Mój prywatny weekend wellness:)

Mój prywatny weekend wellness:)

Każdemu z nas potrzebny jest czasem głęboki wypoczynek: totalne zwolnienie tempa i możliwość zadbania o ciało i duszę. Problemem zazwyczaj jest, wiadomo, brak czasu. Rzadko mamy możliwość wyłączenia się z życia i obowiązków na tydzień lub dwa, a dni wolne ja przynajmniej zawsze wolałam spędzać bardziej aktywnie. Ale ostatnio chyba dojrzewam do zmiany w tej kwestii: może niekoniecznie mogłabym się lenić przez tydzień lub dwa, ale już przez cały weekend – jak najbardziej! :)

W tym celu opracowałam swoją prywatną, autorską formułę weekendu wellness. Ta nazwa to oczywiście taki trochę chwyt marketingowy;) – chodzi po prostu o weekend, w którym zwalniam i ze szczególną uwagą dbam o siebie. To odrobina luksusu, którą możemy sobie podarować za niewielkie pieniądze – moim skromnym zdaniem o niebo lepsza i bardziej regenerująca niż wyjazd do SPA.

Moje założenia „weekendu wellness”

Weekend planuję odpowiednio wcześniej – tak, aby nic nie pokrzyżowało moich planów. Dzień wcześniej włączam tryb zakupowego szaleństwa w warzywniaku. Robię solidny zapas wszystkich warzyw i owoców, które lubię, jak najbardziej różnorodnych i kolorowych tak, aby dostarczyć organizmowi całego zestawu witamin i minerałów. Jeżeli są z nieznanego źródła, myję je dokładnie w wodzie z octem jabłkowym, następnie w wodzie z sodą oczyszczoną, a potem płuczę pod bieżącą wodą. Ta metoda pozwala usunąć z produktów przynajmniej część pestycydów.

Odpoczynek zaczynam w już piątek – staram się wtedy wyluzować z ilością pracy, jeść lekko i wybrać się na przynajmniej dwugodzinny spacer. 

1. Czysta, lekka dieta warzywna

Podczas weekendu jem głównie warzywa i trochę owoców, odrobinę kasz i odrobinę wysokiej jakości białka, np. ekologiczne jaja czy mięso. Jem dosyć dużo (warzyw) i często – tak, aby nie czuć głodu, ale też nie przejadać się. Przygotowuję warzywne, świeżo wyciskane soki. Używam dużej ilości rozmaitych ziół i przypraw. Jeżeli zgłodnieję, podjadam surową marchewkę albo piekę jabłko z odrobiną miodu. Pomiędzy posiłkami popijam dużo płynów: wodę, wodę z cytryną i imbirem, zieloną herbatę, napar z czystka, mięty.

2. Łagodne ćwiczenia

Stawiam na łagodny lub umiarkowany wysiłek fizyczny. Każdy dzień zaczynam od 5 rytuałów tybetańskich. Znajduję czas na długi spacer lub jazdę na rowerze gdzieś z dala od zgiełku miasta, najlepiej w lesie. Wieczorem ćwiczę jogę lub rozciągam się w towarzystwie filmiku z ćwiczeniami pilatesu.

Po ćwiczeniach nawadniam organizm naturalnym izotonikiem: wodą z cytryną, odrobiną miodu i szczyptą soli.

3. 100% naturalna pielęgnacja

W trakcie weekendu w 100% rezygnuję ze wszystkich kosmetyków i innych produktów zawierających sztuczne składniki. Do kąpieli - naturalne, czarne mydło, własnoręcznie przygotowane peelingi, kąpiele z dodatkiem naturalnych składników pomagających w oczyszczaniu. Do włosów szampon z sody oczyszczonej, płukanka z octu jabłkowego, olej arganowy, migdałowy. Do nawilżania skóry – olej kokosowy. Jako pasty do zębów używam własnoręcznie przygotowanej mikstury z sody oczyszczonej, soli, ksylitolu, imbiru i cytryny. Aby dać odpocząć mojej skórze, odpuszczam też sobie jakikolwiek makijaż.

W kuchni też używam tylko naturalnych środków do zmywania i sprzątania (cytryna, soda oczyszczona, woda). Jednym słowem – przestawiam się na tryb maksymalnie ekologiczny, na co na co dzień niestety nie zawsze mam czas.

4. Relaks i jeszcze raz relaks

Weekend spędzam w rytmie slow - nie spieszę się, nie planuję porządków czy spraw do załatwienia, zapominam o pracy. Zajmuję się głównie przyjemnościami: gotuję, dbam o ciało, czytam, piszę, oglądam pozytywne filmy. Spędzam chwilę na drobnych porządkach na półce z książkami albo w szafie z ubraniami, próbuję nowych pomysłów typu zrób to sam. W ciągu dnia bez skrupułów ucinam sobie krótką drzemkę albo leżę i gapię się w niebo:) Wyciszam telefon i nie dzwonię do nikogo, aby załatwić jakąś sprawę albo z obowiązku, najwyżej aby miło porozmawiać.

5. Sen

Wieczorem przed snem medytuję lub odprężam się słuchając muzyki (lub ptaków za oknem:)). Do łóżka kładę się ok. 21.00 i zasypiam przed 22.00 – sen wtedy jest najbardziej regenerujący.

Inne pomysły na weekend wellness w domu:

- godzinny seans domowy z masażystą (lub partnerem, który nam taki masaż wykona)
- ćwiczenia oddechowe
- kąpiel przy świecach z olejkami eterycznymi
- ćwiczenie uważności

Taki „weekend wellness”, bez obowiązków i planów, to oczywiście rzadkość, ale dzięki temu jest jeszcze bardziej wyjątkowy. Ja staram się zafundować sobie taki czas mniej więcej raz na kwartał – to pozwala wypocząć, oczyścić się i nabrać nowej pozytywnej energii. Bardzo Was zachęcam do przetestowania na własnej skórze!

Ja zaczynam już jutro:)

 

 

Zielone Podlasie – wymarzony urlop dla miłośników natury, z nutką egzotyki w tle

Zielone Podlasie – wymarzony urlop dla miłośników natury, z nutką egzotyki w tle

Wróciliśmy właśnie z krótkiego urlopu na wschodzie Polski i muszę powiedzieć, że Podlasie totalnie mnie zauroczyło. Czas płynie tam wolniej, ludzie wydają się być bardziej bezpośredni i wyluzowani, a wszechobecna zieleń, rozległe przestrzenie i świeże powietrze pozwalają wspaniale się zregenerować. Podlasie to również misz-masz różnych kultur i religii, taki egzotyczny punkt na mapie Polski. Żydowskie synagogi, tatarskie meczety, prawosławne monastyry i świątynie katolickie wydają się współistnieć obok siebie całkowicie naturalnie. Jak zwykle w moich relacjach z wyjazdów, opiszę nasz plan podróży (samochód + rowery) i postaram się przekazać jak najwięcej praktycznych informacji dla tych, którzy wybierają się w te rejony.

Podlasie - co warto zobaczyć

Nasza podróż była mocno ograniczona w czasie (mieliśmy niecały tydzień), więc w planie podróży znalazły się miejsca, z których  województwo podlaskie słynie i których nie chcieliśmy przegapić. Lubimy intensywne zwiedzanie, ale mimo dość napiętego programu nie zabrakło czasu na relaks, leżenie na trawce przy lokalnym piwku (mąż) czy drzemkę w środku parku (ja):) Oto szlaki, które przetarliśmy:

[Wrocław] – [Warszawa] – Tykocin – Pentowo - Waniewo-Śliwno – Białystok – Supraśl – Kruszyniany – Białowieża – Siematycze – Grabarka – [Kazimierz Dolny] – [Wrocław]


Tykocin

Miasteczko w przewodnikach nazywane jest „wrotami Podlasia”. Brukowane, niemal puste uliczki, Synagoga, niespotykany w innych częściach kraju rynek z małymi drewnianymi domkami dookoła i mnóstwo ptaków – to wszystko tworzy spokojny, nieco senny, ale bardzo urokliwy obrazek. Warto też odwiedzić zrekonstruowany Zamek w Tykocinie, wypić tam pyszny kwas chlebowy i przespacerować się wzdłuż rzeki. No i punkt obowiązkowy – żydowska restauracja Tejsza.

tykocin

Pentowo – Europejska Wieś Bociania

Zaraz obok Tykocina znajduje się Dworek Pentowo, czyli Europejska Wieś Bociania – sielsko zagospodarowany teren z mnóstwem bocianich gniazd, stawami i stadniną koni. Ciekawe doznania słuchowe:) – wieczorem słychać klekot bocianów i kumkanie żab.

Kładka nad rzeką Narew

W rozlewisku rzeki Narew między miejscowościami Waniewo i Śliwno rozciągnięto drewnianą kładkę z czterema przeprawami na pływającej platformie przeciąganej ręcznie za pomocą lin. Warto odwiedzić to miejsce – świetna zabawa dla małych i dużych oraz piękne widoki:)

kladka sliwno waniewo

Białystok

W Białymstoku planowaliśmy zatrzymać się tylko na chwilkę, odwiedzić Pałac Branickich, planty i jechać dalej, ale uroczy, tętniący gwarem rynek zatrzymał nas na nieco dłużej na chilloutowy lunch, kawę i mrożoną herbatę. Uwaga, przy Rynku Kościuszki w lodziarni „Bella Vita” można zjeść pyszne lody w oryginalnych smakach, np. pokrzywowo-rozmarynowe albo buraczkowe.

bialystok-rynek

Supraśl

Głównym zabytkiem Supraśla jest prawosławny montaster i Muzeum Ikon. Niestety mieliśmy pecha, bo w poniedziałki obiekt jest zamknięty dla turystów, przespracerowaliśmy się więc tylko po miasteczku i pojechaliśmy dalej.

Kruszyniany

Ta wioska na granicy z Białorusią to z kolei ostoja społeczności tatarskiej. W przepięknie utrzymanym tatarskim meczecie przewodnik wprowadził nas w tajniki kultury, której zupełnie nie znaliśmy, opowiadając bardzo ciekawie o islamie, tatarskich zwyczajach i współistnieniu różnych religii na jednym terenie. Niedaleko meczetu znajduje się też cmentarz tatarski, który warto obejrzeć, a w przyszłości w Kruszynianach uruchomione będzie muzeum kultury tatarskiej – mam nadzieję, że dotrzemy tam ponownie. No i oczywiście gwóźdź programu: Tatarska Jurta - słynna w całej Polsce restauracja z tradycyjną kuchnią tatarską, punkt obowiązkowy, jedzenie zapamiętamy na długo:)

kruszyniany


Puszcza Białowieska – rowerem 

Kolejny dzień naszej wycieczki postanowiliśmy spędzić na rowerach i myślę, że była to bardzo dobra decyzja: Puszcza Białowieska jest tak rozległa, że zwiedzanie jej na piechotę znacznie by nas ograniczyło. W Białowieży funkcjonuje kilka wypożyczalni rowerów, koszt to 30 zł/rower/dzień. Uwaga, najlepiej poszukać map z trasami rowerowymi w internecie, bo te drukowane, dostępne m.in. w wypożyczalniach, są nie najlepiej opracowane i potrafią wprowadzić w błąd. Na rowerach zjeździliśmy kawał puszczy, odwiedziliśmy Miejsce Mocy – czyli miejsce o nasilonym, pozytywnie wpływającym na organizm promieniowaniu. Co prawda nie poczułam tych wyjątkowych wibracji;), ale świetnie się tam zregenerowaliśmy po paru godzinach jazdy. Odwiedziliśmy też oczywiście Pokazowy Rezerwat Żubra – chociaż na początku ucieszyłam się, że zobaczę wilka, przyznam, że za kratami, bez watahy towarzyszy, wyglądał trochę smutno:( Ostatni punkt na trasie rowerowej to park pałacowy w Białowieży i leżenie na trawce przed pięknie zdobionym drewnianym dworkiem myśliwskim.

puszcza bialowieska rowerempark zamkowy białowieża

 

… i na piechotę

Do Rezerwatu Ścisłego Białowieskiego Parku Narodowego można wejść tylko z przewodnikiem prywatnym (opcja droższa – koszt ok. 150 zł/ 3-godzinne wejście) lub przewodnikiem PTTK (opcja tańsza - koszt 145 zł do podziału na ilość osób w grupie, czyli do 10-12 osób, również 3 godziny). My zdecydowaliśmy się oczywiście na PTTK i przewodniczka okazała się rewelacyjna. Biuro PTTK znajduje się przed wejściem do parku, w okolicach stawów. Warto umówić się dzień wcześniej i pamiętać o punktualności – po sformowaniu grupy kolejne osoby nie mogą dołączyć.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy o godz. 10.00.  - najpierw park zamkowy, pozostałości dawnego zamku, a potem już przejście do Rezerwatu Ścisłego. O puszczy mogłabym napisać wiele, bo ten prastary las - unikalny na skalę naszego kontynentu, w którym człowiek ingerował tylko minimalnie - zrobił na mnie duże wrażenie. Puszcza jest piękna, dzika, zielona, pełna zapachów i dźwięków. Wspaniałe miejsce, aby wyciszyć umysł, a wyostrzyć zmysły. Nie spotkaliśmy żubra, ale mieliśmy szczęście po drodze obserwować młode borsuki – podobno niespotykany widok:)

puszcza-bialowieska puszcza-bialowieska-z-przewodnikiem


Zastanawialiśmy się, czy nie zostać w Białowieży na dłużej, ale zbliżający się długi weekend trochę nas odstraszył, bo podobno robią się tam wtedy straszne tłumy. Udało nam się zachować jak najlepsze wrażenia i po małych zakupach na bazarkach (lokalne przyprawy i herbatki, ręcznie robione drewniane miseczki i podkładki) ruszyliśmy dalej, na południe.

Odwiedziliśmy Świętą Górę Grabarkę – prawosławne sanktuarium słynące z wielu uzdrowień i otaczający cerkiew „las” krzyży wotywnych przynoszonych tam przez pielgrzymów. Podobno jest ich już ponad 10 tysięcy i ten widok faktycznie robi wrażenie.

grabarkakrzyżeW okolicy warto odwiedzić też Drohiczyn (więcej informacji tutaj) i Mielnik (więcej tutaj) – nam niestety zabrakło już czasu, bo śpieszyliśmy się na nocleg w Kazimierzu Dolnym. Dalsza część urlopu, czyli Kazimierz to zresztą materiał na kolejny wpis – byliśmy pierwszy raz, ale na pewno wrócimy w jakimś spokojnym terminie.

A wracając do Podlasia – trochę smutno było je żegnać, bo kojarzy mi się z wszystkim, za czym tęsknię mieszkając w mieście: zielenią, świeżym powietrzem, bliskością dzikiej natury, małymi, otwartym społecznościami. Tak jak napisałam w tytule: to wspaniałe miejsce na wypoczynek dla osób, które kochają kontakt z przyrodą, a na urlopie nie potrzebują głośnych imprezowni czy budek z goframi i piwem (choć, cóż, może tu też otwierają się takowe w sezonie;))

Ps. Jeżeli zamierzacie odwiedzić te tereny, polecam świetną stronkę, z której korzystałam praktycznie każdego dnia: www.atrakcjepodlasia.pl

 

Gdzie nocować i gdzie pysznie zjeść na Podlasiu

No i na koniec trochę konkretów, bo wiem, że niektórzy właśnie tego szukają:) Dzięki potędze internetu i poleceniom z bloga i serwisu TripAdvisor w zasadzie wszystkie miejsca, w które dotarliśmy wspominać będziemy bardzo dobrze. Z czystym sumieniem zatem mogę podzielić się z Wami linkami, tym bardziej, że ceny są zdecydowanie bardziej przyjazne niż w wielu innych rejonach Polski. Nocleg w fajnym standardzie to koszt ok. 100 zł/ pokój 2-osobowy, pełny, dobry obiad spokojnie można zjeść za 60-80 zł/2 osoby.

 

Nocleg w Białowieży i okolicach Puszczy Białowieskiej


My skorzystaliśmy z oferty Domków w Białowieży, pokój Wojtek-2 i był to bardzo dobry wybór. Dom położony jest na uboczu Białowieży, co gwarantuje zieleń i ciszę dookoła. Sam pokój dokładnie taki, jaki lubię: cały w drewnie, z wygodnym łóżkiem, minianeksem kuchennym, czystą łazienką i osobnym wejściem. Dookoła domu ładnie zaaranżowana przestrzeń: huśtawka, stół i ławy, miejsce na grilla i ognisko. Widok na wschodzący księżyc gratis;)

noclegi bialowieza

Godne polecenia są też noclegi na terenie Białowieskiego Parku Narodowego, w Parku Zamkowym – nie nocowaliśmy, ale budynek prezentuje się dobrze, no i jakby nie patrzeć śpimy wtedy w Parku Narodowym:) (znajduje się tam także Muzeum Przyrodnicze i biuro dyrekcji Parku).

Nocleg na łonie przyrody


Zatrzymaliśmy się w Dworze Pentowo – ładnie zachowanym, kameralnym budynku z paroma pokojami. Jego mieszkańców spotykaliśmy jeszcze na naszej trasie kilkakrotnie.

 

Dobre restauracje na Podlasiu


Jak się możecie domyślić, teren, na którym mieszają się wpływy różnych kultur i religii jest też przebogaty jeżeli chodzi o tradycje kulinarne. Mamy tam restauracje żydowskie, tatarskie, sporo inspiracji zza wschodniej granicy i ciekawą kuchnię regionalną z dziczyzną na czele. Dla smakoszy prawdziwy raj:) Poniżej restauracje, które zdecydowanie warto odwiedzić.

Tejsza, Tykocin - restauracja żydowska, z pysznymi daniami regionalnymi i tradycyjnymi oraz przemiłą obsługą. Przetestowane przez nas i polecane:

  • żydowski kawior, czyli przystawka z wątróbki drobiowej z cebulką, podawana na macy
  • rosół
  • kreplech, czyli pierogi z wołowiną
  • potrawa, która smakowała mi najbardziej: cymes, czyli gulasz wołowy z marchwią i bakaliami na miodzie

restauracja-tejsza-tykocin

Akcent, Białystok – przyjemna knajpka-kawiarnia, z dużym wyborem kaw i zaskakująco niskimi cenami jak na rynek dużego miasta (przynajmniej w porównaniu do Wrocławia). Dobre tarty i pyszna herbata.

Bella Vita, Białystok - wspominana przeze mnie już wcześniej kawiarnia z pysznymi lodami, duży wybór smaków, od najbardziej popularnych po takie ciekawostki jak lody pokrzywowo-rozmarynowe czy buraczkowe

lody-bialystok

Tatarska Jurta, Kruszyniany – tu z kolei spróbujecie kuchni tatarskiej, niesamowicie aromatycznej i treściwej. Dotarliśmy późno, w ostatniej chwili, nie udało się nam więc spróbować słynnego pierekaczewnika, ale zamówione przez nas potrawy były re-we-la-cyj-ne:

  • chłodnik
  • jagnięcina z kaszą gryczaną, sosem tatarskim i surówką
  • kryszonka, czyli jednogarnkowa potrawa z wołowiną, warzywami i ziemniakami, podawana z surówką i sosem
  • lemoniada z rokitnika

tatarska jurta kruszyniany

Polecam też ciasteczka Czok-czoki, przypominające minifaworki, oblane miodem i obsypane makiem i rodzynkami. Zjadłam, zanim pomyślałam o sfotografowaniu;)

Pokusa, Białowieża - ładne, eleganckie wnętrze, ciekawe dania z dziczyzny i regionalne piwo – po całym dniu na rowerach nie mogliśmy marzyć o niczym więcej. Wypróbowaliśmy:

  • biały chłodnik z opiekanymi ziemniaczkami i żurek (pyszne)
  • gulasz z jelenia z zieloną fasolką szparagową i babką ziemniaczaną
  • pieczeń z dzika z buraczkami i kopytkami

restauracja-pokusa-bialowieza

Stoczek, Białowieża - wysokie ceny, ale podobno najlepszy kucharz w Białowieży, więc na zupę można się szarpnąć;) My nie zdążyliśmy tam dotrzeć, bo plan zwiedzania był dosyć napięty, ale następnym razem wstąpimy na pewno.

Leśny Dworek, Hajnówka - restauracja bardzo niepozorna, słabo zlokalizowana i urządzona w stylu PRL (i nie, nie jest to stylizacja;)), ale potrawy bronią się same, a w szczególności:

  • czerwony barszcz z krokietem (pyszny, aromatyczny, domowy)
  • hit restauracji: mięsne kartacze – pycha!

Nie polecam tylko pierogów z mięsem smażonych w głębokim tłuszczu (nie pamiętam nazwy, ale były w „Daniach specjalnych”, więc się skusiliśmy). Według mnie niespecjalne w smaku i zdecydowanie zbyt ciężkostrawne.

Z innych lokalnych specjałów polecamy też:

  • ser koryciński, szczególnie z czarnuszką
  • kwas chlebowy – według mnie dużo lepszy u nas niż na Ukrainie, ale trzeba czytać etykiety, bo znacząco różnią się składem i zawartością cukru
  • lokalne piwa – mój mąż poleca browar Gloger, szczególnie pils Bykowe

Podsumowując – wschodnia część Polski ma do zaoferowania bardzo wiele i myślę, że na letnie wakacje to dużo ciekawsza opcja niż zatłoczone wybrzeże Bałtyku czy Mazury. Zawsze to powtarzam: w Polsce można spędzić świetny urlop, a nasz pobyt na Podlasiu tylko tę tezę potwierdza:) 

 

 

Dzikie zbiory #marzec, kwiecień – sok z brzozy, czosnek niedźwiedzi

Dzikie zbiory #marzec, kwiecień – sok z brzozy, czosnek niedźwiedzi

Wiosna rozgościła się u nas na dobre – to ostatni czas na upust soku z brzozy i początek sezonu na czosnek niedźwiedzi. Dziś, w ramach cyklu Zbieramy dzikie rośliny, kilka słów na temat zbiorów tych właśnie dwóch pyszności.

Sok z brzozy (tzw. oskoła)


Wodzie brzozowej od wieków przypisuje się liczne prozdrowotne właściwości. Oskoła wzmacnia odporność, wspomaga usuwanie szkodliwych produktów przemiany materii z organizmu, korzystnie wpływa na procesy trawienne, nerki, pomaga na porost włosów i poprawia wygląd skóry. To idealny napój na wiosenne oczyszczanie organizmu – zawiera głównie wodę i odrobinę (ok. 2%) cukru, a także witaminę C, witaminy z grupy B, przeciwutleniacze, taniny, antynowotworowe garbniki, a także minerały: żelazo, wapń, fosfor, potas, magnez. Na przedwiośniu, aby wspierać oczyszczanie i wzmocnić organizm, można popijać ok. pół szklanki soku z brzozy codziennie, przez min. 2 tygodnie. Wodą brzozową warto także płukać włosy i wcierać ją u nasady włosów, staną się wtedy dobrze odżywione i silniejsze.

Jak zbierać sok z brzozy?

Pierwsza sprawa to wybór odpowiedniego terminu. Optymalny czas to końcówka marca, początek kwietnia, ale jest to kwestia dosyć umowna - rzecz w tym, żeby było odpowiednio ciepło (powyżej 10°C w ciągu dnia), ale brzoza nie może mieć jeszcze pączków i listków. Druga sprawa to wybór lokalizacji. Poszukujemy brzozowych lasów położonych z dala od zanieczyszczeń, dróg, etc.

Według Łukasza Łuczaja, autora „Dzikiej kuchni”, sok z brzozy pozyskiwać możemy na trzy sposoby:

  1. wwiercając się w pień drzewa na głębokość ok. 1 cm i wkładając w otwór rurkę
  2. nacinając korę drzewa w kształt Y lub V i podkładając rurkę lub rozłupaną gałązkę bzu oraz naczynie, do którego sok będzie ściekać
  3. obcinając wierzchołek gałązki i wkładając go do butelki

sok z brzozy jak zbierać

My w tym roku skorzystaliśmy z metody 1 i 3.

Metoda 1 jest bardzo efektywna – w ciągu dnia można zebrać dobrych kilka litrów soku z jednego drzewa. My przygotowaliśmy 4 gumowe rurki z (do kupienia w marketach budowlanych za parę zł) oraz 1,5-litrowe butelki. Po nawierceniu wiertarką niewielkiego otworu w korze drzewa, na takiej wysokości, aby butelka mogła stać na ziemi, przykładamy szybko rurkę, włożoną w butelkę i zabezpieczamy, np. taśmą albo sznurkiem. U nas po 3-4 godzinach butelki były napełnione sokiem do połowy, a jedna zapełniła się w całości. Po zakończeniu zbiorów można otwór zatkać, np.  odpowiednio dopasowanym drewnianym patyczkiem, choć podobno nawet pozostawienie otworu nie robi drzewom krzywdy.

Metoda 3 jest najmniej inwazyjna dla drzewa, ale też trzeba nieco więcej cierpliwości, bo sok kapie dużo wolniej. W tym celu przygotowujemy lekkie, plastikowe butelki, sznurek lub taśmę oraz ostry nóż lub sekator. Poszukujemy gałązek, które naturalnie pochylone są w dół. Nacinamy lekko gałązkę, aby sprawdzić, czy płynie z niej sok – jeżeli tak, odcinamy wierzchołek gałązki, wkładamy go w butelkę na ok. 8-10 cm i zabezpieczamy taśmą lub sznurkiem, tak jak na zdjęciu poniżej.

Jak przechowywać sok z brzozy?

Surowy sok można przechowywać w lodówce do kilku dni. Aby przedłużyć jego trwałość dawniej stosowało się zakwaszanie (moja babcia pamięta, że do kamiennej beczki z sokiem wrzucano skórki razowego chleba), można też sok przefermentować.

 

Czosnek niedźwiedzi


Czosnek niedźwiedzi ma podobne działanie do czosnku uprawnego: działa jak naturalny antybiotyk, pomagając walczyć z przeziębieniami, a jednocześnie ma łagodniejszy zapach i smak. Wzmacnia odporność organizmu, pomaga w oczyszczaniu wątroby oraz wydalaniu toksyn, pozytywnie wpływa na układ krwionośny: serce, żyły, tętnice. Dzięki organicznym związkom siarki zawartym w czosnku niedźwiedzim, wykazuje także działanie antynowotworowe.

czosnek-niedzwiedzi-rozmieszczenieGdzie znaleźć czosnek niedźwiedzi?

Dziko rosnący czosnek (pod ochroną!) znajdziemy w wielu miejscach w całej Polsce – obok znajdziecie mapkę rozmieszczenia zaczerpniętą ze strony Łukasza Łuczaja. Czosnek niedźwiedzi można także uprawiać we własnym ogrodzie, a od paru lat widzę, że jest dostępny w sprzedaży.

Najlepiej zbierać go wczesną wiosną, zanim zakwitnie – czyli w zasadzie przez cały kwiecień.

Jak jeść czosnek niedźwiedzi?

Ja najbardziej lubię go na surowo: jako dodatek do twarożku czy masła ziołowego, do wszelkich sałatek, do posypywania zup, kanapek, tarty. Czosnek niedźwiedzi można także smażyć lub dusić, a nawet kisić, podobnie jak ogórki.

czosnek niedźwiedzi

 

 

Zbieramy dzikie rośliny – dla zdrowia i urody

Zbieramy dzikie rośliny – dla zdrowia i urody

Przedwiośnie to dobry czas, żeby zacząć planować zbiory dziko rosnących roślin z polskich lasów i łąk. A jest ich całe mnóstwo i na przestrzeni roku można sporo przegapić. Końcówka marca i początek kwietnia na przykład to czas na pozyskiwanie soku z brzozy – kolejna okazja na ten pełen witamin i mikroelementów koktajl nadarzy się dopiero za rok, więc nie ma na co czekać:)

Ja w tym roku postanowiłam się przygotować, tym bardziej, że zbiory chcemy wkomponować w plany naszych podróży po Polsce. Opracowałam kalendarz zbiorów dziko rosnących roślin, które mam zamiar zajadać albo przygotowywać z nich różne zdrowe mikstury.

kalendarz miniaturaKalendarzem dzielę się oczywiście z Wami - klikając w obrazek obok, możecie pobrać gotowy PDF do wydrukowania.

Oczywiście nie jest to pełna lista jadalnych roślin rosnących na naszych terenach - wybrałam te, które znam albo które szczególnie zainteresowały mnie ze względu na swoje prozdrowotne działanie.

W kolejnych postach napiszę trochę więcej na temat niektórych roślin, ich niesamowitych właściwości, sposobów pozyskiwania oraz potraw, domowych lekarstw i kosmetyków, które można z nich przyrządzić.

Przy tworzeniu kalendarza posiłkowałam się genialną Dziką kuchnią Łukasza Łuczaja oraz znalezioną w zakamarkach rodzinnej biblioteczki książką Zerwij ziele z dziewięciu miedz Adama Palucha o ziołolecznictwie ludowym w Polsce XIX i początkach XX wieku. Warta uwagi jest też książka Pyszne chwasty Małgorzaty Kalemby-Dróżdż – na razie tylko ją przeglądałam i przyznam, że przepisy są świetne.

Mój kalendarz zbiorów dziko rosnących roślin


marzec

sok z młodej brzozy (tzw. oskoła)

kwiecień

czosnek niedźwiedzi – liście

maj

mniszek lekarski (kwiaty i liście)
pokrzywa
komosa (lebioda)
młode pędy sosny

czerwiec

pokrzywa
czarny bez (kwiaty)
lipa (kwiaty i liście)
macierzanka (kwitnące pędy)

lipiec

mięta
dzikie maliny
rumianek
czeremcha (owoce)

sierpień

dzikie jeżyny

wrzesień

dzikie gruszki
rokitnik
czarny bez (owoce)

październik

głóg
topinambur
łopian (liście)

listopad

dzika róża (owoce)

 

Mam nadzieję, że łąki i lasy przyniosą nam w tym roku obfite zbiory:) A nawet jeżeli nie wszystkie z roślin uda się rozpoznać i pozbierać, jednego jestem pewna: już samo poszukiwanie to supersprawa i pomysł na aktywne spędzenie wolnego czasu.

A to mała kolekcja suszonych roślin z ubiegłego roku – na zachętę:)

sloiki-2

 

 

3 lekcje radości i… mój słoik wdzięczności

3 lekcje radości i… mój słoik wdzięczności

Początek tego roku okazał się dla mnie i bliskich mi osób niespodziewanie trudny. Aż chce się powiedzieć, że „nieszczęścia chodzą parami”. Ale dzięki tym doświadczeniom uświadomiłam sobie też, jak wiele mam i ilu pozornie oczywistych rzeczy na co dzień najzwyczajniej w świecie nie doceniam, nie cieszę się nimi.

Praktyka wdzięczności

O praktyce wdzięczności napisano już wiele. Do mnie najbardziej trafia to, jak o wdzięczności mówi Brene Brown w jednej ze wspanialszych książek, jakie ostatnio miałam okazję przeczytać - „Z wielką odwagą. Jak odwaga bycia wrażliwym zmienia to, jak żyjemy i kochamy, jakimi jesteśmy rodzicami i jak przewodzimy”.

W oparciu o wieloletnie badania jakościowe, czyli wywiady z setkami kobiet i mężczyzn, Brene rozprawia się ze stereotypami na temat wrażliwości i zachęca do zdobycia się na odwagę bycia wrażliwym. W swojej książce definiuje też 3 lekcje radości, której nieodłączną częścią jest właśnie wdzięczność.

3 lekcje radości według Brene Brown

1. Radość przychodzi do nas w postaci chwil – codziennych chwil. Ryzykujemy utratę radości, gdy jesteśmy zbyt zajęci pogonią za czymś nadzwyczajnym. Kultura niedostatku może napawa nas lękiem przed skromnym, zwykłym życiem, lecz gdy rozmawiasz z osobami, które doświadczyły największej straty, staje się jasne, że radość nie trwa wiecznie. Wszyscy uczestnicy bez wyjątku, którzy opowiadali mi o tym, co utracili i za czym najbardziej tęsknią, mówili o zwykłych, codziennych chwilach. (…)

 

2. Bądź wdzięczny za to, co masz. (…)  Nie traktuj tego, co masz jako coś oczywistego – ciesz się tym. Nie przepraszaj za to, co masz. Bądź wdzięczny za to i dziel się swoją wdzięcznością z innymi.

 

3. Nie trwoń radości. Nie możemy przygotować się na tragedię i stratę. (…) Jednak za każdym razem, gdy pozwalamy sobie zanurzyć się w radości i ulegamy tym momentom, budujemy odporność i pielęgnujemy nadzieję. Radość staje się częścią tego, kim jesteśmy, a gdy dzieje się coś złego – a czasem się dzieje – wtedy stajemy się silniejsi.

Jak pielęgnować w sobie tę radość i wdzięczność?

Sposobów jest wiele. Może to być codzienna modlitwa lub medytacja, pisanie dziennika wdzięczności. Ba, są nawet aplikacje, które mają nam w tym pomóc.

Mi jednak najbardziej spodobał się sposób, o którym przeczytałam pierwszy raz właśnie w książce Brene – słoik wdzięczności. To doskonały symbol całej idei: wdzięczność – regularnie praktykowana – staje się prawdziwym, namacalnym kapitałem, po który możemy sięgnąć zawsze wtedy, gdy tego potrzebujemy.

Słoik wdzięczności – zrób to sam

Wystarczy prosty lub dekoracyjny słoik, który dowolnie przyozdobimy oraz malutkie kartki papieru, na których codziennie będziemy zapisywać nasze małe i duże radości. Jak się okazało, w sieci można znaleźć sporo inspiracji  - wystarczy wpisać w wyszukiwarkę „gratitude jar”. Poniżej mała próbka - źródła i więcej pomysłów znajdziecie na mojej tablicy na Pinterest.

słoik wdzięczności inspiracje

 

Mój słoik wdzięczności na razie jest obwiązany zwykłym sznurkiem, z jego ozdabianiem poczekam na artystyczną wenę;) Ale jego wnętrze zapełniam już karteczkami i cieszę się z tego jak dziecko, któremu właśnie udało się dorzucić parę groszy do skarbonki:)

 

 

 

Krótki pobyt w Rzymie – co warto zobaczyć (i zjeść:))

Krótki pobyt w Rzymie – co warto zobaczyć (i zjeść:))

Sporo się dzieje ostatnio dookoła mnie: i dobrze, i źle, i radośnie, i stresująco – samo życie. Czas wolny dzielę między moich bliskich, wplatając kiedy się da trochę ćwiczeń, jakiś wyjazd, parę stron książki przed snem. A pisać byle co i byle jak nie lubię i nie chcę, musicie mi więc wybaczyć czasem dłuższe przestoje na blogu.

Gdzie byłam, kiedy mnie nie było? Między innymi w Rzymie:) Chociaż spędziliśmy tam tylko 3 dni, jestem pod dużym wrażeniem tego miasta i na pewno jeszcze do niego wrócę. Postanowiłam spisać informacje, które mogą przydać się osobom wybierającym się do Rzymu tak jak my, na 2-3 dni. Przy dobrym planowaniu nawet podczas tak krótkiego pobytu można zwiedzić najważniejsze atrakcje Rzymu i skosztować nieco włoskiego la vita lenta w klimatycznych knajpkach i uroczych zaułkach miasta.

Nasz 2,5-dniowy plan zwiedzania Rzymu


Do wyjazdu do Rzymu przygotowaliśmy się solidnie, nie chcąc tracić czasu na miejscu na poznawanie miasta i układanie tras zwiedzania. Korzystając z zakupionego przewodnika Baedeker’a (który sprawdził się bardzo dobrze) opracowaliśmy dosyć intensywny plan na 1 popołudnie i 2 pełne dni. Plan oczywiście orientacyjny, bo w Rzymie nie sposób nie dać się ponieść przed siebie śladami zabytkowej architektury, przypadkowymi uliczkami, które przyciągają swoim klimatem, zaglądając do mijanych świątyń i parków.

 

Dzień 1 (przylot do Rzymu ok. południa)

ok. 15.30  Zapoznanie z miastem: spacer koło Koloseum, Forum Romanum, Campo di Fiori, Zamek Św. Anioła

ok. 18.00 Park Gianicolo – podobno jeden z lepszych punktów widokowych na Rzym, my dotarliśmy tam przed zachodem słońca i panorama miasta rzeczywiście była piękna

ok. 19.30 Travestere - kolacja na Zatybrzu i spacer tą mniej tłumną, ale równie klimatyczną częścią starego Rzymu

powrót koło Circus Maximus i Koloseum (zdecydowanie warto zobaczyć je także nocą)

[ mapka dzień 1 ]

 

Dzień 2

10.00 Zwiedzanie Koloseum i Forum Romanum (bilet do obu obiektów jest jeden, więc jeżeli przy Koloseum zastanie Was dłuuuga kolejka, spróbujcie podejść kilkadziesiąt metrów dalej wzdłuż Forum Romanum do kolejki do Forum Romanum – my w ten sposób ominęliśmy 1-2 h czekanie na wejście do Koloseum)

13.00 Palatyn – spacer po parku z wspaniałymi widokami na Forum Romanum i cały Rzym; lunch złożony z zakupionych wcześniej włoskich serów, pieczywa, orzechów i owoców

15.00 Spacer po najbardziej znanych zakątkach Rzymu: Campo Di Fiori, Panteon, Schody Hiszpańskie, Fontanna di Trevi (niedaleko przepyszne lody!), Piazza Navona

19.00 Kolacja na Zatybrzu

[ mapka dzień 2 ]

 

Dzień 3

9.00 Przejazd metrem do Watykanu

10.00 Plac Św. Piotra i Bazylika św. Piotra (trafiliśmy akurat na wystawienie relikwi Ojca Pio, więc tłumy nas nie ominęły mimo okresu pozasezonowego – zrezygnowaliśmy w związku z tym z wjazdu na kopułę Bazyliki i zwiedzania Muzeów Watykańskich)

14.00 Spacer i obiad na Zatybrzu, zakup pamiątek i powolny powrót przez Termy Karakalli i Koloseum

Gdzie dobrze (i nie rujnując portfela) zjeść w Rzymie?


Właścicielka mieszkania, u której wynajęliśmy pokój odpowiedziała bez wahania: z dala od najbardziej obleganych miejsc turystycznych. Najlepszy kierunek to nieco spokojniejsza, ale również bardzo klimatyczna część starego miasta – Trastevere (Zatybrze – położone jak nazwa wskazuje – za rzeką Tybr).

Pyszną włoską pizzę i pasty za ok. 7-9 euro w:

Ivo a Trastevere przy Via di San Francesco a Ripa 158
Carlo Menta przy Via della Lungaretta 101  (mniej niż pizza smakowało nam tu menu turystyczne)

W obu knajpkach serwują całkiem niezłe i niedrogie wino (house wine) za ok. 8-9 euro/ litr. Przyjemny dla ucha włoski gwar gratis.

Dobre włoskie lody można dostać chyba na każdym rogu. My przetestowaliśmy polecaną na forach Gelateria Valentino przy Via Del Lavatore. Przyznam, że takich lodów czekoladowych nie jadłam nigdy w życiu, były genialne (3 smaki za 4 euro).

 

lody rzym

Polecam też spróbować pieczonych kasztanów, np. przy Placu Hiszpańskim (rożek za ok. 4 euro).

Będąc we Włoszech warto też nawet w zwykłych marketach poszukać lokalnych specjałów: sera (mój ulubiony to grana padano), oliwek, oliwy, szynki, owoców, lokalnych win.

Ps. Zajrzyjcie też do listy 10 miejsc w Rzymie, gdzie można dobrze i tanio zjeść. Oczywiście można też znaleźć coś fajnego na miejscu, kierując się starą dobrą zasadą: tam gdzie dużo ludzi, tam większa szansa na dobre, świeże jedzenie:)

Inne informacje praktyczne


Noclegi

Mogę z czystym sumieniem polecić apartament, w którym się zatrzymaliśmyConte Vittorio przy Via Conte Verde 50 (niedaleko dworca Termini i jakieś 10-15 minut piechotą od Koloseum). Właścicielką jest pani Marta, Polka mieszkająca w Rzymie od 25 lat, bardzo miła i pomocna.

W mieszkaniu znajdują się 4 pokoje, w tym 2 z prywatną łazienką, do tego wspólna, dobrze wyposażona kuchnia i świetny duży taras. Ładnie, czysto, stosunkowo niedrogo (50 euro/ 2 osoby/ dobę poza sezonem, w cenie śniadanie w postaci kawy i croissanta). Mnie urzekła kamienica, w której mieści się apartament: z przepięknym wejściem, wewnętrznym dziedzińcem i starą, zamykaną ręcznie windą.

Ceny w Rzymie

Rzym nie należy do tanich miast, ale wg mnie poza sezonem nie jest tak źle jak mogło by to wynikać z niektórych relacji.

Bilety wstępu do najbardziej znanych obiektów to wydatek kilkunastu euro (np. Forum Romanum  i Koloseum – 12 euro, Muzea Watykańskie, w tym Kaplica Sykstyńska – 15 euro).

Dobry obiad na Zatybrzu można zjeść za ok. 10 euro/ osobę. Kawa kosztuje średnio 2-10 euro, w zależności od tego czy siadamy w kawiarni, czy pijemy szybkie espresso przy barze. Zakupy spożywcze można zrobić w marketach typu Despar czy Carrefour (jeden znajduje się w pobliżu Koloseum) – ceny porównywalne do innych europejskich miast. Wodę można pić za darmo z ponad 2 tysięcy nasoni – kraników zlokalizowanych w całym mieście.

3-dniowy bilet na wszystie środki komunikacji miejskiej to 16,5 euro, pojedynczy 100-minutowy przejazd kosztuje 1,5 euro.

Inne wskazówki

Jeżeli przymierzacie się do podróży do Rzymu, warto zajrzeć też do Rzym na weekend (miniporadnik praktyczny) i na bloga gdziewyjechac.pl.

Aaa, i jeżeli wybieracie się do Wiecznego Miasta po raz pierwszy, polecam serial Rome, który odświeży Wam historię starożytnego Rzymu. Dzięki świadomości wydarzeń, jakie tysiące lat temu rozegrały się w miejscach, których pozostałości możemy oglądać do dziś, miasto robi ogromne, niezapomniane wrażenie.