobą szczypać, w końcu nasze babki pracowały w polu do ostatnich tygodni, a koleżanka X pojechała na porodówkę prosto z biura, w taksówce negocjując jeszcze ostatni kontrakt z klientem!

Och, jak bardzo szlag mnie trafia jak słyszę teraz takie teksty!

Każda z nas jest inna, nasze organizmy różnie znoszą ciążową rewolucję hormonalną i nikt nie ma prawa tego oceniać – poszła za na zwolnienie za szybko/ za poźno, przytyła za dużo/ za mało, dbała o zdrowie niewystarczająco/ aż do przesady. Nie róbmy sobie tego, nie oceniajmy innych kobiet, bo ciąża i bez tego bywa trudna. Szczególnie gdy dzieje się coś nie tak…

Moja historia

Choć rzadko piszę tak osobiste teksty, w ramach cyklu #NieZawszeŁatwo postanowiłam podzielić się moją historią, bo wiem, jak dużo otuchy dodawały mi takie opowieści kiedy od lekarza usłyszałam „dla dobra ciąży musi pani leżeć”. Ale od początku…

W I trymestrze wszystko było wspaniale: pierwszego dnia urlopu w Tatrach zrobiłam test ciążowy i ta wiadomość zaczarowała nam tę podróż. Byliśmy z moim mężem zaskoczeni i szczęśliwi, a planowaną wyprawę na Rysy bez żalu zamieniliśmy na spacery po tatrzańskich dolinach. Po powrocie pierwsza wizyta u lekarza, potem kolejne, bardzo dobre wyniki badań, ogłaszanie nowiny najbliższym i dużo, dużo radości. Może z wyjątkiem małych zawirowań na tle zawodowym, czułam się spokojna. Nie miałam przykrych dolegliwości ciążowych, ćwiczyłam i gotowałam zdrowe pyszności.

Nagle w II trymestrze cały ten spokój wyparował. Z krwawieniem wylądowaliśmy na ostrym dyżurze. Tego stresu nie sposób opisać i nikomu nie życzę, żeby to przeżywał – to już nie tylko obawa o własne zdrowie, ale strach o tego małego człowieczka, do którego już zdążyliśmy się przywiązać. W szpitalu brak diagnozy, na szczęście z dzieckiem wszystko ok.

Niestety to nie epizod, plamię dalej. Może łożysko, może krwiak, może coś z szyjką macicy – ale pewności lekarze nie mają, bo podczas badań nie widać źródła krwawień. Na wszelki wypadek dostaję nakaz leżenia – mogę wstać do toalety, pod prysznic, podgrzać obiad, ale ogólnie leżeć jak najwięcej. Może się wydawać, że to nic strasznego – ot, poleżę sobie, poczytam ksiażki, nadrobię zaległości filmowe, a kochany mąż ogarnie mieszkanie, zakupy i obiady – nic tylko korzystać z tego przymusowego urlopu od obowiązków.

Dla mnie to był jednak niesamowicie trudny czas. Fizycznie jeszcze do udźwignięcia, chociaż niełatwo tak nagle przestać się ruszać, kręgosłup zaczął boleć już po paru dniach leżenia. Znacznie gorzej było u mnie z psychiką – przepełniał mnie lęk i poczucie, że mój organizm zawiódł, a ja na dodatek nie wychwyciłam żadnych znaków. Może powinnam bardziej się oszczędzać, może coś zaniedbałam… Nagle zaczęłam wsłuchiwać się w swoje ciało i wszelkie zmiany były dla mnie powodem do lęku.

Oswojenie tej sytuacji nie było łatwe, tym bardziej, że ciągle miałam plamienia, na dodatek przyplątała się jakaś infekcja. Starałam się myśleć pozytywnie, ale coś ciągle ten spokój burzyło. Tym bardziej, że diagnoza nadal nie była znana.

A gdy zdążyłam się już nieco uspokoić, pojawiło się kolejne większe krwawienie, znowu IP i decyzja lekarza: zostaję w szpitalu na obserwacji. Do poprzednich lęków doszedł stres związany z samym pobytem w szpitalu (dla mnie to był pierwszy raz w życiu, nie licząc moich narodzin).

Rzeczywistość na szczęście okazała się nie tak straszna jak moje wyobrażenia, a wszystkie najgorsze scenariusze zostały wyeliminowane (moje problemy wynikały najprawdopodobniej ze zmian hormonalnych). Jak wiecie, wszystko skończyło się dobrze, urodziłam zdrową i silną córeczkę, jednak ten strach o jej zdrowie będę jeszcze długo pamiętać.

Jednym z trudniejszych aspektów ciąży, w której pojawiają się komplikacje jest wg mnie mechanizm, który blokuje nawiązywanie więzi z dzieckiem. Na czas problemów wyłączyłam myślenie o przyszłości, snucie planów, nie mogłam czytać o macierzyństwie, rozmawiać o wyprawkach – chciało mi się wtedy tylko płakać. Chyba za bardzo bałam się, że mogę to utracić, a wtedy jeszcze trudniej będzie się pozbierać.

Dopiero po jakimś czasie stopniowo nauczyłam się na nowo cieszyć ciążą, przestałam bać się rozmawiać z dzieckiem i bez obaw głaskać rosnący brzuszek.

Nie mam zamiaru dawać tu nikomu rad jak przetrwać ciążę na leżąco, bo każda historia jest inna, a każda z nas reaguje inaczej i potrzebuje w takiej sytuacji czegoś innego. Wspomnę tylko o jednym: żeby być dla siebie bezwarunkowo dobrą i nie obciążać się niepotrzebnymi wyrzutami sumienia albo myśleniem, że miało być inaczej. Czasem jest jak jest i nie mamy na to żadnego wpływu. I chociaż w trakcie trudności trudno złapać inną perspektywę, często po czasie okazuje się, że wszystko to miało ukryty sens i wartość…

Co może przydać się podczas leżenia w ciąży

A z bardziej praktycznej strony, na czas leżenia czy polegiwania podczas ciąży mogę polecić parę rzeczy, które to leżenie ułatwią lub uprzyjemnią:

1. Poduszka ciążowa – ja mam taką w kształcie litery C od polskiego producenta SuperMami i myślę, że bez niej moje biodra i kręgosłup byłyby biedne. W ciąży używałam jej codziennie, a teraz służy jako kojec dla małej.

2. Ładna piżama – żeby czuć się chociaż trochę lepiej mimo sytuacji.

3. Pozytywne książki – pierwotnie miałam zamiar nadrobić zaległe ambitne lektury, ale okazało się, że lepszym pomysłem jest pozytywna, ciepła, kobieca literatura. Ja połykałam książki Fannie Flagg, Małgorzaty Musierowicz, Katarzyny Grocholi. Pozytywnie – w przeciwieństwie do informacji dostępnych w internecie – nastrajał mnie też poradnik „W oczekiwaniu na dziecko”.

4. Ładny notes, kolorowanki dla dorosłych i flamastry – żeby móc zająć się czymś kreatywnym albo „wypisać” złe myśli z głowy.

5. Telefon z internetem, ale z ograniczeniami – wiadomo, że w internecie szukamy informacji, ale w ciąży polecam omijać szerokim łukiem fora internetowe z opisami dolegliwości i przerażającymi diagnozami stawianymi sobie nawzajem przez użytkowników. Od tego jest lekarz. Za to polecam pozytywne blogi typu Manufaktura Radości, a jak ktoś lubi – mantry, słuchowiska, nagrania relaksacyjne na YouTube.

Jeżeli czytają mnie „leżące mamy”, zapraszam do podzielenia się Waszymi historiami, może kogos podtrzymają na duchu. A wszystkim oczekującym życzę jak najmniej trosk, dużo spokoju i pogody ducha.

 

 

#NieZawszeŁatwo, czyli o rodzicielskich wyzwaniach

#NieZawszeŁatwo, czyli o rodzicielskich wyzwaniach

Mam uczulenie na słowo „parenting”. Zawiera ono w sobie jakiś taki obcy mi ładunek emocjonalny, kojarzy się z instagramowymi zdjęciami dzieci w pięknych ubrankach, otoczonych designerskimi zabawkami, którymi niekoniecznie fajnie się pobawić. Ewentualnie w drugą stronę – „macierzyństwo bez lukru” przedstawiane jest jako wieczne niewyspanie, zmęczenie i pasmo poświęceń.

Lubię za to słowo „rodzicielstwo”. Jest w nim codzienna zwyczajność, ale też wielka dawka emocji. Różnych. Jest 5.oo, czuję się niezbyt wyspana po nocnym maratonie karmienia, ale patrzę na moją śpiącą spokojnie córkę i czuję, że tak ma być, że to takie normalne, prawdziwe i że warto. Daję sobie prawo do różnych uczuć, także do zmęczenia, znużenia, czasem nawet do złości, ale w pakiecie dostaję też mnóstwo radości i miłość, jakiej jeszcze nie znałam.

Nie chcę tworzyć kolejnego bloga „parentingowego”, bo takich w sieci pełno i cały ten „rodzinny lifestyle” niespecjalnie mnie interesuje, bo przecież u każdego z nas wygląda to inaczej. Nie chcę też udzielać złotych rad i dawać jedynych słusznych odpowiedzi, bo takich nie ma. Chciałabym jednak podrzucać Wam wątki, które mnie w jakiś sposób zainspirowały oraz dzielić się zdobywaną przeze mnie wiedzą i doświadczeniem w tych zwykłych, codziennych czynnościach związanych z opieką nad dzieckiem, czasem sprawiających nadspodziewanie sporo trudności.

Nowa kategoria, nowy cykl

Postanowiłam zacząć od wyzwań właśnie i stworzyć cykl #NieZawszeŁatwo. Nie dlatego, że macierzyństwo jest trudne, ale dlatego, że takie bywa. I że mi osobiście bardzo pomaga w trudnych momentach świadomość, że wiele kobiet ma podobnie i daje sobie radę. Jako rodzice mamy w sobie wielką siłę i nie ma takich wyzwań, jakich nie udźwigniemy.

W ramach cyklu planuję napisać o moich wyzwaniach, m.in.: ciąży z nakazem leżenia, wrażeniach po porodzie, trudnych początkach karmienia piersią. Was także, drogie Czytelniczki i Czytelnicy, zachęcam do podzielenia się Waszymi historiami – ku pokrzepieniu innych rodziców:)

 

 

Zmiany, zmiany, zmiany…

Zmiany, zmiany, zmiany…

Ostatnie 2 miesiące przyniosły nam małą życiową rewolucję i w końcu przyszedł czas, żeby podzielić się tymi nowinami z Wami. Tym bardziej, że na blogu siłą rzeczy szykuje się trochę zmian.

Po pierwsze – najważniejsze – w maju powitaliśmy na świecie naszą córeczkę. Ciążowe trudności z pobytem w szpitalu włącznie sprawiły, że postanowiłam zachować tę wiadomość dla siebie jak najdłużej, ale w końcu chcę się z Wami podzielić tą radością. Helenka, bo takie imię wybraliśmy dla naszej córeczki, urodziła się zdrowa, silna i kudłata, robiąc długimi włoskami prawdziwą furorę w szpitalu i wśród naszych bliskich;) Nie będę zanudzać Was ochami i achami na temat mojego dziecka, ale, cóż, jak każdy rodzic mogę powiedzieć jedno: jest cudowna.

Po drugie – wyprowadzamy się z Wrocławia. Plan, żeby do czterdziestki wyprowadzić się z dużego miasta i zamieszkać w jakimś spokojnym, cichym miejscu, postanowiliśmy zrealizować nieco wcześniej. Przyjście na świat Helenki tylko ułatwiło nam podjęcie tej decyzji, bo oboje wolimy wychowywać dziecko w spokojniejszej miejscowości, ze świeżym powietrzem i bliskością natury.

Po trzecie – przyszłość bloga. W związku ze zmianami w moim życiu prywatnym, na blogu też możecie spodziewać się paru zmian. Będę nadal pisać o zdrowym stylu życia w (mniejszym) mieście i poszukiwaniu życiowej równowagi, ale pojawi się też nowa tematyka – związana z rodzicielstwem. Żadna ze mnie ekspertka, nie znajdziecie więc tu porad jak wychowywać dziecko i co trzeba, a czego nie wolno – myślę, że każdy wie, co dla jego dziecka najlepsze. Chcę jednak pisać o tym, co dla mnie ważne - o budowaniu bliskości z dzieckiem, naturalnej pielęgnacji, minimalizowaniu „dzieciowego konsumpcjonizmu” i innych tematach, które pewnie dopiero za jakiś czas staną się moim udziałem.

Muszę też Was uprzedzić, że na razie bedę pewnie miała mało czasu i teksty będą pojawiać się rzadziej i nieregularnie. Za jakiś czas jednak chciałabym popracować nad blogiem jeszcze intensywniej i pomyśleć o jego kierunkach rozwoju.

Mam nadzieję, ze poczekacie:) A tymczasem – serdecznie Was pozdrawiam i życzę lata pełnego radości i witamin!