Pomysł na wyjątkowy prezent DIY: motywacyjny plakat

Pomysł na wyjątkowy prezent DIY: motywacyjny plakat

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam snuć plany, robić rozpiski, organizować się i krok po kroku realizować założone cele. Ale… No właśnie – nawet jeśli czegoś bardzo chcę - czasem brakuje mi motywacji i pozytywnego „kopa”, aby zacząć działać teraz, dziś, a nie „kiedyś”. Znalazłam jednak banalny, ale skuteczny sposób na zmotywowanie samej siebie: własnoręczne przygotowywanie plakatów z hasłami albo obrazami, które przemawiają do mnie na danym etapie.

Słowa zawsze miały dla mnie duże znaczenie. Wiele lat temu miałam fajny zwyczaj „wypisywania się” na kartce papieru z różnych, małych i dużych problemów – to naprawdę pomagało uporządkować myśli i spojrzeć na sprawę z dystansem. Do tej pory zdarza mi się notować „analogowo” własne myśli, zapisuję przypadkowe ciągi słów, które coś w danym momencie znaczą lub z czymś mi się kojarzą, często zatrzymuję się na parę chwil na wybranych fragmentach książki.

Plakat motywacyjny i jego moc

plakat motywacyjny today is that thayNiedawno na nowo odkryłam moc słów zapisywanych pięknym fontem (do typografii mam wielką słabość!) w formie plakatów i plakietek motywacyjnych. Umieszczam je w różnych miejscach w domu tak, żeby patrzeć na nie codziennie, jak najczęściej. W kuchni mam tabliczkę „Life is short, eat dessert first”, nad monitorem komputera – plakat „Yesterday you said tomorrow. Today is that day” (to prezent, który podarowałam mojemu mężowi;)) W sypialni koło łóżka i w ulubionym notesie kolejne inspirujące mnie hasła, które zmieniam dosyć często.

Lubię zarówno sam proces tworzenia takiego plakatu, jak i efekt końcowy, którym cieszę się jeszcze długo po wykonaniu. Najlepsze jest to, że nie trzeba do tego żadnego talentu, wystarczy papier i flamaster albo darmowy program graficzny, a można wyczarować oryginalny i osobisty dodatek do wystroju naszego pokoju. Ja w tym widzę jeszcze drugie dno: wierzę, że zwizualizowane w ten sposób słowa pomagają mi osiągnąć to, na czym mi zależy.

Serdecznie zapraszam Was do wypróbowania tej metody na sobie. Myślę, że to też niezły pomysł na świąteczny lub mikołajkowy prezent dla bliskich osób, którym chcielibyście podarować coś wyjątkowego, przygotowanego własnoręcznie. Taki podarunek jest też znacznie bardziej ekologiczny niż kupowane na ostatnią chwilę gadżety świąteczne, szczególnie, gdy do jego przygotowania wykorzystamy resztki kartonu, papieru, zalegające na dnie szafy ramki, etc – u mnie zawsze jest tego sporo.

Plakaty motywacyjne - szczypta inspiracji

Podrzucam Wam kilka moich ulubionych, inspirujących zdań na plakaty motywacyjne (zdjęcia w tle są w większości autorstwa mojej siostry, której niniejszym dziękuję za ich udostępnienie:)) Po więcej plakatowych inspiracji zapraszam na mój profil na Pinterest. Chociaż jestem w zasadzie pewna, że i bez tego znajdziecie w sieci, a przede wszystkim we własnej głowie słowa, które będą inspirujące, znaczące dla Was i Waszych bliskich.

plakat motywacyjny zmiana      plakat motywacyjny moment

o zmianie      plakat cienie

plakat droga      przyszłość zaczyna się dzisiaj

 

 

Na jesień i zimę – joga

Na jesień i zimę – joga

Zawsze zastanawiałam się nad tym, czy uprawianie jogi dla sportu ma sens, bo przecież w tradycyjnym ujęciu joga to nie tylko aktywność fizyczna, ale także – a może przede wszystkim – trening ducha, określona etyka postępowania, sposób na samodoskonalenie, słowem: filozofia życia. Dzisiejsza popularność jogi i jej dostępność sprawiają, że nierzadko przybiera ona formę czystego fitnessu, pewnie w dużej mierze tracąc swój duchowy, pełnowartościowy wymiar i z tego co wiem, irytując nieco miłośników jogi jako systemu filozoficznego.

Przyznam, że sama nigdy zbyt mocno się w ten styl życia nie wkręciłam, chociaż praktykowałam jogę ok. 3 lat. Wiem jednak jedno: niezależnie od podejścia regularne ćwiczenie jogi to jedna z lepszych rzeczy, które możemy dla siebie zrobić z korzyścią dla ciała i – w wersji dla wtajemniczonych – dla ducha. Tym bardziej jesienią i zimą, kiedy aura niekoniecznie zachęca do sportów na świeżym powietrzu, a nasz organizm poszukuje wyciszenia i relaksu.

Po kilku przymiarkach, tej jesieni w końcu postanowiłam wrócić do zaniechanej praktyki jogi, tym razem nie na grupowych zajęciach, ale w domu. Przy okazji chcę rozszerzyć swoją powierzchowną do tej pory wiedzę na temat stylów hatha-jogi, najbardziej znanej na Zachodzie. Mam nadzieję, że skorzystacie z tego opracowania i znajdziecie coś dla siebie.

Uwaga: w tym miejscu chcę zaznaczyć, że według mnie przygodę z jogą warto rozpocząć pod okiem nauczyciela, szczególnie, jeżeli myślicie o bardziej wymagających asanach. Nawet jeżeli docelowo wolicie ćwiczyć w domu, warto wybrać się do szkoły jogi na kilka pierwszych lekcji i porozmawiać na ten temat z instruktorem, poprosić go o wskazówki czy skorygowanie błędów postawy przy pierwszych ćwiczeniach. Pomimo tego, że joga to dosyć łagodna, relaksacyjna forma ruchu, niewłaściwe wykonywanie ćwiczeń może być niekorzystne dla zdrowia, szczególnie dla naszego kręgosłupa czy kolan.

Hatha-joga – popularne style


Tytułem wprowadzenia: bazą wszystkich stylów hatha-jogi są dwa filary: asany, tj. pozycje, które przybieramy podczas ćwiczeń (siedzące, stojące oraz leżące) oraz pranajama - czyli nauka kontrolowania oddechu.

Ashtanga Yoga

Z punktu widzenia wysiłku fizycznego ashtanga to najbardziej dynamiczny i energiczny styl jogi, dla osób sprawnych fizycznie i wytrzymałych. Asany wykonywane są płynnie w sekwencjach o rosnącej trudności.

W dosłownym tłumaczeniu ashtanga yoga to znaczy joga ośmioczłonowa. Bazuje na 8 stopniach:

  • Yama – zasady moralne takie jak niestosowanie przemocy czy prawdomówność
  • Niyama – zasady postępowania względem siebie: czystość, zadowolenie, zaangażowanie
  • Asana – praktyka pozycji
  • Pranajama – kontrola oddechu
  • Pratyahara – skierowanie zmysłów do wewnątrz
  • Dharana – koncentracja
  • Dhyana – medytacja
  • Samadhi – stan wyższej świadomości, poczucie jedności z obiektem medytacji

Przykładowe klasy ashtangi, od których można zacząć: program 30 min

 

Joga Iyengara

Nazwa pochodzi od nazwiska B.K.S Iyengara, jednego z najbardziej znanych nauczycieli jogi na świecie. Ten styl jogi jest raczej statyczny, wyróżnia go powolny ruch, długie stanie w pozycjach i – przede wszystkim – koncentracja na precyzyjnym ułożeniu ciała w asanach. Z tego względu joga Iyengara polecana jest osobom początkującym oraz mającym problemy zdrowotne (w tym z kręgosłupem). Dla zwiększenia precyzji i uniknięcia kontuzji podczas ćwiczeń korzysta się z pomocy takich jak paski, klocki, koce, krzesła.

W miarę praktyki asany stają się nie tylko bardziej skomplikowane, ale powinny być też wykonywane coraz precyzyjniej, z coraz większą świadomością ciała. Wraz z łatwiejszym wykonywaniem pozycji, wprowadza się także pracę z oddechem.

Przykładowe klasy: program 1h 

 

Kundalini Yoga

To propozycja dla osób zainteresowanych medytacją, duchową stroną praktyki jogi (kundalini nazywa się czasem „jogą świadomości”). Głównym przesłaniem jest uwolnienie energii, która według twórców tego stylu uśpiona jest u podstaw kręgosłupa. Praktyka skupia się przede wszystkim na mantrach (medytacji przez dźwięk, intonację, śpiew) i oddechu, w mniejszym stopniu na samych asanach.

Przykładowy, pozytywny i dość „łatwostrawny” filmik w zachodnim stylu: program 1h 

 

Sivananda Yoga

Ten styl koncentruje się zarówno na fizycznej, jak i na duchowej praktyce jogi i według specjalistów nadaje się dla osób początkujących, ale – moim zdaniem – sprawnych fizycznie (dla mnie stanie na głowie nie było osiągalne nawet po kilku latach praktyki). Asany mogą być poprzedzone śpiewaniem mantr i ćwiczeniami oddechowymi, a program kończy się relaksacją (śavasana). Za każdym razem wykonuje się 12 podstawowych pozycji, które wzmacniają i uelastyczniają ciało:

  • Sirsasana (stanie na głowie)
  • Salamba-sarvangasana (świeca)
  • Halasana (płóg)
  • Matsyasana (ryba)
  • Paschimothanasana (skłon do przodu z postymi nogami)
  • Bhujangasana (kobra)
  • Shalabhasana (świerszcz)
  • Dhanurasana (mostek/łuk)
  • Ardha Matsyendrasana (skręt tułowia)
  • Bakasana (pozycja żurawia)
  • Pada Hasthasana (skłon do przodu w stojącej pozycji)
  • Trikonasana (pozycja trójkąta)

Filozofia tej odmiany jogi bazuje na nauce Swami Sivanandy, którą można w bardzo skrótowy sposób skrócić do kilku zaleceń: służ, kochaj, medytuj, zrozum. Ważna jest nie tylko sama praktyka jogi, odpowiednie asany, oddech i relaksacja, ale również dieta i pozytywne myślenie.

Dla początkujących: do nauki – 6,5 minuty 

Inne filmiki z 12 pozycjami i przyjemną, relaksacyjną muzyką: program 5,5 minuty  oraz program 3,5 minuty 

 

Bikram joga

Bikram joga bazuje na klasycznych pozycjach hatha-jogi, ale praktykowana jest w pomieszczeniu podgrzewanym do temperatury 36-42˚C, dzięki czemu pomaga pozbyć się z ciała toksyn i intensywniej rozciągnąć ciało. To intensywny, dynamiczny styl dla osób o dobrej kondycji i zdrowych. Mówi się na nią „gorąca joga”, a działanie porównuje do korzystania z sauny (uwaga, z podobnych powodów co korzystanie z sauny nie jest ona polecana wszystkim, na niektórych może działać osłabiająco).

Zwykle praktyka Bikram jogi bazuje na sekwencji 26 asan, którą rozpoczynają pozycje stojące, potem następują wygięcia w tył, skłony w przód i skręty. Każdą asanę wykonuje się zazwyczaj dwukrotnie, w określonym czasie.

Może to wyglądać tak jak na tym filmiku demonstracyjnym .

 

Moja joga w domu

Każdego dnia rano staram się wykonywać 5 rytuałów tybetańskich, które bazują na pozycjach jogi i są idealne dla początkujących (więcej na ten temat przeczytacie tutaj). Kiedy mam więcej czasu wykonuję któryś z polecanych wyżej programów, przekonałam się także do ćwiczeń z Basią Lipską i z Wiktorem Morgulcem (ich programy znajdziecie na YouTube). Osobom całkowicie początkującym polecam zwłaszcza tego drugiego instruktora, bo ćwiczenia wykonuje powoli i dokładnie omawia każdą pozycję.

Ostatnio zainteresowałam się też jogą hormonalną jako metodą na naturalne wsparcie pracy tarczycy i ćwiczę z tym programem.

Zaznaczam jednak, że nie każda odmiana jogi będzie pasowała każdemu – warto poszukać drogi dla siebie, nie zniechęcać się po pierwszej próbie. Jeżeli nie spodobały Wam się zajęcia Iyengara, to nie znaczy, że nie polubicie ashtangi.

 

Dlaczego warto uprawiać jogę

I na koniec (dla anglojęzycznych) infografika, która mnie przynajmniej bardzo motywuje do ćwiczeń – zapisałam ją sobie na pulpicie komputera i zerkam, gdy na dworze ciemno, zimno i nic mi się nie chce;)

 

A Wy jakie macie doświadczenia z jogą? 

 

Infografika: Jan Diehm, The Huffington Post

Zdjęcie tytułowe: adifansnet, Flickr (na licencji Creative Commons)

 

 

 

 

Świat zdrowej żywności a marketing – 9 przykładów pułapek informacyjnych

Świat zdrowej żywności a marketing – 9 przykładów pułapek informacyjnych

Jestem pewna, że interesując się zdrową żywnością przynajmniej raz „nacięliście się” na produkt, który okazał się nie tak zdrowy jak zachwalała reklama albo mieliście trudności z samodzielną oceną, czy warto wydać na niego pieniądze. Dzieje się tak niezależnie od poziomu świadomości konsumenckiej - dziś sprzecznych ze sobą informacji jest tak wiele, że często nawet zaangażowanym konsumentom trudno się w tym odnaleźć. Część „marketingowych ściem” bywa nagłaśniana przez media, więc do świadomości ludzi przebija się komunikat, że warto czytać etykiety, wybierać produkty o lepszym składzie – to bardzo dobra tendencja.

Ale nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że czujnym warto być wszędzie, nawet gdy kupujemy w sklepach ze zdrową żywnością. A może nawet szczególnie tam, bo rynek zdrowych produktów rozwija się w Polsce od niedawna, nie ma jasnych regulacji prawnych, ma za to duży potencjał jeżeli chodzi o generowanie zysku – a więc jest podatny na różnego rodzaju zabiegi marketingowe i manipulacje.

Zdrowa żywność nie zawsze taka zdrowa

Wielu z nas chce odżywiać się zdrowo i poświęca temu niemało czasu oraz – niejednokrotnie – sporo pieniędzy (chociaż nie musi tak być – pisałam o tym ostatnio). Niestety nie zawsze są to pieniądze dobrze wydane. Przekonałam się o tym kilkukrotnie na własnej skórze. Na przykład kupując olej kokosowy, który skusił mnie certyfikatem ekologicznym, słowem „premium” w nazwie, jasnym ładnym opakowaniem i dosyć korzystną, ale jeszcze nie podejrzaną ceną. Już w momencie zakupu miałam wątpliwości, bo nigdzie nie było informacji czy jest to olej rafinowany czy nie – mimo to wrzuciłam produkt do koszyka. Dopiero w domu szybki research w internecie pokazał, że niesłusznie zaufałam producentowi, a olej – mimo że z upraw ekologicznych – jest oczywiście rafinowany, czyli pozbawiony tego, co w nim najcenniejsze.

Tego typu pułapki jesteśmy jednak w stanie przeskoczyć, kupując sprawdzone produkty, stale podnosząc swoją świadomość, czytając uważnie etykiety. Niestety w przypadku niektórych kategorii zdrowej żywności sprawa się komplikuje. Mam na myśli różnego typu manipulacje sprzedawców oraz produkty, wokół których pojawiają się kontrowersje: jedno źródło zachwala prozdrowotne właściwości, drugie – z góry na dół je podważa.

Postanowiłam rozwinąć ten wątek na kilku wybranych, konkretnych produktach – zaczynając od przetworzonej żywności promowanej jako zdrowa, poprzez popularne przekłamania wśród tzw. zdrowej żywności, kończąc na produktach kontrowersyjnych.

 

Poziom 1 – przetworzona żywność promowana jako zdrowa


Płatki zbożowe – klasyczny przykład tego, jak za pomocą zabiegów marketingowych można wypromować przetworzony, pełen cukru produkt jako zdrowy. Tak działają hasła typu „fit”, „slim”, „light”, „wartościowe śniadanie”, reklamy pokazujące świat pełen szczupłych, energicznych ludzi, opakowania, które podkreślają prozdrowotny i naturalny charakter produktu. Niestety skład często temu przeczy , a w „zdrowym” muesli możemy znaleźć nawet tak szkodliwe dodatki jak syrop glukozowo-fruktozowy czy utwardzane tłuszcze roślinne. Przykład tutaj.
Zdrową alternatywą jest samodzielne przygotowywanie owsianki czy kasz na śniadanie.

Jogurty - gdyby wierzyć reklamom, to codzienna porcja zdrowia i sprzymierzeniec naszej figury. A jaka jest rzeczywistość? „Owocowe” jogurty zawierają śladowe ilości owoców (np. 2-5%), a czasem nie mają ich wcale, bazując tylko na sokach zagęszczonych, aromatach i barwnikach. Mają natomiast mnóstwo cukru (nawet 4-6 łyżeczek w opakowaniu), a nierzadko też syrop glukozowo-fruktozowy. Jogurty 0%, które rzekomo mają pomagać w odchudzaniu bywają słodzone szkodliwym acesulfamem K. Kilka przykładów: (1), (2), (3).
Lepiej oczywiście wybrać jogurt naturalny i samemu dodać owoce, pestki, miód, etc.

Prozdrowotne margaryny - kolejny klasyk w tej kategorii, potwierdzający wielką siłę reklamy. Pamiętacie, jak kilka lat mówiono nam, że naturalne masło to samo zło, bo odpowiada za wysoki poziom cholesterolu we krwi i choroby serca, a spożywać należy jedynie tłuszcze roślinne, czyli margaryny? Dziś mamy wiele badań, które obalają tę teorię: nie tylko nie ma jednoznacznych powiązań między spożywaniem tłuszczów nasyconych a chorobami serca (źródło: tutaj), ale wręcz ostro krytykuje się margaryny za zawartość szkodliwych kwasów tłuszczowych typu trans.
Niezależnie od wiedzy naukowej, według mnie każdy naturalny produkt (jak masło) będzie lepszym wyborem.

Chrupkie pieczywo - przez osoby na diecie traktowane jest jako zdrowszy zamiennik zwykłego pieczywa niemal automatycznie (znowu siła reklamy!). Cenione przede wszystkim za nisko kaloryczność: 1 kromka to ok. 35 kalorii. A tymczasem takie pieczywo często przygotowywane jest z pszennej, oczyszczonej mąki i zawiera masę niepotrzebnych dodatków (przykład tutaj), będąc dokładnym zaprzeczeniem zdrowego produktu.
Lepszym wyborem będzie zjedzenie 1-2 kromek naturalnego, np. żytniego pieczywa bez sztucznych dodatków, a w roli przekąski – dania z warzyw, ew. pestek czy owoców.

 

Poziom 2 – popularne przekłamania i pułapki na rynku zdrowej żywności


Woda mineralna - to, że woda jest nam niezbędna do życia i zdrowia, wiemy wszyscy, ale nawet w tym najprostszym, naturalnym składniku naszej diety znajdzie się miejsce na marketing. Kampanie reklamowe promujące codzienne wypijanie co najmniej 2 litrów wody mineralnej to nic innego jak (umiejętne) kreowanie sztucznych potrzeb: chcesz być zdrowy i fit, kup wodę w butelce. Tymczasem badania pokazują, że „zwykła” woda kranowa (przegotowana, filtrowana lub bezpośrednio z kranu) bywa lepszej jakości niż wody kupowane, a plastikowe butelki mogą zawierać szkodliwe dla zdrowia toksyny: bisfenol A, ftalany. Więcej informacji możecie znaleźć tutaj.
Dla mnie sprawa jest prosta: na co dzień używam wody z kranu, w różnych postaciach (bezpośrednio do picia, ale także w postaci herbatek, naturalnych soków, zup, etc.), a po wodę butelkowaną sięgam sporadycznie.

Brązowy cukier – często na blogach spotykam się z przepisami, w których zdrowym zamiennikiem białego cukru jest cukier brązowy. Założę się, że wielu osobom przy półce w sklepie wystarczy etykieta „cukier brązowy” i już wrzucają produkt do koszyka jako zdrowszy (a często też sporo droższy). Niestety bywa, że kupujemy w ten sposób zwykły rafinowany cukier, zabarwiony karmelem lub melasą.
Jeżeli chcemy wybrać mniejsze cukrowe zło, powinniśmy szukać nierafinowanego cukru trzcinowego (np. z Mauritius). Zupełnie inną kwestią jest to, że cukru spożywamy ogólnie za dużo, więc pierwszym krokiem powinno być jego ograniczenie, a nie tylko poszukiwanie zamienników.

Produkty bezglutenowe - wspaniałe pole do popisu dla marketingowców: wystarczy piękna etykieta „gluten-free”, a jako zdrową można sprzedawać żywność wysokoprzetworzoną, pełną sztucznych dodatków. Oto skład pierwszego z brzegu chleba bezglutenowego, który oferuje jeden z internetowych sklepów ze zdrową żywnością: skrobia pszenna bezglutenowa (pszenica, z której sztucznie usunięto gluten), skrobia kukurydziana (węglowodany proste, produkt mocno przetworzony), woda, tłuszcz roślinny (w tym tłuszcze trans), glukoza, cukier (cukry proste), drożdże, sól, izolat białka sojowego (wysokoprzetworzone, sztuczne białko w proszku), substancja zagęszczająca: guma guar i E464, błonnik pokarmowy, regulator kwasowości: E575, mak, sezam.
Wniosek? Kupując żywność bezglutenową nie dajcie się nabrać na znak przekreślonego kłosa, czytajcie etykiety!

 

Poziom 3 – żywność, która wzbudza kontrowersje


Olej rzepakowy - o zdrowych właściwościach oliwy z oliwek extra virgin mówi się od dawna, a od jakiegoś czasu konkuruje z nią olej rzepakowy. Promowany jest jako „oliwa północy”, bogaty w zdrowe tłuszcze (NNKT, w tym „modne” Omega-3) oraz witaminę E. Przeciwnicy oleju rzepakowego wskazują na zawartość szkodliwego dla zdrowia kwasu erukowego, czemu z kolei zaprzecza argument o tym, że od lat w rolnictwie stosowane są już ulepszone, niskoerukowe odmiany rzepaku. Całą sprawę komplikuje jeszcze fakt, że kampanie promocyjne odnoszą się do oleju rzepakowego ogółem, bez rozróżnienia na rafinowany (oczyszczony z potencjalnych zanieczyszczeń, bardziej stabilny, ale też w dużej mierze pozbawiony tego, co wartościowe) i nierafinowany, tłoczony na zimno (o potencjalnie lepszych właściwościach zdrowotnych, ale też bardziej podatny na utlenianie, do stosowania tylko na zimno). Bardzo trudno się przez te informacje przekopać i wyciągnąć jednoznaczne wnioski.
Ja osobiście unikam olejów rafinowanych, a po olej tłoczony na zimno sięgam tylko raz na jakiś czas, stosując podobnie jak olej lniany: kupuję tylko w szklanej, ciemnej butelce, przechowuję w lodówce i zużywam w ciągu ok. 2-3 miesięcy, a potem wracam do niego po dłuższej przerwie.
Przy tej okazji jeszcze jedna sprawa: zwróćcie uwagę na inne zabiegi marketingowe stosowane w przypadku olejów.”Tłoczony na zimno” nie zawsze oznacza nierafinowany, „extra virgin” nie zawsze oznacza najwyższej jakości oliwę (więcej tutaj).

Komosa ryżowa – ostatnio prawdziwy hit na rynku zdrowej żywności. Bogata w aminokwasy, czyli pełnowartościowe białko, witaminy i minerały, przeciwutleniacze, bezglutenowa – wydawać się może, że jest to produkt idealny. A jednak cień na nim położyły doniesienia o rosnących wraz z popytem cenach komosy ryżowej – do tego stopnia, że biedni mieszkańcy Boliwii czy Peru, dla których quinoa jest tradycyjnym, często jedynym wartościowym pokarmem, nie mogą sobie na nią pozwolić. Jeżeli interesuje Was ten wątek, więcej przeczytacie tutaj.
Ten przykład potwierdza to, co wielu z nas wybiera intuicyjnie: najlepsza (i to nie tylko w kontekście zdrowia, ale też etyki, rozwoju lokalnego, ekologii) jest żywność uprawiana lokalnie, sezonowa.

Wnioski

Takich przykładów jak powyższe znajdzie się niestety dużo więcej. Ja także stale się „łapię” na różnego typu pułapki i manipulacje, mimo że z branżą marketingową związana jestem od 8 lat i na wiele tricków jestem odporna. Jaka jest moja puenta? Dla stałych Czytelników Health and the City nie będzie to nic odkrywczego, bo podkreślam to na blogu wszędzie, gdzie to możliwe;) – kluczem przy dokonywaniu wyborów jest zawsze zdrowy rozsądek.

Jeżeli chcemy odżywiać się zdrowo i świadomie, oprócz czytania etykiet, poszukiwania oraz filtrowania informacji ważne są też umiar, brak radykalizmu w którąkolwiek stronę i dietetyczna różnorodność – wtedy nawet te kontrowersyjne produkty raczej nam nie zaszkodzą.

Życzę Wam mądrych, świadomych wyborów!:)

 

 

Powiązane posty


Bezglutenowa, wegetariańska, a może paleo? Która dieta jest najzdrowsza?

Zdrowa żywność nie musi być droga (dowód: moja lista zakupów)

Zdrowe kosmetyki – co polubiłam, z czego zrezygnowałam

Książki, które coś w nas zmieniają

Książki, które coś w nas zmieniają

W swoim trzydziestoletnim życiu przeczytałam wiele wartościowych, wciągających książek, ale tylko o niektórych z nich mogę powiedzieć – nie nadużywając tych słów – że zmieniły coś we mnie. Myślę, że wiecie, co mam na myśli. To te książki, które sprawiają, że zatapiasz się w ich świecie całkowicie, przez tych kilkanaście-kilkadziesiąt godzin będąc w nim nawet bardziej niż w swojej własnej rzeczywistości. I o których nie zapominasz zaraz po przeczytaniu. A kiedy już je przetrawisz, z jakichś przyczyn stają się tak ważne, że chcesz się nimi dzielić z innymi. To właśnie o takich lekturach chcę tu pisać.

Dziś kilka książek wartych przeczytania w nurcie reportersko-podróżniczym.

 

„Powiedział mi wróżbita” Tiziano Terzani’ego

tiziano terzaniTaką silnie oddziałującą na mnie książką jest reportaż Tiziano Terzaniego „Powiedział mi wróżbita”, który właśnie skończyłam czytać. Czuję się, jakbym wróciła ze wspaniałej podróży. Zarówno na poziomie fizycznym, jak i metafizycznym. Terzani, któremu wróżbita w Hong Kongu przepowiedział, że w roku 1993 grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo i pod żadnym pozorem nie powinien latać samolotami, przesiada się na inne dostępne środki transportu. Podróżuje po świecie w rytmie slow, kontemplując oraz niesamowicie trafnie komentując zmiany ustrojowe i społeczne odwiedzanych państw Dalekiego Wschodu, Syberii czy Afryki. W każdym z odwiedzonych przez siebie miejsc poszukuje też „najlepszego wróżbity w mieście”, wkraczając w ten sposób w świat wierzeń i niezwykłych wydarzeń, które wyłamują się naukowej logice. Zadaje wiele pytań i często pozostawia je bez odpowiedzi, ale we mnie jako w czytelniku nie powoduje to niedosytu, przeciwnie: coś dodaje, każe się zastanowić nad rzeczami, nad którymi nie myślę na co dzień.

 

„Dzienniki kołymskie” i inne reportaże Jacka Hugo-Badera

hugobaderW podobny sposób działa na mnie reportaż pióra Jacka Hugo-Badera. Jego syberyjska trylogia, na którą składają się: „Dzienniki kołymskie”, „Biała gorączka” i „W rajskiej dolinie wśród zielska” sprawia, że chcę przyglądać się ludziom i ich historiom. Dobrze się słucha tych zwykłych-niezwykłych, prostych i jednocześnie zawiłych opowieści o życiu. A sceneria odległej Syberii czasem te historie ubarwia, czasem komplikuje, czasem tłumaczy, czasem szokuje. Nie wiem, co składa się na taką siłę rażenia Hugo-Badera, ale nawet reportaże Kapuścińskiego nie działały na mnie tak bardzo. Może chodzi o Syberię, z którą wiąże się przecież historia moich dziadków, może o ten rodzaj języka, który u Hugo-Badera bardzo cenię: mocny, ale jednocześnie nieautorytarny, który pozostawia miejsce na własną interpretację. A może o to, że po lekturze zostaje silne poczucie, że życie bywa i ciężkie, i piękne jednocześnie – i tak właśnie ma być?

 

„Moja Afryka” Kingi Choszcz

mojaafrykaA jeśli mowa o książkach, które prowadzą do konkretnych decyzji wspomnę o jeszcze jednej, także w nurcie podróżniczym. To książka „Moja Afryka” zmarłej w trakcie podróży Kingi Choszcz. Jednym z ostatnich opisanych przez Kingę wątków było wykupienie z niewoli afrykańskiej dziewczynki i sfinansowanie jej (z pomocą poznanego wcześniej człowieka) nauki w rodzinnej wiosce w Ghanie. Ta historia utkwiła mi w głowie i nie chciała z niej wylecieć. Prawdopodobnie nigdy nie ruszę wgłąb czarnego kontynentu (mam wiele innych podróżniczych marzeń), ale pomyślałam, jak wspaniale byłoby pozostawić na nim swój malutki ślad. W dobie internetu to prostsze niż mogłoby się wydawać.

 

Czy znajdzie się ktoś, kto podzieli się swoimi „ważnymi książkami”?

 

 

Bezglutenowa, wegetariańska, a może paleo? Która dieta jest najzdrowsza?

Bezglutenowa, wegetariańska, a może paleo? Która dieta jest najzdrowsza?

Kiedy zaczęłam interesować się zdrowym odżywianiem liczyłam na to, że znajdę model idealny: dietę, która jest najlepsza i najzdrowsza, pewność, że z naukowego punktu widzenia sięgam po właściwie jedzenie, gotowy spis „dobrych” i „złych” produktów. Jestem w moich poszukiwaniach dosyć dociekliwa: czytam polsko- i anglojęzyczne publikacje poświęcone różnym modelom dietetycznym, opinie ekspertów i instytucji zajmujących się żywieniem, wyniki badań publikowane m.in. przez PubMed, na które lubią powoływać się zwolennicy określonych teorii. Czytuję też blogi promujące diety postrzegane jako zdrowe: wegetariańską, wegańską, paleo, raw, a także modną ostatnio dietę bezglutenową. I im więcej na ten temat wiem, im więcej punktów widzenia i wyników badań poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma czegoś takiego jak jedyna słuszna, zdrowa dieta. Na pytanie o najlepszą dietę odpowiedź bardzo często brzmi: to zależy dla kogo.

Jaka dieta jest najlepsza dla Ciebie?

Wierzę, że każdy z nas może znaleźć własną optymalną dietetyczną drogę – niekoniecznie w oparciu o badania naukowe, ale przede wszystkim biorąc pod uwagę intuicję i mądrość własnego organizmu. Owszem, w chorobach autoimmunologicznych pewnie warto spróbować ograniczyć lub całkowicie wyeliminować produkty pro-zapalne jak gluten czy cukier, ale czy to oznacza, że taka osoba już nigdy nie będzie mogła cieszyć się kawałkiem ciasta, które kojarzy się jej z dzieciństwem? Czy osoba zdrowa powinna zrezygnować np. z naturalnego żytniego pieczywa, bo gluten aktualnie cieszy się złą sławą? Czy wegetarianin, który podchodzi do swojej diety ideologicznie i nie chce spożywać produktów odzwierzęcych powinien przerzucić się na dietę paleo, bo ktoś wierzy, że to konieczne przy jego problemach zdrowotnych? Czy dieta raw, która może przynosić rewelacyjne efekty zdrowotne u niektórych będzie odpowiednia dla osoby, która uwielbia gorące zupy i nie wyobraża sobie poranka bez ciepłej owsianki? Według mnie nie – i po to właśnie w wybór zdrowej diety warto włączyć własny rozum i intuicję.

Tym bardziej, że przecież zapotrzebowanie naszego organizmu stale się zmienia: wraz z wiekiem, aktywnością fizyczną, stanem zdrowia, ba, nawet porami roku i dnia. Nie dam sobie wmówić, że naukowcy wiedzą lepiej, czego w danym momencie potrzebuje mój organizm niż ja sama!

 

Jeżeli nie cierpisz na konkretne dolegliwości, zdrowy styl życia może sprowadzić się do kilku prostych punktów:


  • wybieraj żywność jak najbardziej naturalną, w miarę możliwości uprawianą lokalnie i jak najmniej przetworzoną
  • jedz dużo warzyw w różnej postaci
  • nawadniaj organizm
  • nie demonizuj żadnych składników, które pochodzą z naturalnej żywności
  • przy codziennych wyborach żywieniowych postaw na zdrowy rozsądek
  • obserwuj, co służy Twojemu organizmowi, a po czym czujesz się źle
  • nie zmuszaj się do niczego, a ewentualne zmiany wprowadzaj powoli
  • ruszaj się regularnie
  • zadbaj o swoją psychikę, naucz się radzić sobie ze stresem

To tylko i aż tyle:)

Zdrowa dieta jest jak religia

Usłyszałam gdzieś taką opinię, że przekonania na temat zdrowej diety bywają równie kontrowersyjne jak poglądy religijne czy polityczne. Coś w tym jest: burzliwych i często agresywnych dyskusji na ten temat nie brakuje, wystarczy poczytać komentarze w wątkach dotyczących diety bezglutenowej, paleo czy wegetariańskiej. Ile ludzi/ środowisk, tyle opinii i „jedynych słusznych” argumentów, dowodów, cytowanych badań naukowych. Nawet tu na blogu pojawiają się raz na jakiś czas krytyczne głosy, gdy wspomnę o konwencjonalnych (lecz nie zawsze błędnych) zdrowych zaleceniach (np. gluten w diecie kobiet w ciąży).

Mam wrażenie, że ciągle trudno jest nam akceptować wybory inne niż nasze, a tzw. zdrowa dieta często dzieli zamiast jednoczyć. Wraz z bardzo pozytywną modą na zdrowe odżywianie pojawiły się środowiska, które do sprawy diety podchodzą bardzo radykalnie, żeby nie powiedzieć fanatycznie. Zwolennicy paleo straszą chorobami, których przyczyną jest gluten i inne zboża, wegetarianie nierzadko zarzucają miłośnikom produktów odzwierzęcych okrucieństwo i egoizm. Znam osoby pracujące w branży zdrowych produktów, które ze względu na poglądy bronią się przed jakimkolwiek kontaktem z innymi dietami niż weganizm, nawet jeżeli chodzi o publikację przepisu kulinarnego. I chociaż szanuję to w 100% – w końcu wartości i filozofia życia nie podlegają dyskusji – to jednak myślę, że paradoksalnie, otwierając się na inne przekonania mogłyby zdziałać więcej dobrego dla własnego środowiska. 

Oczywiście generalizuję, bo jest też wiele rozsądnych opinii i osób, które promują własne przekonania w sposób wyważony, pozytywny, bez agresji. Myślę jednak, że ciągle brakuje dialogu, który przyniósłby korzyści wszystkim, niezależnie od tego, jaką dietę stosują. Ostatecznie przecież wszystkim nam chodzi o to samo: dostęp do dobrej jakości, naturalnego, wolnego od toksyn pożywienia.

Jak to jest ze mną?

Od początku moich poszukiwań staram się nie zamykać w jednym modelu dietetycznym i nie wierzę w „jedyną słuszność” żadnej z polecanych diet. Chociaż ze względu na problemy z tarczycą od jakiegoś czasu stosuję dietę bezglutenową, daleka jestem od demonizowania glutenu i zarzucania innym, że jedząc inaczej niż ja rujnują swoje zdrowie. Każdemu służy coś innego i dyskusje na temat tego, która dieta jest najzdrowsza nigdy nie doprowadzą do jednoznacznych wniosków. Lepiej poszukać rozwiązania najlepszego dla siebie.

Takie podejście potwierdzają zresztą coraz częściej lekarze, szczególnie w Stanach, gdzie medycyna nie broni się już przed rozszerzaniem horyzontów na zagadnienia związane z dietą i jej wpływem na zdrowie. Nawet ci, którzy opowiadają się za określonym modelem odżywiania i mają sukcesy w leczeniu pacjentów za pomocą którejś z diet (paleo, wege, gluten-free) przyznają, że to nie musi być jedyna słuszna droga. Jeżeli jesteście anglojęzyczni polecam obejrzenie debaty trzech lekarzy o skrajnie różnych poglądach na temat diety – to wspaniałe, że mimo różnic potrafią znaleźć wspólny język i utrzymać dyskusję w pozytywnym tonie, motywującym do dobrych zmian:

A jak to jest z Wami? Czym jest dla Was zdrowa dieta?

 

Powiązane posty:


Zdrowa dieta, czyli…? O moich poszukiwaniach

Dieta bez pszenicy – dlaczego warto to rozważyć?

Poradnik bezglutenowca

Pomysł na aktywny weekend: Dolina Baryczy

Pomysł na aktywny weekend: Dolina Baryczy

Macie takie miejsca, które w jakiś tajemniczy sposób Was przyciągają, niezależnie od pory roku czy pogody? Gdzie odpoczywacie w 100%, w kontakcie z przyrodą i rytmie slow? Jeżeli lubicie ten sposób relaksu, wybierzcie się w Dolinę Baryczy. Jesienią jest tam naprawdę pięknie!

Dolina Baryczy to park krajobrazowy położony na pograniczu Dolnego Śląska i Wielkopolski. Jego częścią jest unikatowy w skali kraju i Europy rezerwat przyrody Stawy Milickie, należący do sieci Living Lakes, podobnie jak Bajkał, Morze Martwe, Balaton czy Titicaca. Dolina Baryczy przyciąga przede wszystkim miłośników ptaków i birdwatchingu. Budowane tu od pokoleń stawy hodowlane w połączeniu z pobliskimi lasami i łąkami stały się ostoją lub przystankiem w podróży dla ok. 300 gatunków! Ale to dopiero początek atrakcji:)

Jak spędzić czas w Dolinie Baryczy?

Infrastruktura turystyczna całej okolicy jest bardzo bogata. Szlaki piesze i rowerowe, ścieżki edukacyjne, możliwość jazdy konnej, kajaki po rzece Barycz, wspominany birdwatching i fotosafari, łowiska wędkarskie, a także okoliczne zabytki i lokalne pyszności – wśród tych atrakcji każdy znajdzie coś dla siebie. Poniżej 5 moich propozycji.

1. Dłuuugi spacer wśród stawów


Taki spacer to atrakcja sama w sobie, szczególnie dla kogoś, kto w Dolinie Baryczy jest po raz pierwszy. Bardzo przyjemna trasa wśród dwóch największych stawów z kompleksu Stawno – Grabownicy i Słupickiego – wiedzie z miejscowości Stawno. Co nas czeka na szlaku? Przepiękne widoki, interaktywne tablice edukacyjne, drewniane budki-czatownie, z których można podglądać ptaki czasem z całkiem bliska, kilka robiących niesamowite wrażenie starych gospodarstw leżących w samym sercu parku krajobrazowego w miejscowości Dyminy. Wielu ludzi na szlak zabiera ze sobą kije do nordic walkingu.

2. Obserwacja ptaków


Nie należę do osób cierpliwych i męczące jest dla mnie długie trwanie w bezruchu, ale obserwacja ptaków i otaczającej przyrody, szczególnie z ukrycia, wśród idealnej ciszy, to taka forma medytacji, kontaktu z samym sobą. Idealnie wycisza po intensywnym tygodniu. Uwaga: przydaje się lornetka i – gdy jest chłodniej – termos z ciepłą herbatą.

3. Wycieczka rowerowa


Szlaków rowerowych w Dolinie Baryczy nie brakuje – wystarczy ich na cały, aktywny dzień, z przerwą na obiad np. w Miliczu. Dobrze wydane mapki szlaków rowerowych znajdziecie w wielu restauracjach i knajpkach w całej okolicy. W wersji elektronicznej dostępne są np. tutaj. Najdłuższa, prawie stukilometrowa trasa to szlak pomarańczowy, który wiedzie wzdłuż całego biegu rzeki Baryczy, przez trzy województwa: od Antonina w wielkopolskim aż do ujścia Baryczy do Odry w Wyszanowie w woj. lubuskim.

4. Pyszna świeża ryba na obiad


Dolina Baryczy to raj dla miłośników ryb i ogólnie – zdrowego jedzenia. Karpie i inne gatunki ryb żyją tu w naturalnych warunkach i przyrządzane są na wiele sposobów, według tradycyjnych lokalnych receptur. My testowaliśmy dwie restauracje w Miliczu – Pałacową i Parkową. W obu ryby były świeże, pyszne, bez problemu przygotowano je dla mnie bez panierki, oczywiście w towarzystwie dobrych świeżych surówek. Warto też zajrzeć na Dni Karpia, które organizowane są we wrześniu i październiku. W ramach tej inicjatywy restauracje zapraszają na kolacje pod hasłem „Ryba do syta” – płacąc za bilet wstępu możemy skosztować dań rybnych na wszystkie sposoby. W menu znalazłam m.in. karpia smażonego w cebulce, karpia w sosie kurkowym, miodowo – jabłkowym i … pasztet z karpia.

5. Kawa w starej fabryce bombek


Miłośnikom starych, industrialnych wnętrz polecam jeszcze uwadze KOM – Kreatywny Obiekt Multifunkcyjny, zaaranżowany w starej fabryce bombek choinkowych (z pozostałością w postaci kolorowej Sali Bombek). Takie wnętrza cieszą oko. KOM to propozycja zarówno dla dzieci (warsztaty, urodziny), jak i dorosłych (oferta dla biznesu, kawiarnia z dobrą kawą). Więcej informacji możecie znaleźć tutaj.

 

Dolina Baryczy poleca, czyli jak można promować region

Przy okazji pierwszego pobytu w Miliczu natknęliśmy się też na ulotki promujące Dolinę Baryczy, a wśród nich interesujący mnie z zawodowego punktu widzenia wątek regionalnego systemu promocji produktów i usług turystycznych Dolina Baryczy Poleca. W ramach tej marki promowane są lokalne firmy przyjazne środowisku i spełniające takie postulaty jak „ekologia’, „etyczny biznes”, „silny związek z obszarem z Doliny Baryczy”, „wysoka jakość” czy „współpraca i solidarność”. Wg mnie niezła inspiracja dla wielu niedocenianych, chociaż przepięknych regionów w Polsce.

Jeżeli wybieracie się w Dolinę Baryczy, koniecznie zajrzyjcie na tę stronę - to super przewodnik po lokalnych specjałach. Obejrzyjcie też te dwa pięknie wydane informatory turystyczne – już samo przeglądanie zdjęć sprawia, że się relaksuję:

stawy milickie tajemnice doliny baryczy

A tu jeszcze na zachętę zdjęcie z Doliny Baryczy z ubiegłego roku (autor: KM). Miłego, aktywnego weekendu!

dolina baryczy na rowerach